Archiwum dla Listopad, 2013

Walka… ale o co?

19.11.2013
Jak na półmetek listopada przystało rozpoczął się jeden z najbardziej znienawidzonych przeze mnie okresów. A mianowicie premiera Świąt Bożego Narodzenia. Czyli dla mnie okres samotności, depresji i krokodylich łez…
Czas, który spędzam tylko z rodzicami, z którymi Święta są tylko okropnym obowiązkiem i sztucznych uprzejmości. Smutne ale prawdziwe.
W związku z tym zamiast siedzieć i się mazać rzuciłam się w wir pracy. Nie wiem ile już mam nadgodzin ale jak na razie mam cholerną satysfakcję, że dokonałam w pracy 2 rzeczy które wydawały mi się kompletnie nie możliwe. Poziom zadowolenia z siebie i satysfakcja…. bezcenne ;o)
No i pojawił się ktoś… i ku mojemu zdziwieniu w sposób którym jestem zachwycona, ponieważ pierwszy raz coś wyszło naturalnie, tak po prostu z dużą dozą uśmiechu. Wróciłam w pewien piątek kompletnie wykończona bo cholernie ciężkim tygodniu pracy, po wielu nadgodzinach i z bardzo obojętnym podejściem do otoczenia. Wtedy On się odezwał, czasem gadaliśmy na necie. Zaproponował spacer. Myślałam, że żartuje, a on wsiadł w samochód i przyjechał spory kawał tylko po to, żebym się ze mną spotkać. Do końca będąc pewna, że żartuje, zgodziłam się i dzięki temu zafundowałam sobie bardzo miły spacer późną wieczorową porą po ulicach Warszawy. Mało tego. To była dla mnie najcudowniejsza terapia odstresowująca :)
Wróciłam do domu i w końcu zasnęłam mocnym, prawdziwym snem :)
Nie, nie oszalałam ze szczęścia. Po prostu coś się we mnie w środku uśmiechnęło. Kontakt pozostał, niecodzienny ale fajny, normalny, czasem z żartem, czasem złośliwością, a czasem gadką o niczym i o wszystkim. Spontanicznie, bez umawiania się, kombinowania, szykowania, planowania…
Aż tu pewnego razu słyszę… jeśli dalej mamy kontynuować naszą znajomość, musimy porozmawiać… Hmmm to z reguły kobieta do faceta mówi „musimy porozmawiać” i wtedy facet bierze nogi za pas i spierdala gdzie pieprz rośnie… Zaniepokoiłam się… Oj, bardzo..
Myślałam, że znowu mnie wkręca… nie wkręcał… Ma córeczkę i jest po rozwodzie… Zawsze w takich sytuacjach, ja kobieta po jednym poważnym i kilkunastu niepoważnych związkach, bezdzietna panna mówiła żegnaj tym razem nie potrafiła tego zrobić. Dlaczego? Nie wiem. Nie zakochałam się, po prostu poczułam wewnętrzny spokój, inspirację, wyzwanie, ciekawość… zaintrygował mnie… I co, teraz przez to, że ma córkę, mam powiedzieć- żegnaj…
Fajnie się dogadywaliśmy, wiec chciał być fair, powiedział co i jak. Nie chciał abym odpowiadała od razu. Powiedział, żebym sobie spokojnie przemyślała temat, tyle ile potrzebuje… Poczułam szacunek.
Zapytałam kiedy kawa…? Był zaskoczony. Chciałabym na spokojnie usiąść z nim i obgadać temat, dowiedzieć się coś więcej.
Kawy jeszcze nie było. Wyjechał na kilka dni z Wawy, na urodziny córki. Pisał, dzwonił… Kolejne godziny przegadane o wszystkim i o niczym :)
Nie, nie czuję ani presji, ani strachu. Ciągle czuję ciekawość. Poza tym w moim wieku ciężko poznać mężczyznę w podobnym wieku bez przejść, czy to rozwód czy też własne pociechy. Czasem się zastanawia, czy On chce jeszcze dzieci. JA bardzo chcę. Nie wyobrażam sobie inaczej. I to jest chyba dla mnie ważniejszy temat, czy wchodzić dalej w znajomość. Z drugiej strony czasem takie kwestie się zmieniają… najpierw facet nie chce, a potem związek się zacieśnia, a potem facet zmienia zdanie. No ale czym ja się przejmuje na samym początku? W sumie niczym, tak mi to ostatnio przeszło przez myśl.
No i tak się to jakoś  leci, dużo innych jeszcze spraw na głowie które wypełniają mi czas. Czy to faktycznie jakaś forma przepisu na szczęście czy zagłuszanie samotności i strachu przed Świętami i samotnością ogólnie rozumianą? Nie wiem. ale wolę żeby się działo niż żeby sie dołowało :)

Czy ja to przetrwam…?

10.11.2013

A no sporo czasu upłynęło, odkąd nie pisałam. Zmęczenie… trud z wrażeniem myśli… niespodziewane przygnębienie? Chyba wszystko razem. Wydawałoby się, że jak tylko zdejmą mi szwy i rana się zagoi, dużo zmieni się w moim życiu. A tymczasem przyszła jesień a wraz z nią powróciło uczucie zmęczenia, smutku i samotności.Co się stało z moim duchem walki???? Nie wiem. Pojawił się, a po chwili już go nie było :(

Od momentu zdjęcia szwów rana szybko zaczęła się goić. Fakt, blizna jest paskudna, ale ja jakoś się tym zupełnie nie przejmuję. Jedyne, co stwarzało mi problem, to znalezienie bluzek do pracy, że by jednak zachować jakiś profesjonalizm, co nie zawsze mi się udawało. Ale tym jakoś specjalnie też przestałam się przejmować.

Osłabienie organizmu okazało się dużo silniejsze niż myślałam. Nadal szybko się męczę i wiele rzeczy nadal sprawia mi trudność. Do tego z braku ruchu i możliwości wykonywania ćwiczeń zaczęłam znowu tyć… przestałam się mieścić w swoje ciuchy, co dodatkowo mnie dołowało. Nadal nie mogę na siebie patrzeć! Próby podjęcia wysiłku fizycznego nie najlepiej się dla mnie kończyły…

Ciągle sfrustrowana i zmęczona zaczęłam przesiadywać w pracy po godzinach. Nie chciało mi się wracać do domu. Ojciec się zmienił, że szok, ale matka… z każdym dniem coraz bardziej wyprowadza mnie z równowagi….

Przestałam się hamować… Każda wymiana zdań kończyła się awanturą… Nadal tak jest. Dzisiaj również… Wkurza mnie fakt, że nie potrafię po prostu wyjść, albo zignorować, że daję się wyprowadzić z równowagi… Źle się z tym czuje! Ale już nie daje rady! Mam dość jej ciągłego stękania, marudzenia, narzekania, pretensji o wszystko, przeklinania, wulgaryzmów i braku szacunku! Mocne słowa? Może. Ale to nie ja je powoduję.

Czy swoim zachowaniem nie szanuję matki? Możliwe. Czy ona kiedykolwiek szanowała mnie? Wątpię. Nigdy nie było moją przyjaciółką.. ba nigdy nie czułam żeby wspierała mnie jak matka. Może nikt jej tego nie nauczył? Możliwe. Ale ja już potrafię inaczej. Za każdym razem zarzynałam się, żeby jej pomóc, odciążyć, spełnić jej zachcianki nawet jeśli były głupim postawieniem przez nią na swoim i mocno ingerowały z moje plany i życie. Nie potrafiłam jej odmówić i zawsze ciągle coś było nie tak. Nigdy szczerze nie podziękowała, nie powiedziała że kocha, nie wsparła w niczym, nie zmotywowała… Zmarnowała swoje życie. Jest osoba, która dźwiga krzyż z własnej woli, przy czym głośno narzeka i ma do wszystkich pretensje a tak na prawdę nie ma odwagi, żeby cokolwiek zmienić. Ja już przestałam próbować naprawiać jej świat. Teraz ze wszystkich sił próbuję uratować swój i szczerze nienawidzę zarówno jej jak i siebie za te wszystkie podłe sytuacje, o których ciągle dochodzi.

Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam. Jestem zmęczona ciągłym hałasem w tym domu. Znowu nie sypiam po nocach, budzę się wykończona. Kiedy mam dzien wolny przez mieszkanie przechodzi tajfun, w postaci matki walącej w kuchni szafkami, szeleszczacej torebkami i tysiącem innych rzeczy od 7 rano! Budzę się i mam ochotę krzyczeć i walić głową w ścianę.

Dużo był dała, żeby spróbować sama, wyprowadzić się… Niestety ani na wynajem ani na kredyt mnie nie stać. Koleżanka wp racy powiedziała mi, że gdyby udało mi się wyprowadzić, wcale nie byłoby lepiej. Byłabym kompletnie sama w pustym mieszkaniu. Może i ma trochę racji, ale nie wiem na prawdę ile jeszcze zniosę.

Poza tym samotność mnie już dobija, a tak miałabym szanse kogoś poznać.

Czuje że znowu utknęłam w tym gównie i pomimo świadomości, że w jakiś sposób otarłam się o śmierć, nadal nie potrafię podjąć żadnej decyzji. To tak jakby ktoś mnie przywiązał i poruszał za sznureczki jak marionetką.

Coraz częściej dopada mnie uczucie, że toksyczne życie, do w jakim się kisiłam od urodzenia, tak mnie przesiąknęło, że nie potrafię być inna.. że nigdy nie będę potrafiła nic zmienić i najgorsze… że skończę jak moja matka…