Archiwum dla Wrzesień, 2013

Rekonwalescencja

Ile to już minęło? Prawie miesiąc… Od operacji… Powrót do pracy i ludzi… Baaardzo ciężki.

Najpierw problemy z raną po operacji i znikąd pomocy. Dodzwonienie się pod podany numer do pielęgniarek do szpitala? Po 4 dniach zrezygnowałam. Wizyta u lekarza, kolejne parę dni. Nie miałam siły jechać w ciemno siedzieć i czekać czy ktoś mnie przyjmie. To przerosło moje siły :( Jak nie ja :( Tak słaba jeszcze nigdy nie byłam.

Oczywiście uparcie postanowiłam sobie poradzić sama. Po 2 dniach konieczności stosowania opatrunku do pracy, po powrocie do domu ku mojemu przerażeniu opatrunek zdjęłam ale razem ze skórą… okropny ból. Nikt mi nie powiedział że skóra po kilku naświetlaniach może być aż tak wrażliwa… szwy zaczęły się rozchodzić, pojawiła sie ropa!!!!#####$$??? LOL

Akcja- apteka! zaopatrzyłam się w odpowiednie opatrunki, maści, żele i spirytus. Nie, nie do picia, chociaż momentami w  chwilach mega bólu przeszło mi to przez myśl. Deseczka w zęby, spirytus na ranę i hop… Pierwsza noc to był dramat. Potem dezynfekcja i dobre maści zrobiły swoje. Proces gojenia wrócił do normy.  Teraz tylko z niecierpliwością czekam na zdjęcie szwów, mam dość tego metalu w skórze!!!

8h w pracy też mnie jeszcze przerasta. Wracam, zmieniam opatrunek i padam.

Jedyny plus to że w końcu wyluzowałam. Odpuściłam sobie ten cały owsikowy maraton. Tegoroczne wakacje zdałam na straty, póki nie dojdę do siebie, nie wrócę do treningów, nie wyjadę nigdzie, bo co to za przyjemność, jak ledwo dycham i ani po górach nie połażę, anie nie pozwiedzam anie nie pobrykam nigdzie.

No i wyciszyłam się jakoś w środku, wcześniej walczyłam z tym i ie byłam w stanie. Teraz to wszystko po prostu przyszło samo :)

Jest momentami ciężko ale jestem dobrej myśli :) Coś się skończyło, coś się zmieniło i coś się zaczyna :D

Nowy dzień

Obudziłam się…

Ktoś uparcie cały czas powtarzał moje imię. Otworzyłam oczy. Po mału do moich oczu zaczynało się wdzierać światło a z nim ten cholerny ból… ależ bolało, nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam gdzie jestem… Próbowałam coś powiedzieć, ale język stał mi kołkiem, tak jakbym zapomniała jak się mówi. Nie byłam w stanie wypowiedzieć poprawnie ani jednego słowa więc tylko kiwałam po mału głową.  Na szczęście dość szybko dostałam kroplówkę z czymś przeciwbólowym. Nie pomagało…  Dostałam kolejna. W sali wybudzeń przeleżałam dobrą godzinę, nasłuchując co się dzieje dookoła. Przywozili i zabierali kolejne osoby.

Słyszałam jak próbowali przekładać kolejnych pacjentów na ich własne łóżka. Strasznie się tego bałam… Wszystko mnie bolało, mało nie ważyłam, tak mnie to przerażało że nie potrafiłam myśleć o niczym innym! A tu po jakimś czasie zjawia się praktykant z jedną z pielęgniarek i mówią że przyszli mnie zabrać bo dziewczyny już się o mnie dopytują w pokoju :) Hahaha, to mnie rozbawiło.

Kolejna fajna podróż windą z bardzo sympatycznymi osobami których nie znałam. Dziwnie się czułam, leżąc naga pod przykryciem na łóżku w windzie i patrząc z dołu na te wszystkie osoby :D Ledwo się wybudziłam a już złapałam głupawkę :D

Wszystko było fajnie do 15-stej. Akurat wtedy mama przyszła mnie odwiedzić. Posiedziała dosłownie chwilę, tak kiepsko się czułam. Kręciło mi się w głowie, robiło niedobrze, oczy mi się zamykały ale nie mogłam zasnąć, czuwałam z zamkniętymi powiekami. Potem co 2 godziny dostawałam tabletki przeciwbólowe. Łykałam nawet nie pytając co to. Nie mogłam się ułożyć, bolało, rwało, mdliło…

Potem zaczęłam wymiotować. Nawet nie wiem czym, w końcu dobę już miałam pusty żołądek. Straszne to było.. jakiś szary płyn się ze mnie wydobywał. Rzygałam i opadałam bez sił i tak w kółko… do rana.

Pani Wandzia cały czas się mną opiekowała, nawet nazwała mnie Gwiazdeczką :) Normalnie jak prawdziwa babcia :)

Dzień wcześniej to ja przynosiłam jej wodę, gazety i pomagałam co mogłam. Tym razem było odwrotnie. Ale czułam się tak paskudnie że nawet nie protestowałam, próbowałam się tylko do niej uśmiechnąć.

Wieczorem telefon mój się rozdzwonił, ale nie byłam w stanie podnieść się i odebrać. O nie! Dopiero później oddzwoniłam do ojca. I tutaj mnie zaskoczył!!! Ale tak na prawdę. Powiedział że wziął dzień wolny aby odebrać mnie ze szpitala i zebym dzwoniła kiedy trzeba to od razu przyjedzie… Tego się nie spodziewałam. Liczyłam na mamę i taksówkę a tu proszę :)

Potem około 19 dostałam kolację… popatrzyłam na nią krzywym wzrokiem ale nic nie tknęłam, nie byłam w stanie. I to była bardzo decyzja bo jeszcze się męczyłam w nocy całując kibelek…

Niestety tej nocy również nie przespałam. Wymęczyłam się jak diabli. Rano ledwo żywa podniosłam oczy a tu obchód lekarski… Wyglądałam jak śmierć. Był mój radiolog, patrzył na mnie ciepło i współczująca, uśmiechając się z do mnie z tyłu i jedna z pielęgniarek która przyjęła mnie na oddział:) Reszta działała maszynowo. Biegłam jeszcze za lekarzem z dokumentami żeby wypisał mi zwolnienie. Lekarz, który mnie operował poświęcił mi 20 sekund… litości…

Kiedy się wypisywałam ze szpitala, żegnając się z Pania Wandzią, poryczałam się jak głupia, wyściskałam ją i wycałowałam na pożegnanie. Wymieniłyśmy się numerami telefonów. Będzie niedługo w Warszawie na kolejne chemioterapii i na pewno przyjadę ja nie raz odwiedzić :) Już nie mogę się doczekać :)

To dzięki Pani Wandzi zrozumiałam jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Znajomi pytają mnie teraz, dlaczego nic nie powiedziałam, nie dzwoniłam, dlaczego sama zamknęłam się z tym problem, przechodziłam przez wszystko sama. Na początku mówiłam, że tak mi było łatwiej przetrwać ten czas. Ale to nie prawda. Nie byłam sama. Był Szczypiorek :) Pojawił się w momencie kiedy temat nowotwór zaczął mnie przerastać. Pojawił się i tak po prostu wszedł z butami w moje życie. Nie pozwolił mi się zadręczać. Pokazał mi mnóstwo fajnych miejsc, przespacerował ze mną wiele kilometrów gadając o niesamowitych rzeczach, tak po prostu. Był moją terapią. Zniknął chwilę przed operacją, I mimo że nic nie wiedział, był moim lekiem na to wszystko. Tak jakby anioł stróż zesłał go i postawił w tym czasie i w tym miejscu na mojej drodze :) I nawet jeśli byłam nim zauroczona, wspaniale wspominam ten czas. Jest super chłopakiem i mam nadzieję że znajdzie swoją wymarzoną dziewczynę i będzie szczęśliwy :) Zrobił dla mnie więcej niż jestem w stanie wyrazić. Nawet nie potrafię tego opisać. Szczypiorku, gdziekolwiek teraz jesteś, bardzo Ci dziękuję i życzę Ci duuużo szczęścia i miłości w życiu i spełnienia tego najważniejszego marzenia :)

Wracając do tematu. Potem odebrałam papiery i zadzwoniłam po tatę. Przyjechał w 15 minut…

W tym czasie spotkałam jeszcze małżeństwo które od początku mi towarzyszyło w onkologii z tym samym przypadkiem co ja. Wymieniłam się z nimi adresem e-mail na w razie czego, żeby dzielić się obserwacjami przebiegu operacji i choroby :) Super ludzie.

No i zostałam przywieziona do domu… czułam się… dziwnie… jakbym była kimś innym, w miejscu mi obcym w obcej skórze… wszystko wydawało się dziwne. Ale to był jeden z tych piękniejszych dni w moim życiu, poznałam cudownych ludzi z którymi ciężko mi było się pożegnać, nagle rodzice, chyba pierwszy raz byli przy mnie. Ojciec się ucieszył, matka też, a mój kocurek… o matko taki taniec radości odtańczyła, merdała ogonem jak pies i wskoczyła na mnie piszcząc niesamowicie :) Takiego powitanie się nie spodziewałam :)

Od teraz miałam stawić czoła nowej mnie :)

Operacja

Pierwszy dzień pobytu w szpitalu… Obiady nie dali bo nie przysługiwał, ale na szczęście zjadłam pierogi w bufecie. Kolacji zjeść nie mogłam bo operacja następnego dnia rano o 8-ej, więc nic jeść nie mogę. Póki mogłam to jeszcze tylko wody się opiłam jak bąk. Ale żeby nie było za kolorowo…

Moje wyniki morfologii nadal się nie znalazły wiec wciąż był problem z grupą krwi…

Potem przyszła jedna z pielęgniarek. Dostałam zastrzyk w brzuch, pewnie przecie zakrzepicy. Wyszła. Potem przyszła Pani anestezjolog… ale nie do mnie. Potem przyszła inna pielęgniaka i kolejna ale też nie do mnie. Potem przyszedł młody praktykant, którego też już dobrze kojarzyłam z twarzy i korytarzy onkologii. Jak to powiedział „Chciałbym przeprowadzić z Panią wywiad” :D Ależ oczywiście, powiedziałam, a dla jakiej gazety Pan pracuje i zaczęłam się śmiać :) Atmosfera w pokoju od razu się rozluźniła i wszyscy zaczęli się śmiać :) Po okropnie długiej ankiecie medycznej przyszła Pani anestezjolog, tym razem inna. Przedstawiła się, podała mi rękę na przywitanie i ku mojemu zdziwieniu przeprowadziła ze mną bardzo profesjonalną rozmowę. Jak na moje perypetie tutaj to była miła odmiana. A potem na chwilę przyszedł jakiś lekarz, kazał mi podpisać zgodę na zabieg i pozwolił sobie na dość niemiłe zachowanie w stosunku do mnie. Obejrzał guz, obrysował flamastrem, walnął mi wykład że bezmyślna jestem i pewnie czekałam nie wiadomo ile aż guz mi urośnie i teraz problem… Jak sobie pomyślę ile mnie to wszystko kosztowało żeby w końcu doczekać się operacji aż się zagotowałam. Udało mi się jednak opanować i kompletnie go zignorowałam.

Potem przyszła kolejna pielęgniarka (nie mam pojęcia ile ich było na tym jednym małym oddziale) i przyniosła mi kitelek w który miałam się ubrać do operacji… sznurowany z tyłu :) O matko, ale szał :D W czymś takim paradować po szpitalu… bez bielizny… :) Szaleństwo.

Kolejna pielęgniarka, która przyszła, poinformowała mnie że rano koniecznie prysznic prze operacją i założyć sexi wdzianko.

Cała noc nie spałam, hałasy na korytarzu kręcące się pielęgniarki, chrapiące sąsiadki, latające samoloty nad szpitalem, przejeżdżające pojazdy na sygnale… i po chwili zaczęło świtać.

Dochodziła 7 rano kiedy wpadła pielęgniarka (jeszcze inna) z tabletką dla mnie, nasenną czy uspokajającą. Popatrzyła na mnie w końcu stwierdziła jednak że nie da i tej tabletki. Na pytanie co się dzieje usłyszałam, że moja operacja jest przełożona w czasie, idę jako druga nie jako pierwsza.

Ta pielęgniarka ledwo wyszła i wpadła inna z pretensją do mnie czemu jeszcze nie jestem gotowa do operacji!!!! Normalnie jaja jakieś. Więc mówię jej że podobno mam przełożoną w czasie operację… Coś tam pogadała pod nosem i wyszła.

Przyszła kolejna pielęgniarka… powiedziała że nie miałam robionego EKG, wiec mam iść zrobić. Naciągnęłam dres wzięłam skierowania i poszłam w te tłumy ludzi, usiadłam w kolejce i czekałam na swoją kolej. Po godzinie wróciłam z wynikami. Ledwo weszłam na oddział inna pielęgniarka wyrwała mi z ręki wyniki i gdzieś pobiegła.

Super się zapowiadało.

Po jakimś czasie pojawiła się pielęgniarka którą widziałam dzień wcześniej i do mnie z pretensją, a dlaczego jeszcze ja nie przebrana, nie gotowa do operacji, do czego to podobne… i jak tak krzyczała na mnie coś we mnie pękło. Nie pamiętam już co, ale coś jej odpowiedziałam, minęłam ją i poszłam się przebrać. Teraz to już kawa nie była mi potrzebna, taka byłam wściekła. Co jak co ale takiego bałaganu informacyjnego to już miałam dość.

Ledwo wyszłam z łazienki już czekał na mnie praktykant z wózeczkiem i zawiózł mnie w tym zabójczym kitelku przez cały szpital na blok operacyjny. Po drodze trochę się rozładowałam. Z tego stresu gadałam takie głupoty i jeszcze śpiewałam w windzie, że wszyscy, którzy się dosiedli w międzyczasie, mięli niezły ubaw ze mnie. NA zakończenie podróży przed łóżkiem na kółkach podstawili mi schodki i kazali oddać kapcie, o które jeszcze walczyłam resztkami sił.

Potem długo pamiętam tylko sufit, innego Pana który slalomem wiózł mnie jakimiś korytarzami aż na salę operacyjną gdzie znalazła mnie moja Pani anestezjolog :) Tak leżałam sobie na plecach i najpierw lewą rękę mi na bok wyciągnęli i podłączyli ekran chyba z EKG, na tym się już nie znam. Potem wyciągnęli mi drugą rękę w bok, wbili wenflon i założyli ciśnieniomierz.

Zaczęłam się śmiać… jeszcze na sali operacyjnej krzyżem kazali leżeć…

Potem jeszcze była krótka historia z pomylonymi kartami pacjenta, wzięto mnie za Panią Jadzię która miała takie same schorzenia jak ja tylko co innego do wycięcia… o zgrozo… Na szczęście sprawa się wyjaśniła :)

A potem podeszła do mnie Pani anestezjolog i zapytała się mnie czy się denerwuję. Powiedziałam jej tak i że moje obawy związane są z tym że mam nadzieję że zasnę… Znowu wszyscy zaczęli się śmiać. Jedna z pielęgniarek powiedziała że nie było tu jeszcze takiego co by nie zasnął, raczej większość obawia się czy się wybudzi. Tego to ja akurat byłam pewna :)

No ale po tylu nieprzespanych nocach miałam prawo do swoich obaw. Podano mi narkozę. Pamiętam tylko że doliczyłam do magicznej liczby 2 :) I zapadłam w mocny 3-godzinny sen :) Pierwszy taki od wielu dni.

Szpital

Dzień przed pójściem do szpitala, to była niedziela, 11 sierpnia… To był jeden z tych gorszych dni w moim życiu. Dzień w którym strach wygrał z moim opanowaniem. Nie mogłam spać już kolejną dobę, nie mogłam patrzeć na jedzenie, nie chciało mi się nawet wstać z łóżka. Przerażona zakopałam się pod kołdrą, wyobrażając sobie, że pstryknę w palce i znajdę się gdzie indziej, w zdrowym ciele z nową nadzieją na lepsze jutro…

To niestety było niemożliwe. Puściły mi wszystkie zawory, przeryczałam cały dzień jak głupia, nie mogąc tego opanować…

Następnego dnia moment pojechania do szpitala odkładałam ile mogłam… wiedziałam że przed tym nie ucieknę, a jednak nie potrafiłam inaczej, nogi ciężki jak z ołowiu utrudniały mi zrobienie choć jednego kroku… umysł odrętwiał, w środku pojawiła się cholerna pustka, po prostu pustka…

Po dwóch godzinach zebrałam się w końcu. Znalazłam tzw „ruch chorych” gdzie zarejestrowałam się do szpitala. Dochodziła 1o rano…

Rejestracja trwała 1,5 h, troche osób czekało do pokoju z torbami, walizkami i różnymi dokumentami. Niektóre twarze już rozpoznawałam :) Zaprowadzono mnie następnie na Oddział, wręczono plik dokumentów i kazano czekać. NA Oddziale wszyscy biegali jak kot z pęcherzem, Jedni chcieli się wypisać inni wpisać i ulokować w pokoju. Po kolejnej godzinie poznałam numer pokoju, ale nadal był problem z łóżkiem, kazali czekać. Zostawiłam torbę z rzeczami i wyszłam z oddziału. Poszłam nacieszyć się słońce, usiadłam na schodach przed głównym wejściem i po prostu oddychałam… chłonęłam promienie słońca, powiewy wiatru, świat zewnętrzny…

Kolejne zapytanie o pokój niestety ponownie zakończyło się irytującym „proszę czekać”. Ehh, więc poszłam na stołówkę, dochodziła 13-sta a ja jeszcze nic nie jadłam. Nawet nie byłam głodna, ale posłuchałam się głosu rozsądku. Zamówiłam sobie pierogi ze szpinakiem i fetą. Nawet nie były złe.

O 15-stej znalazło się dla mnie łóżko :) Więc poszłam zapoznać się z moimi współlokatorkami :)

Przyznać muszę, że towarzystwo miałam niezłe :) Pierwsza Pani po lewej- Pani Apolonia. Prababcia :) Jak bum cyk cyk nie wyglądała. Moja babcia wygląda starzej. A ona doczekała się 4 prawnucząt… podziwiam. Kobieta już zrezygnowana, przerażona, narzekająca, która dostała szansę na dalsze leczenie i niestety wyrok – amputacja prawej nogi… :( Pomimo odmowy leczeni przez inne ośrodki tutaj lekarze podjęli wyzwanie, dostała chemię… Niestety zbyt słabe żyły mogą tego nie wytrzymać…

Druga Pani, Pani Grażynka, na pewno mama, przypuszczam że mniej więcej w wieku mojej mamy. Z Warszawy z Żoliboża. Kobieta zniszczona przez życie- tak wyglądała. Zapadła twarz, policzki, sine worki pod oczami. Pierwsza myśl- alkoholiczka. Co wcale nie musi być prawdą. Ale na pewno łatwo jej w życiu nie jest. Wyglądała na bardzo samotną. Podobnie jak ja miała guza, tyle tylko że na ręku nad nadgarstkiem. Tak jak ja czekała na operację.

No i moja ulubienica. Pani Wandzia :) Przyjechała tu kawał drogi PKSem. Jechała ponad 9 godzin. Kobieta która duzo w życiu przeszła i nigdy nikomu nie pokazała, że jest jej źle, nigdy przy nikim nie zapłakała, zawsze walczyła do końca tak jak i teraz aby żyć… Podobnie jak pierwsza Pani, dostała chemię i walczyła o nogę, tutaj decyzja o amputacji jeszcze nie zapadła, była szansa na jej ocalenie. Pani Wandzia szybko stała mi się bardzo bliska, dużo rozmawiałyśmy i poczułam jakbym odnalazła swoją życiową bratnią duszę, osobę bardzo ciepłą i bardzo silną psychicznie, która w końcu przy mnie się otworzyła, mało tego doprowadziła mnie do łez, ale o tym później :)