Archiwum dla Lipiec, 2013

Coraz bliżej :)

28.07.2013

6 sierpnia zaczynam naświetlania… tydzień później operacja. Z jednej  strony żal utraconych wakacji i zmęczenie, z drugiej niedoczekanie, żeby już było po…

W pogoni za… szczęściem…?

22.07.2013

Ostatnio nie pisałam, musiałam wyciszyć ogromny chaos który zapanował w mojej głowie. Tysiące bezsensownych myśli bez ładu i składu, co  z własnej głupoty zafiksowałam się na Szczypiorka. Tak strasznie chciałam wiedzieć że jest ktoś, że  w końcu znalazłam ramię na którym mogę się podeprzeć i wypłakać.

Ale to było tylko w mojej wyobraźni.

On ograniczył spotkania, a ja potrzebowałam ich coraz bardziej. Brak Szczypiorka na co dzień był jak brak tlenu…

Spanikowałam, straciłam grunt pod nogami i cierpiałam.

Może to i głupie, bo zamiast przejmować się operacją, moją głowę zaprzątała bezsensowna gonitwa głupich myśli. A może i nie… Może właśnie w ogóle nie powinnam przejmować się operacją tylko dalej budować swoją duchową podstawę i dalej robić swoje z uśmiechem na twarzy…

W ostatni piątek miałam dzień wolny. Myślałam, że zacznę już radioterapię. Nic bardziej mylnego…

Rano przyleciałam do Onkologii, nie chcąc tracić ani minuty czasu. I standardowo wylądowałam na jednym z krzesełek przed gabinetem, kompletnie nie wiedząc co dalej. Coś tam podsłuchałam jednym uchem, coś drugim. W końcu pojawił się lekarz, wyczytał kilka nazwisk i ruszył przed siebie…

Poderwałam się z krzesła i krzyknęłam „A ja????”

Nazwisko????- zapytał lekarz.

Otworzył swój kajecik i zaczął szukać. Znalazł. Odpowiedział tylko „Za mną” i ruszył w te pędy korytarzami…

Nawet nie wiedziałam dokąd idziemy. Starałam się nie oderwać od grupy i nie zgubić. Wylądowaliśmy przed gabinetem przygotowywania masek do naświetlań. Nawet nie miałam pojęcia, że coś takiego będzie mi robione. Człowiek, póki nie zderzy się z taką rzeczywistością, nie ma o niczym pojęcia, kompletnie nie wie co go czeka.

Doczekałam się swojej tury. Kazali rozebrać się do pasa w górę i położyć się na stole. Nagle na mojej twarzy, ramionach i klatce piersiowej wylądowała gorąca lepka masa w kratkę… Miała tylko wycięte otwory na oczy nos i usta, żeby się nie udusić. Masa szybko zastygała, mocno przywierając do ciała, przy odrobinie stresu i przyspieszonego oddechu człowiek mógłby się udusić. Ostatecznie na końcach maski mocowane były zaczepy, którymi człowiek był przypinamy do stołu, żeby nawet na milimetr się nie ruszyć… Przerażające… Zamknęłam oczy i starałam się spowolnić oddech, uspokoić… Udało się.

Potem jedna z Pań zabierała Ciebie i maskę i goniła kolejnymi korytarzami, tym razem do symulatora naświetlań, gdzie kilkakrotnie ubierali człowieka w ten pancerz i kazali się kłaść, za każdym razem tak samo, żeby przypadkiem żadne inne miejsce nie było naświetlane niż guz… A w moim przypadku jeszcze dodatkowe ryzyko że guz całkiem blisko serca…

Minęła kolejna godzina, jakoś to przetrwałam. Potem kolejna wyprawa kolejnym korytarzem do następnego gabinetu. Zobili mi tomografię.

Po czym po prostu wypuścili, powiedzieli, „Dziękujemy, to wszystko”.

Zaraz, chwila, jakie wszystko, a co dalej, kiedy naświetlania, kiedy operacja, kiedy w końcu będę miała to wszystko za sobą????

Odpowiedź.. „Proszę łapać lekarza na korytarzu, co jakiś czas się tu kręci”

No jakieś żarty chyba! Wtedy już na prawdę się wkurzyłam. Wróciłam w stronę symulatora i złapałam jedną z Pań, które tam ze mną wcześniej były. Dostałam karteczkę z nazwiskiem lekarza, numerem tel i godzinami w jakich mam dzwonić i pytać co dalej.

No i tak próbuję się dodzwonić…. Albo zajęte albo nikt nie odbiera.

Na prawdę jestem już tym zmęczona. Czekaniem, brakiem informacji, brakiem perspektywy choć tygodnia urlopu i wyjechania gdzieś, odpoczęcia, oderwania od tego wszystkiego. Poza tym guz cały czas bardzo szybko rośnie. Coraz bardziej swędzi i pobolewa w miejscu, gdzie uciska. Szczęście w nieszczęściu, że guz wyrósł na mięśniu a nie na kości, bo tak, to część kości by mi usuwali- a to raczej już powoduje jakaś niepełnosprawność. A tak wytną kawałek mięśnia. Powolna i systematyczna praca powinna zregenerować to miejsce po operacji.

Strasznie bym chciała mieć już tą operację za sobą… albo chociaż wiedzieć, że już niedługo będzie jej termin…

Poniedziałkowo

15.07.2013

Dzisiaj miałam ciężki dzień. Psychicznie ciężki. Cały dzień zbierałam się na rozmowę z szefową. W piątek zaczynam naświetlania i będę miała podobno jeszcze jakieś badania. Dla własnego luksusu chcę dzień wolny, żeby wszystko na spokojnie załatwić.

Na rozmowę zbierałam się prawie cały dzień. Nie potrafię od tak podejść do kogoś i powiedzieć, słuchaj będę miała operację na raka i potrzebuje kilku dni wolnego a poza tym to może mnie potem długo nie być. W ogóle nie potrafię o tym mówić, czuję jak zaciska mi się gardło i napływają mi łzy do oczu. Wolałabym, żeby nikt nie wiedział, nie traktował mnie przez to inaczej, nie patrzył na mnie inaczej… Jak nikt nie wie jest łatwiej.

No ale pogadałam z szefową. Może nawet przed operacją na czas radioterapii załatwi mi możliwość pracy w domu :D Raz, że nie stracę dużo na kasie (chociaż to nie jest teraz dla mnie najważniejsze), a dwa, że nie będę siedzieć w domu i myśleć o głupotach, tylko zajmę się czymś pożytecznym.

W każdym razie ta walka ze sobą, próba rozmowy i sama rozmowa na prawdę mnie wykończyła. Teraz kolejny cel- wytrwać do piątku do kolejnej wizyty w Onkologii.

Tak strasznie chciałabym już być po operacji…

Szczypiorek

14.07.2013

Jest godzina 2:19  nocy a ja siedzę skołowana z głupim uśmiechem na twarzy. Ostatnio wspominałam o poznanym na necie, młodszym ode mnie „Szczypiorku”. Faktycznie ostatnie wydarzenia mocno wybiły mnie z rytmu. A tymczasem owy Szczypiorek uparcie tkwi w moim życiu. Wczoraj pomimo mojego wielkiego doła i wisielczego humoru przyjechał po mnie i wyciągnął na spacer. Spacerowaliśmy do 2  nocy…

A zaczęło się od tego że wysłał do mnie sms bo do kolegi, z którym był umówiony, nie mógł się dodzwonić. Pół godziny później czekał już na mnie na parkingu…

Dzisiaj wykończona wróciłam z działki. Nogi mi  tyłek wchodziły, przeszłam chyba z 10 km, wędrując po lesie w poszukiwaniu grzybów z marnym efektem.Do tego jeszcze przemokłam do suchej nitki. Ledwo weszłam do domu… sms…

Zamknęłam oczy i pomyślałam: „strasznie bym chciała, żeby to była wiadomość od Niego”

I była :)

Propozycja wyrwania się z domu… Totalna niespodzianka… Ogarnęłam się trochę, doprowadziłam do porządku i pobiegłam do niego. Ponownie czekał na mnie na parkingu. Nie chciał zdradzić, dokąd mnie zabiera. Czułam że się denerwował, a ja kompletnie nie miałam pojęcia, co wymyślił…

Po jakimś czasie znaleźliśmy się na wiadukcie…

Nowy wiadukt w zasadzie, wybudowany w dziczy…, z kamienistą drogą dojazdową i… z pięknym widokiem na cudną panoramę… :D Uśmiechnęłam się :D Faktycznie znał fajne miejsce :D Znowu przegadaliśmy kilka godzin z efektem takim, że wróciłam do domu po 2 w nocy.

Zdałam sobie sprawę, że przy Nim zapominam o operacji i tym wszystkim przez co będę musiała przejść. Dziś jednak dotarło do mnie, że będę musiała go niedługo poinformować, że przez jakiś czas nie będziemy się widywać. Nie mam pojęcia jak to rozegrać, żeby nie sprawić mu przykrości, żeby nie pomyślał, że spędziłam fajnie czas ale teraz już nie mam ochoty na Jego towarzystwo. Nie wiem czy chcę i potrafię powiedzieć mu prawdę…

Dużo tego nie wiem…

Z ciekawości zajrzałam sobie przed chwilą na mój horoskop. Akurat ten często mi się w jakiejś perspektywie czasu sprawdza. Znalazłam tam to:

„A youthful boy with the promise of life and love at his feet. A message of love coming to you. Seduction by a younger person possible. Someone trying to charm you. A love of beauty and imagination. Puppy love. Innocence. A young person at the beginning stages of a new relationship. Possible over-excitement in love”

Zamarłam…

Czuję, że po mału zaczynam się znajdować  w innej sytuacji, na którą chyba jednak nie byłam przygotowana… Po prostu nic już nie wiem… poza tym że w środku na prawdę się uśmiecham :)

Większy kaliber… walkę czas zacząć

11.07.2013

Nerwy stres od rana, uczucie żeby nie jechać, że może jednak wcale nie chcę znać wyników badań. Całą noc towarzyszył mi płytki sen. Rano zignorowałam wszystkie budziki, chciałam żeby to był tylko sen…

W końcu się zmobilizowałam. Do Onkologii dotarłam chwile po 8 rano. Ku mojemu zdziwieniu do gabinetu czekał już dziki tłum. Zajęłam miejsce w kolejce i czekałam. Nie miałam pojęcia, że lekarz przyjmuje dopiero od 9 rano. Zdenerwowałam się, że spóźnię się do pracy i to dużo bardziej niż planowałam. Przez pierwszą godzinę zjadał mnie masakryczny stres, potem już chyba bardziej ze zmęczenia odpuściłam. Porozsyłałam sms-y, że się spóźnię.

W końcu po 10-tej weszłam do gabinetu. Pani doktor stwierdziła brak mojej karty pacjenta, która podobno utknęła na oddziale patologii… zerknęła na moje wyniki badań w systemie, potem na mnie, po czym oświadczyła że ta konsultacja niestety nie będzie dla mnie dobra…

Po raz kolejny te wszystkie przeczucia w mojej głowie nie były obsesją  chorymi urojeniami tylko intuicją. Wynik- nowotwór, guz złośliwy. Przypadek jeszcze bardziej rzadki niż ten zdiagnozowany poprzednio. Mało tego, te guzy nie pojawiają się nad piersią, jeśli już to albo w jelitach i przewodzie pokarmowym, podbrzuszu, albo na kończynach górnych. Kolejny raz jestem indywidualnym przypadkiem.

I tak oto moja poranna wizyta przerodziła się w całodniową mękę… tym razem wysłałam info do pracy że dziś już nie dotrę…

Najpierw Pani doktor zadzwoniła na Oddział Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków czy mógłby mnie dzisiaj obejrzeć. Chirurg wyraził zgodę wiec moja karta pacjenta została wyrwana z patologii i przekazana na Oddział nowotworów. W sumie fajnie bo nie czekałam za długo.

A więc jednak operacja… Tyle że tym razem wszystko wygląda inaczej. Od razu dostałam kartę do anestezjologa, skierowanie na prześwietlenie płuc, czy przypadkiem nie mam przerzutów, skierowania na badania przedoperacyjne oraz konieczność konsultacji w celu ustaleniu terminu radioterapii przed operacją. Radioterapia w celu paliatywnym, więc powinnam zamknąć się z naświetlaniami w jednym tygodniu do max 3. Po wszystkich informacjach pobiegłam do anestezjologa. 4 osoby przede mną – 3 godziny czekania!!! Dochodziła 4 a ja siedziałam tam, kompletnie bez sił, na czczo, bez śniadania, bez wody… bez świadomości jakiejkolwiek konieczności, potrzeby picia czy jedzenia… Już zapomniałam że tak można, że stres tak może działa na człowieka. Chyba podłamałam się bardziej niż nadal mam tego świadomość.

W końcu dostałam się do anestezjologa, potem pobiegłam na prześwietlenie płuc. Po wszystkim zrobiłam sobie zdroworozsądkową przerwę, kupiłam kanapkę i coś do picia. Kiedy ją zjadłam ,wtedy dopiero poczułam się fatalnie. Poszłam pod następny gabinet… usiadłam zrezygnowana w koncie patrząc na te wszystkie osoby czekające, zmęczone, zdenerwowane… a ja po prostu nie miałam kompletnie sił. Usiadłam gotowa czekać aż wszyscy pacjenci wyjdą o ile w ogóle ja jestem na liście…. Weszłam przed 16-stą. Dostałam kolejne wytyczne, za tydzień zaczynam naświetlenia…

Tak dalej się boję i dalej jestem przerażona i kompletnie bez sił i tak dobija mnie alej fakt, że tkwię w tym wszystkim sama jak palec. Nawet mimo tego, że moja ostatnia randka chce się powtórzyć w przyszłym tygodniu to jakoś dziś mnie to nie cieszy, Czuję że wszystko zaczyna mi się wymykać spod kontroli. Nie dość, że wczoraj pękł mi ząb i mam teraz kieł jakich mało, to jeszcze dziś po powrocie z Onkologii padłam i nie dotarłam na angielski. Zaczyna się kumulować tyle rzeczy i spraw do załatwienia a ja nie mam na to siły :(

Mam tylko nadzieję, że to przetrwam… dodajcie mi sił…

Test cierpliwości

10.07.2013

Dzisiaj od rana cały dzień w nerwach i na telefonie. Po wielu komplikacjach i zawiłościach przemiła Pani z Onkologii pomimo moich bezskutecznych prób oddzwonienia do niej w kwestii wyników badań immunologicznych zadzwoniła do mnie wieczorem. Była bardzo przejęta, zapisała mnie na jutro na konsultacje.

Denerwuje się…

Boję się, że wyszło coś innego… coś gorszego… że nie skończy się na usunięciu guzka…

Muszę jakoś przetrwać tę noc. Próbowałam dziś zapisać się do „mojego chirurga”, ale patrząc po braku miejsc obstawiam że poszedł na urlop… A nie podejmę żadnej decyzji bez konsultacji z nim.

Wszystkie plany wakacyjne odwołałam, czuję się rozerwana, to jest chyba największy w moim życiu test cierpliwości.

No ale wzięłam się za bary z całą resztą. Pomału wróciłam do żywych. W pracy raz lepiej raz gorzej ale wiem, że nie zamieniłabym tej pracy na żadną inną.

No i poszłam sobie wczoraj na kawową randkę. Chyba sama siebie zaskoczyłam… i przy okazji zostałam zaskoczona :)

Chłopak poznany oczywiście na necie :) Czym ja się zaskoczyłam sama- że młodszy, sporo szczuplejszy ode mnie, jak na niego patrzyłam momentami widziałam „szczypiorek” taki młodziutki.

Czym zostałam zaskoczona? Wszystkie drzwi otwierały się przede mną, krzesła odsuwały, mało tego, zostałam odwieziona do domu i nawet drzwi do samochodu się zostały przede mną otworzone… :) Ależ się dziwnie poczułam…

No a tak poza tym to bardzo sympatyczny chłopak o gołębim sercu, nie wiem czy nie za bardzo gołębim. Z moim charakterem boje się że mogłabym go skrzywdzić… no ale nie oceniajmy książki po okładce, to dopiero pierwsze spotkanie, a ja w końcu po spotkaniu przespałam pierwszy raz od dawna całą noc i to z takim wewnętrznym spokojem. Warto było :)

Trzymajcie kciuki za jutro i za dobre wiadomości :)

 

Chwila oddechu

05.07.2013

A jednak jeden dzień wolnego to był strzał w dziesiątkę. Gdybym miała pójść do pracy raczej o własnych siłach do domu bym już nie wróciła…

Sierściuchowata mocno niestety zaniedbana ostatnio przeze mnie, całą noc rzygała… :( Przyszła do mnie do łóżka strasznie zawodząc i szturchając łapką. Było tak około 2 w nocy. Wstałam i kompletnie nieświadoma poszłam za nią do przedpokoju. A tam wszystko zarzygane :( A ona biedna dostała jeszcze takich torsji, że aż serce mnie ściskało z bólu patrząc jak się męczy.

Podałam sierściuchowatej smectę (dzięki dobrej poradzie innej kociary) posprzątałam przedpokój i chyba jakoś przysnęłam. Nie pamiętam nawet kiedy. I tak co jakiś czas budziłam się słysząc ściskające serce dzwięki… wiec wstawałam i podawałam kolejne dawki. Aż w końcu po 8 rano małą, zmordowana kulka puchu przyszła do mnie, wtuliła się i zasnęła. A ja razem z nią.

Przespałyśmy obie prawie cały dzień. Obudziło mnie parcie na toaletę i jak spojrzałam na zegarek aż jęknęłam… Dochodziła 16-sta. sierściuchowata otworzyła jedno oko, spojrzała na mnie tym swoim błogim spojrzeniem i poszła spać dalej.

W międzyczasie rano zadzwoniłam do Onkologii w sprawie wyników badań. A tu taka wiadomość- wstępne wyniki są ale próbki zostały przekazane do innych badań- immunologicznych – na jakieś receptory. Czas oczekiwania- minimum tydzień :(

Podłamałam się jeszcze bardziej. Zaczynam się na prawdę bać, że to jednak może być coś innego niż pierwsze badania histopatologiczne wskazały… a guzek strasznie szybko rośnie…

Karuzela

04.07.2013

Ostatnio nie pisałam, mimo że często czułam wewnętrznie taką potrzebę. Miota mną od jakiegoś czasu tyle uczuć, że nie za bardzo ogarniam temat. Powrócił płytki, czujny sen. Budzę się bardziej zmęczona niż się położyłam. W ciągu dnia poruszam się jak za mgłą, nieobecna i przytłumiona. Hektolitry wypitej kawy nic a nic nie pomagają. Każdego dnia walczę z bólem głowy i zmęczeniem, nad niczym nie mogę się skupić, ciągle chce mi się po prostu płakać.

Żeby chociaż roboty było dużo, to akurat bym się czymś z musu zajęła, ale na razie wszystkie projekty zawisły w próżni… stan oczekiwania jest strasznie męczący.

Do tego ciągle się zadręczam tym cholernym guzkiem. Już było wszystko super, perspektywa fajnych wakacji, wyjazdu nawet kosztem wydania całej kasy jaką mam. A tu jedna wielka dupa! Będę miała operację. Guzek z dnia na dzień jest coraz większy. Boli i swędzi… A ja ciągle czekam na potwierdzenie badań.

Pierdolone czekanie!

Cholerna bezsilność! Stan który zawsze mnie rozwalał…

Czuję się jakby przez mój umysł przeszła trąba powietrzna zostawiając jeden wielki pierdolnik. Nie mam pojęcia od czego zacząć, jak to wszystko uporządkować i w ogóle po co to wszystko robić???

Że dla siebie? Nie odczuwam takiej potrzeby. Jestem zdezorientowana i zmęczona.

Więc dla kogo innego?

Nie ma nikogo innego. Całe życie przez każde gówno przechodziłam sama. Tym razem jest dokładnie tak samo.To jak czekanie na wyrok siedząc samotnie w głuchej ciemnej celi. Tylko bezradność, strach i pustka…

Najlepiej żeby już teraz! zaraz! położyli mnie na stół i usunęli to gówno. Dostanę zwolnienie, zakaz forsowania sie, opalania itd i będę miała gotowe usprawiedliwienie dlaczego kolejny rok wakacji spędzam sama w domu. Wtedy będę mogła spokojnie w to uwierzyć i się nie dołować. Wtedy nie będę musiała wisieć w tej bezczynności. Mam dość czekania!

Ostatnio nawet jeszcze walczyłam. Zdechła i bez humoru prawie codziennie po pracy na zajęcia językowe chodziłam. Wracałam do domu na czworaka. Zmęczona, rozdrażniona ale z głową zajętą myślami w innym języku. Zawsze to jakoś inaczej.

W końcu na jednych z zajęć zauważyłam, że każdy czymś mnie wkurza, ten po lewej ciągle się wierci jakby miał stado mrówek w tyłku, laska po prawej ciągle się wyrywa i pierdzieli głupoty, kolejna siedząca obok udaje że rozumie, co sie do niej mówi… Jak wychodziłam z zajęć byłam przekonana że trafiłam na grupę idiotów. Teraz wiem, że to zmęczenie… przewrażliwienie wynikające z permanentnego braku snu od jakiegoś czasu…

Do tego wszystkiego zaczęła mnie irytować i dołować moja ostatnia zawsze działająca deska ratunku… moja działka. Pojechałam tam ostatnio, pomijając już fakt że o mało nie spowodowałam karambolu i zatrzymałam się kilkanaście centymetrów przed słupem na drodze… Dojechałam w końcu na miejsce i… poczułam pustkę, nagle cała praca, jaką tam włożyłam w dom, ogród, przestała mieć znaczenie. Rozryczałam się…

Ale nie… to jeszcze nie koniec…

Jakby tego było mało, po głowie ciągle chodzi mi ostatnio mój „były”. Nie dość że odezwał się w moje urodziny z przeprosinami za nerwy jakie mi jakiś czas temu zaserwował i wielką chęcią naprawienia wszystkiego to jeszcze to…

Dwa dni dochodziłam do siebie po tym smsie, a od jakiegoś czasu ciągle po głowie chodzą mi różne myśli i obrazy. Cały czas wychodzę z założenia, że to moje urojenia i że nie mogę się chyba z niego wyleczyć. Problem w tym, że już kilkakrotnie miewałam takie sytuacje i okazywało się, że to intuicja się do mnie dobijała i wszystko się sprawdzało.

A co mi tak chodzi po głowie? A no ślub byłego z obecną niunią i to całkiem niedługo… skąd się biorą takie myśli??? A druga rzecz to jakieś dziwne uczucie, że chłopak wcale nie jest szczęśliwy…

A czemu o tym pisze? Bo chyba ciągle nie mogę pogodzić się z tym że po ponad 7 latach naszego związku on tak szybko się pocieszył. Bo nie mogę się pogodzić tym bardziej z moją samotnością. Kompletnie sobie z tym nie radzę i normalnie szlag mnie trafia.

Tym bardziej jest mi z tym wszystkim ostatnio tak cholernie źle, że wzięłam dzień wolny w pracy.

Żeby nie było, ze nie walczyłam… chciałam zawalczyć o weekend i zmianę otocznia. Koleżanka z pracy bierze ślub w ten weekend. Nie pojadę- ojciec zabrał mi samochód. W domu znowu wojna psychologiczna – o wszystko!

I jeszcze zajebista kumpla z zespołu złożyła właśnie wypowiedzenie…

Ile jeszcze mam zrobić dla innych żeby przestać walić głową w mur????? Dla siebie nie będę robić już nic, bo nic nie przynosi mi ani ulgi ani nadziei, jest tylko bałagan, smutek, irytacja i brak dalszych widoków na przyszłość… wszystko wskazuje mi ciagle tylko jedno- cholerną samotność!

A w weekend chyba z tej radości napruje się sama – do lustra!