Archiwum dla Luty, 2013

734903_504686616243191_2055677389_n

Czyżby to była refleksja?

14 luty 2013

Tak ostatnio jak wracałam z pracy autobusem i myślałam o wszystkim i o niczym gapiąc się nieobecnie w okno, doszło do mnie że od rozstania z byłym minęły prawie dwa lata. A ja w jakiś sposób dalej tkwie w czarnej d…. A dlaczego? A bo najwyraźniej na własne życzenie. Od kiedy to w mojej głowie zakorzeniły się jakieś głupie przekonania???? Na przykład dlaczego brak faceta oznacza nie chodzenie do kawiarni czy do kina????? heloł? Głupota, no nie? I tak dotarło do mnie że nie wiadomo dlaczego sama narzuciłam sobie taki głupi styl życia i przy okazji lenistwa. Więc zdobyłam bilet za 13 zeta i we wtorek po pracy (urwałam się nawet trochę wcześniej, wychodząc z pracy w końcu nie ostatnia) i pojechałam do kina. Kupiłam sobie dodatkowo mega zestaw nachos :)))) A bo kto mi zabroni? :D NIKT :))) Film tytuł ma całkiem fajny -  Podręcznik pozytywnego myślenia. Ale nie nie nie , to był dramat, nie film psychologiczny ani komedia. Rozsiadłam się wygodnie w kinie chrupiac swoje upragnione nachos z sosem serowym i gapiąc się na reklamy a tu wchodzą sobie dwie starsze panie, obstawiam że spokojnie po 50-stce ale mogę się mylić. Wyglądały na przyjaciółki. Jedna z nich mówi – wiesz, ja ostatnio mam jakąs depresję, doła normalnie, wszystko mnie przygnębia i w ogóle jest jakieś bez sensu. Na co druga jej odpowiada- pewnie Cię to nie pocieszy ale ja od jakiegoś czasu też mam depresję… I tak sobie pomyślałam że ostatnio coraz częściej widzę ludi przygnębionych, smutnych, samotnych, zagubionych. Jakieś okropne czasy nadeszły kiedy człowiek nie jest przyjacielem człowiekowi ale obcym albo gorzej, wrogiem. I tak w sumie smutno mi się zrobiło. Tym bardziej, że Panie raczej nie trafiły z doborem filmu na taki nastrój. W każdym razie trzymam za nie kciuki. Koniec był pozytywny więc może choć trochę zmieni ich nastawienie do świata na bardziej kolorowe.

freedom

EnErGeTyCzNiE

Dziś jest jeden z tych nielicznych cudownych dni w tym roku, kiedy czuję się świetnie, nic mnie boli, nie chce mi się spać, nie spóźniłam się do pracy, zjadłam normalnie śniadanie i nie umierałam na migrenę, wręcz przeciwnie, spędziłam całkiem kreatywnie dzień w pracy i po pracy :) Uwielbiam takie dni i wkurza mnie że ich obraz tak ciężko mi zapamiętać. Towarzyszące mi uczucie ładunku energetycznego, humoru, uśmiechu, kreatywności, chęci, motywacji, działania, emocji… w tych cięższych chwilach zapamiętuję tylko że tęsknię za takimi dniami.
Ostatnio doszłam do wniosku, że sama sobie utrudniam wiele rzeczy choćby przez brak systematyczności i własną głupotę. Przykład: we wtorki muszę wstać o 5:30 rano. Logiczne jest że im więcej rzeczy przygotuję sobie dzień wcześniej wieczorem tym rano będę potrzebowała mniej czasu na wygrzebanie się do roboty a co za tym idzie zmniejszam ryzyko spóźnienia się. Proste :) Więc po co do cholery ślęczę wieczorem przed kompem zajmując się jakimiś głupotami i tracąc czas a potem nie mam już siły nic naszykować sobie na rano, wiec mam za mało czasu, nie mam się w co ubrać, nie jestem w stanie zlokalizować telefonu, kluczy, portfela, biletu, wejściówki do pracy… humor już marny na dzień dobry i murowane spóźnienie… czyli jaki jest tego wynik- sama sobie serwuję takie atrakcje i zjechane poczucie humoru. Więc… kolejne postanowienie noworoczne, dążenie do systematyczności i skutecznego osiąganie celów a życie będzie łatwiejsze :)
A celów ostatnio coraz więcej, tych małych i tych dużych.

Zmieniając nieco wątek… Jakiś czas temu a dokładnie w pierwszy dzień nowego roku pojawił się ON. Ni z tego ni z owego na jednym  portali przysłał mi życzenia noworoczne. Od jakiegoś czasu zaglądam na różne stronki w poszukiwaniu tej drugiej połówki. Chciał nie chciał tęskni czasem człowiek za męskim ramieniem, wsparciem i w ogóle za tą drugą połówką. Jednak kolejni faceci, zaproszenia do rozmów, na kawę, próby rozmów… szybko się zniechęcałam. Wkurzało mnie że ciągle to mi coś nie pasowało. Sama już nie widziałam czego chcę… A ON po prostu pisał. Uzależniłam się od tych wiadomości, Mimo że sama nie odpisuje od razu, z dni na dzień to łaknę kolejnej wiadomości pozostawionej w mojej skrzynce. Facet który nie zaczyna rozmowy od „Cześć jestem X, interesuję się tym i tym, studiowałem tu i tu i pracuję w takim to a takim zawodzie. A Ty gdzie studiowałaś…?” LOL jakież to sztywne sztuczne, bez jaj, bez charyzmy, nijakie… no dobra, ciężko zacząć pierwszą rozmowę, norma, no ale takie frazesy… phi… Raz nawet pomyślałam sobie a co tam, podwyższę sobie poprzeczkę. Wynalazłam sobie po zdjęciu swój ideał faceta, wysportowany, wysoki, z włosami na głowie, przystojniaczek, fajnie ubrany z zabójczym uśmiechem, A co tam, przecież nie można przekreślać swoich szans na samym początku. Odpisał :) Ale ja już więcej się nie odezwałam. Temu kolesiowi wystarczyło by do towarzystwa lustro a nie kobieta…

No a ON, charyzmatyczny, pokręcony, ciekawy świata, z poczuciem humoru, słuchający i cierpliwy i z owsikami w tyłku :o)))) Dawno już mnie nikt tak nie zaintrygował. No i piszemy tak sobie od jakiegoś czasu a ja ciągle czuję w sobie ten straszny niedosyt. Niedosyt wiadomości, kontaktu, ciekawości jego osobą. O dziwo wewnętrzna ma motywacja powróciła :) Brakowało mi jej, brakowało mi tego uczucia, spontaniczności, zrobienia czegoś ze sobą samą, na co tylko będę miała ochotę… I czasami chciałabym tak przez monitor wskoczyć na drugą stronę ekranu wprost w objęcia tego, co do mnie pisze… Głupie, szalone, chore? Ne obchodzi mnie to, bo to moje, w końcu jakieś, w końcu nie bezbarwne ale prawdziwe i wyraziste i jestem ciekawa ciągu dalszego. Mam tylko nadzieję że po raz kolejny nie stracę chęci, nadziei, motywacji i ochoty… szukam pomysłu… nie tylko na siebie Jęzor

mrok

czy to już koniec…

Czarne chmury zawisły nade mną w tym symbolicznym 2013 roku… choć ja przesądna nie jestem. Horoskopy pieją o coraz to nowych sukcesach zawodowych, podwyżkach, awansach, tu zabłyśniesz w towarzystwie a tam zaraz z nowym pomysłem w pracy, czego szef nie przeoczy… Pięknie to wszystko brzmi, szkoda tylko, że za bardzo nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Nowy Rok zaczął się jedną porażką uciekającą przed stadem kolejnych, goniących ją z prędkością światła. Najpierw pożegnanie w pracy ze starą-nową ekipą (w połowie) i zmiana pokoju, potem złe wieści, psyjaciel od serca w szpitalu ląduje z zagrożoną ciążą… spać po nocach nie mogłam, tak mocno trzymałam kciuki a krew mnie zalewało bo jakieś chorubsko się przypałętało i iść w cholerę nie zamierzało nic a nic. W międzyczasie zachciało mi się całować z chodnikiem w centrum miasta, tak mi było śpieszno na autobus do pracy. Kompletny brak sił sprawił, że nogi odmówiły posłuszeństwa. Efekt- skóra  rąk pozdzierana, płaszcz zniszczony, spodnie obdarte i kolano stłuczone jak cholera, aż łzy z bólu poleciały…  Postanowienie noworoczne- nie biegam rano za środkami transportu miejskiego do pracy. Efekt- ciągle przychodzę spóźniona a spóźnialstwa nie cierpie. Pomyślałam sobie, idzie weekend, stanę na nogi, psyjaciolke odwiedzę… niestety do weekendu nie dotrwałam… grypa mnie rozwaliła na łopatki, pare dni mi uciekło w niepamięć, a psyjaciółka z Osobistym dwoje sierściuchowatych ukochanych przyjaciół stracili. Nawet nie byłam w stanie sobie wyobrazić co czują, z bezradności że mnie przy nich nie ma i z całej sytuacji przeryczałam całą noc. Najgorsze uczucie na świecie- bezradność… Zagryzłam zęby, pomyślałam sobie, dupa do góry łzy do szuflady, twardą trzeba byc i wspierać choćby na odległość. i huuura, psyjaciolka wyszła ze szpitala i pojechała do domu. Pomimo osłabienia w pracy odstawiłam jednominutowy taniec radości, potem opadłam z sił na fotel i modliłam się żeby już była 17-sta! Piątek, ciepła kołdra, gorąca herbata i sen… o tym marzyłam. I dostałam, ale na krótko. O 3 w nocy obudziły mnie krzyki. Ojciec w łazience wołał o pomoc. Ucisk w klatce piersiowej, gorączka ledwo oddychał aż zaczął tracić przytomność. Wezwałam pogotowie… przyjechali na prawdę szybko, choć w takich momentach każda sekunda trwa całą wieczność. 3 osoby z profesjonalnym sprzętem wpadły do mieszkania. Nawet nie zauważyłam że minęła ponad godzina jak sprawdzali co się dzieje. NA szczęście to nie było serce. Sierściuch oczywiście w centrum zainteresowania, biegała po pokoju i prychała na wszystkich ze strachu, ale musiała być w centrum uwagi. Wszystko musiała zobaczyć i powąchać, sanitariusze mięli ubaw, co rozładowało troszkę atmosferę. W końcu zabrali Starszego do szpitala. Pamiętam tylko że przyniosłam mu ubranie, schowałam dokumenty i telefon komórkowy. Przynajmniej powiedzieli gdzie go zabierają. Siedziełam otępiała nakrześle póki nie odjechali. Pomału traciłam świadomość co się wokół mnie dzieje. Film mi się urwał… obudziłam się zmarznięta o 9 rano z telefonem komórkowym w ręku. Nie dzwonił. Ubrałam się we wszystkie ciepłe rzeczy jakie miałam pod ręką, wlazłam pod kołdrę i koc i czekałam aż zadzwoni. Nie dzwonił :( Matka w drugim pokoju ledwo żywa z temperaturą leżała. Nie dotarła do pracy, wywalczyła urlop. JA w końcu nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do Starszego na komórkę. Odebrał chyba po 8 dzwonku. Powiedział że wraca i sie rozłaczył. Ale jak to wraca? Sam, autobusem? Może chociaż taxi weźmie? Samochód zakopany gdzies pod stertami śniegu na parkingu, ja ledwo żywa, nie podjelam sie odkopywania i jechania po niego, liczyłam na zdrowy rozsądek. Przyjechał- tramwajem i metrem!!!!!! Po całej nieprzespanej nocy w szpitalu na ostrym dyżurze, odwodniony i głodny z wypompowaną krwią… bosze daj mi siły bo już wszystko mi opadło co mogło i co nie mogło…

Resztkami sił przyrządziłam cos do jedzenia na ciepło, ale nawet nie pamietam co to było i czy było zjadliwe. Udało mi się jeszcze pójść do apteki wykupić dla wszystkich leki i zahaczyć o spożywczak, co w lodowce i szafkach światło sie rozpychało bez umiaru. Przytargałam zakupy, zaaplikowałam lekarstwa i film mi sie urwał do niedzieli do 14-stej. Nie ma to jak weekend :)

Kolejny tydzień w pracy zapowiadał się już lepiej- złudne nadzieje :( Dzień w dzień bóle migrenowe, ale takie że modliłam się chociaż o chwilę wytchnienia. W piątek wieczorem już było lepiej. Ucieszyłam się jak dziecko. Jakie to cudowne uczucie przeżyć dzień kiedy nic nie boli, nic nie doskwiera. Znalazłam w końcu swoj samochód na parkingu, deszcz rozpuścił śnieg. Poszłam po pracy go odpalić. Walczyłam 40 min… dziwiłam się że światła się świecą pomimo że były wyłączone nie mówiąc już o wyłączonym silniku. To było jego ostatnie tchnienie. Po 40 minutach poddałam się. Akumulator padł doszczętnie. W sobotę rano wymontowałam zdechlaka, zapakowałam do torby i poszłam kupić nowy. Postawiłam go na ladzie u mechaników, oświadczając, że przyniosłam trupa. Potrzebuje taki sam ale żywotniejszy. Popatrzyli po sobie i wybuchli śmiechem :) Nie ważne, byłam zdesperowana, wróciłam dźwigajac w torbie nowe serducho dla Błyskawicy. Zamontowałam, odpaliłam i usłyszałam ten cudowny dźwięk silnika :) Podjechałam jeszcze sprawdzić, czy przepięć nie ma na obwodzie – było ok. To była pierwsza i ostatnia moja radość tego dnia. Dalszy ciąg weekendu spędziłam z kocem i miską w łazience na podłodze. Kolejny atak bólu migrenowego- czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam. Rzygałam i traciłam przytomność, modliłam się o te momenty bez świadomości, nie mogłam już znieść tego bólu. NA zmianę było i zimno i gorąco, wszystko dudniło, rozwalało mi czaszkę z każdej możliwej strony… W końcu zasnęłam zawinięta w koc na podłodze z Kluchą wtulona w moj brzuch w niedziele po południu. Obudziło mnie pukanie do łazienki- Starszy z potrzebą… Zebrałam się z podłogi, co trwało wieki, zabrałam koc, Kluchę, miskę i przeniosłam się do pokoju. Ból ustał w niedzielę około 23-ej. Byłam tak szczęśliwa że nie mogłam zasnąć. W efekcie zaspałam dziś znowu do pracy. Ledwożywa, wykończona, przebierając ledwo nogami dotarłam do pracy z kolejnym bólem głowy.  I tak sobie myśle ile jeszcze wytrzymam… tak nie da się żyć, toż to tortura jest. Lekarze bezradnie kiwają głowami, wyniki badań książkowe. Więc skąd to ciągłe zmęczenie, dlaczego spanie po kilkanaście godzin nic nie daje.. Człowiek po prostu do niczego się nie nadaje. Jeśli cały rok ma tak wyglądać, to ja dziękuję bardzo, poddaję się. Nie pamiętam, żebym przeżyła jednym ciągiem cały miesiąc tak, żeby mnie nic nie bolało i żebym była szczęśliwa i uśmiechnięta. Miliony prób, pomysłów, ciągła walka na nic… A sił coraz mniej :( Obawiam się że do 30-stki nie dociągnę. Marzę choć o jednym tygodniu bez bólu za to z energią.

Szukam słońca…

Szukam energii…

Szukam spokoju i chwili bez bólu…