Czy pamiętam choć jeden dzień w moim życiu, kiedy nie narzekałam? Oj tak z pewnością pamiętam wiele takich dni :) Ale czy oby na pewno… nie narzekałam ani razu… nawet nie świadomie…? Na cokolwiek? Na początku bez wahania potakująco kiwałam głową a ostatnio zaczęłam się nad tym faktem zastanawiać :)
Z kumplem w pracy od jakiegoś czasu sprawdzamy poziom narzekalniactwa przez społeczeństwo i doszliśmy do wniosku że jesteśmy takim narodem gdzie dzień bez narzekania jest dniem straconym. Czasem narzekanie przeradza się w prawdziwe biadolenie, czasem w chwilowy uśmiech… humor sytuacyjny. I tu zadałam sobie pytanie – czy ludzie narzekają, bo faktycznie jest im źle czy po prostu dla zasady. Dlaczego zapamiętujemy chwile które nas zirytowały, zdenerwowały, doprowadziły do szału albo do narzekalniactwa a tak nie wiele pamiętamy tych fajnych, zabawnych, pozytywnych momentów? Czy jest ich mniej? nie koniecznie, w ciągu dnia z reguły wydarza się ich więcej niż tych które dają bardziej lub mniej powody do narzekalniactwa. A jednak… zawsze dobrze nam tam gdzie nas nie ma, marzymy o czymś czego nie możemy dostać (przynajmniej tak nam się wydaje, bo po co się wysilać, lepiej ponarzekać) a jak już to dostaniemy to zawsze dalej coś jest nie tak i jakoś się nie cieszymy… pokopany ten świat czasem aż do granic wytrzymałości. A tak nie zawsze to czego chcemy jest dla nas dobre. I w tym momencie pozwolę sobie napisać jedną rzecz. Jakiś czas temu wydawało mi się że straciłam swoje życie i cały sens egzystencji razem z kimś kogo kochałam, dziś siedzę uśmiechnięta i patrzę w przyszłość ze spokojem. Dlaczego? Bo odnalazłam siebie! Po zyskałam kilku przyjaciół, niektórych bardzo wyjątkowych :) Wiec może było warto trochę ponarzekać i się pomęczyć żeby zyskać coś bezcennego :)