Archiwum dla Styczeń, 2015

Sylwester

Szaro buro i ponuro za oknem, niby święta była, ale bez klimatu kompletnie, zimno i mokro… brrrr…. i że Sylwester? no że jak?

Stresa miałam takiego od kilku dni, że ani spać nie mogłam ani jeść. Wygrzebałam w szafie małą czarną która zawsze  ratuje wszystkie imprezy, jest uniwersalna i nie można w niej źle wyglądać. W ramach ekstrawagancji zakupiłam srebrny połyskujący żakiet o by zrobić dobre wrażenie na wejściu. No to jak mała czarna to i rajstopy by się przydały… nie cierpię! no to idąc za ciosem i buty do kiecki na obcasie zakupiłam na promocji w chwalebnej cenie :D

no to skoro juz postanowiłam założyć tą kieckę to i do fryzjera sobie poszłam… pierwszy raz w życiu przed imprezą. I o zgrozo nie było mojej pani fryzjerki… oczy moje rozszerzyły się na widok młodego łysego chłopaka z kucykiem na środku głowy, dość osobliwie ubranego… nogi się pode mną ugięły! nie z wrażenia, bynajmniej, z przerażenia…. 2,5h siedzenia i wyszłam prawie z płaczem bo biedak kompletnie poległ w walce z moimi włosami. Zdeterminowana nie dawałam za wygraną. Woda pod kran i od początku aż będzie bedzie olśniewająco… Walczyłam 2h ale się udało :) No to jeszcze tylko wystrzałowy makijaż i mogę iść :)

Poszłam… dwóch czarusiów poznanych na wieczorku zapoznawczym zgarnęlo mnie po drodze i od razu zostałam przygarnięta do Zauroczonego jako zajęta… heh… żołądek mi się ścisnął od wejścia. Sytuacja poza kontrolą… kontrolki sie uruchomiły i koniec.

Cała impreza była zlepkiem kompletnie skrajnych uczuć i emocji. Jedzenie pyszne, ludzi mnóstwo, alkoholu sporo, DJ super. Stałam tam i patrzyłam ciągle zastanawiając sie co ja tam do cholery robię, przecież to kompletnie nie w moim stylu. Ani ja odważna, tanczyć nie umiem, ludzi nie znam…

A tu proszę… co chwila co jeden taniec z innymi o dziwo i dałam sie poprowadzić i spodobało mi się nawet, az zauroczony zaczal sie do zazdrości poczuwać i odbijał, a jak już odbił to oczy mu płonęły jak pochodnie, szaleliśmy na parkiecie :) Aż miałam ochotę wyjsć z siebie stanąc obok, popatrzeć na siebie i popukać się w czoło.

Heh… a zauroczony szarmancki.. a to płaszcz podał, a to marynarką okrył, a to w rękę pocałował. A z drugiej strony a to zniknął na godzinę, a to dość „osobliwie ” z inna laska dłuugo tanczył na parkiecie, a to zapomniał o mnie na ponad godzinę… normalnie jak na huśtawce nie wiedziałam co mysleć, od euforii po kataklizm. Zeby tak mozna było wyłączyć umysł i przez chwile nic nie czuć.

Kurcze, tak teraz sobie myślę, że już czar tego wieczoru prysł gdzieś w mojej głowie. Owszem było fajnie, ciekawie, inaczej, wybawiłam się i wytańczyłam za wszystkie czasy, do 4 rano skakałam na parkiecie a potem juz tylko chciałam dotrwać do porannej komunikacji. Nie dotrwałam… Zauroczony sie ulitował i po moich narzekaniach i marudzeniach zamówił takse i zabrał mnie do siebie… Odwołal dalsza impreze, ktora po Sylwesrze miala sie dalej toczyc u niego. Nie ważne, że chciałam wracać do siebie.

Zmeczona ale usmiechnieta marzylam juz tylko o snie. Nog kompletnie nie czulam, wchodzilam po schodach trzymajac buty w reku. Zauroczony przyniosl mi wody, rozebral sie do gatek, podszedł do mnie, zdjał ze mnie sukienke, po czym zaprowadzil mnie do pokoju, gdzie polozyl sie obok i zasnelismy razem wykonczeni mocnym i glebokim snem.

Po takiej imprezie powinnam pasc i spać długooo. Tymczasem obudziłam sie 4h pozniej… niespokojna i zdezorientowana. Wszystko mnie bolało, marzyłam o prysznicu. Zauroczony spał spokojnie, oddychając rytmicznie i cichutko. Delikatnie wygrzebałam sie spod kołdry, poszłam do łazienki, ogarnęłam sie na ile mogłam, załozylam sukienke, obudziałam Zauroczonego, pocałowałam w policzek i wyszłam. Pojechałam do domu. A jak do niego dojechałam to wtedy dopiero padłam i mocno zasnęłam.

Przerażenie i euforia siały zniszczenie w mojej głowie…

 

Kolejny etap

A wszystko zaczęło się od Sylwestra… żeby nie stchórzyć, wcześniej dokonałam wpłaty. Tak! Pierwszy raz w życiu poszłam na porządną imprezę do lokalu- na prawie 200 osób :D Żadnych styp, domówek w jednotematycznym towarzystwie, ryczenia samej do poduszki, o nie! Impreza!

I tu muszę sprostować. Jednak coś sie zaczęło przed Sylwestrem – był wieczorek zapoznawczy przed Sylwestrem :P No poszłam bo co tam, jedzenie zapowiadało sie dobre a że zimno to i grzane piwko sie zamarzyło. Przyszłam… nowe twarze… uśmiechnięte i gadatliwe :) Fajnie spędziłam wieczór, śmiałam sie jak szalona i uparcie unikałam wdawanie się w dyskusję z jednym z obecnych tam reprezentantów płci brzydkiej. Jedna cięta riposta goniła drugą… Wkręciłam się jak nigdy a potem…. pożegnałam się i wyszłam z lokalu. To była ucieczka! :D I wtedy wydawało mi się, że taki jeden bacznie mnie obserwował. Trzy tygodnie później okazało się że wcale mi się nie wydawało…

Nadeszły święta a ja przeżywałam tego cholernego Sylwestra jak mrówka okres. No bo w co ja się ubiorę i w ogóle po co tam idę, na pewno będę się czuć strasznie, stać gdzieś w kącie i odliczać czas do wyjścia, do pierwszej możliwej okazji, żeby czmychnąć.

25 grudnia… siedzę w domu wniebowzięta że siedzę w domu :D Bo w pracy słabo, ciagle zwalniają, nastroje żałobne, motywacji brak a zmęczenie mocno daje do wiwatu. Nie ma nic piękniejszego niż zarywanie nocy i oglądanie filmów, czytanie książek, dzierganie biżuterii na szydełku i komina na drutach. No bosko… a tu jeszcze jakieś winko się znalazło. Miśka, zadowolona, że Pani w domu, leże obok z głową na kolanach i mruczy :D No poezja…

Aż tu nagle słyszę dźwięk przychodzącej wiadomości na FB. Hmmmm…. nie mają ludzie co w święta robić :) Ciekawość była silniejsza. Zaglądam… A tutaj wiadomość od tajemniczego obserwatora z wieczorku przedsylwestrowego. Hmmm… no dobra, zobaczmy :) Miłe przywitanie, bo święta masakra, brzuch boli od jedzenia, rodzina itd można by się gdzieś wyrwać…. No w sumie czemu nie… odpisuję że chętnie, gwar, zamieszanie i browarek to całkiem ciekawa opcja. Termin? Jutro :) Pasuje.

Efekt końcowy? Termin przełożony o jeszcze jeden dzień, zamiast baru impreza domówka i tylko jeden drobiazg niedograny… czemu sie okazało że ja zostałam zaproszona 2h wcześniej… No cóż, wieczór był miły do pewnego momentu, póki się delikwent nie spił porządnie. I nagle ja byłam jego słońcem i promyczkiem (ja : trzeźwa jak szpadel) obejmowana co chwila, a potem zostawiona na pastwę losu. On: pijany w sztok z głupim uśmiechem szczęścia na ustach, proszący inne laski o bicie po twarzy itp co przerodziło sie w jakieś dziwne zapasy…. Oni: wspólni i nowi znajomi :) Zdziwieni…. 4h później- ja: grzecznie się żegnam i wychodzę- trzeźwa ale nie stojąca na ziemi o własnych siłach, przerażona i pogubiona- co to k… miało być????? Wspólne obejrzenie filmu, przytulenie i buziak nagle sprawił, że wszyscy sobie pomyśleli że my jesteśmy parą… tylko że jego dobrzy znajomi co niektórzy po raz pierwszy mnie na oczy widzieli…. Nieźle, jak chcę to potrafię zwrócić na siebie uwagę :)

I od tego się zaczęło…

Powrót…

Dawno nie pisałam. A szkoda… sporo się wydarzyło w moim życiu i nie do końca nadal potrafię to wszystko zrozumieć.

Zawsze byłam tchórzem, bałam się zmian, bałam się ludzi, bałam się być sobą, oszukiwałam samą siebie. Nie ma nic gorszego niż zrobić sobie coś takiego… zamknąć się w klatce, marzyć o szczęściu i na każdym kroku unieszczęśliwiać się. Takie było całe może życie, nigdy nie wierzyłam w siebie, do całego świata miała żal więc jak cokolwiek mogło się udać?????

W połowie 2014 roku zaczęłam nagle odbierać świat inaczej. Co było powodem? Nie wiem. Wyszłam ze skorupki i nagle oświetliło mnie piękne i jasne słońce i zamiast się ukryć przed nim jak to miałam w zwyczaju, zostałam… Poczułam ciepło na twarzy, zamknęłam oczy i na sekundę oszalałam ze szczęścia.

No i cóż… chłopczyca zaczęła nagle po 30-tce dbać o wygląd, chodzić do fryzjera, kupować sukienki, buty na obcasie, coraz to wymyślniejsze kosmetyki, perfumy… Założone konta na wielu portalach społecznościowych po mału zaczęły w końcu żyć. Zamiast spędzać wszystkie wieczory w zacnym własnym towarzystwie, tudzież przyjaciela kudłatego czworonożnego, miauczącego niemiłosiernie kiedy tylko zajmowałam się istnieniem w sieci. To niesamowite jak człowiek sam tworzy sobie złudny świat i uparcie w niego wierzy. Codziennie powtarzałam sobie że jestem szczęśliwa, że wrócę do mieszkania, w którym wciąż zamieszkuję z rodzicielami… Ileż prób juz przeszłam aby to zmienić- bezskutecznie. Więc po co miałam gdzieś wychodzić, skoro zawsze ktoś za ścianą siedział…

Najpierw obudził się we mnie głos, że mam już dość samotności. Bo długim związku nie zostało już nic. Minęły już 3 lata a ja się w końcu pozbierałam i najwyższy czas aby coś w końcu z tym swoim życiem zrobić. Jak postanowiłam tak zrobiłam, zaczęłam umawiać się na randki z facetami z sieci. Było ciężko…. ciągle mi coś nie pasowało, nie czułam się dobrze we własnej skórze. ciągle zadawałam sobie pytanie, co jest ze mną nie tak. Czy mam az tak cholernie wygórowane wymagania? Z może boję się stracić swoją niezależność, którą uparcie tyle lat budowałam, mówic sobie że jestem szczęśliwa i nie potrzebuję nikogo. A może umawiałam się z niewłaściwymi facetami. nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Praca dodatkowo mnie wykańczała. Korporacji wysysająca z człowieka resztki motywacji i zadowolenia. Uparcie chodziłam na różne spotkanie a to z ludkami z pracy a to czasem ktoś ze znajomych zaprosił do knajpy, ale nie mogłam się odnaleźć. Alko mi nie wchodził, ciągle myślałam żeby już wyjść i wrócić do domu.

I dalej chodziłam na randki, uparcie sobie wmawiając, że nie mogę przestać, że się nie poddam. Szukałam sensu, malutkiego światełka, odpowiedzi na tysiące pytań torpedujących mój umysł każdego dnia.

Potem zapragnęłam urlopu… ale z kim… po wielu trudach i przejsciach udało się wyjechac z kumpela poznana rowniez w sieci do Włoch. Jeden tydzień…. tylko jeden tydzień… Ja całe zycie bojąca sie samolotów, nie cierpiaca latać, narzekająca i ie potafiąca się przystosować, teskniaca za domem ktory mnie dusił, wsiadłam pewnego pieknego dnia do samolotu lecacego do Włoch i myslalam ze zniose strusie jajo ze szczęścia… :D Lot był wspaniały, Włochy piękne, wino szumiało w głowie, widoki zapierały dech w piersiach, słońce parzyło, jedzenie pieściło moje podniebenie, wycieczka objazdowa tylko dodawała energii, chodzenia, podziwiania i delektowania sie miejscem wciaz nie było dosc :) Pierwszy raz w zyciu dosłownie zachłysnęłam się wakacjami. Miałam wrażenie że jestem na non stop na haju… śmieję się, zaczepiam ludzi, smakuje, probuje i nagle nie mam oporow pozawac nowych ludzi, nie czuje sie brzydsza, gorsza, niedowartosciowana… Bojac sie wtody i wstydzac sie wlasnego ciala jakims cudem poszlam na basen poplywac, malo tego, poszlam poplywac w morzu i w kostiumie opalac sie na plazy i bylo mi z tym dobrze. Byłam cholernie szczesliwa i ciagle chcialam wiecej. Włosi… cudowni :) Nawet przezylam krótki ale jakze intrygujacy i namietny romans z Włochem… po cichu w tajemnicy snując intrygi. Pierwszy raz w życiu poszłam do łózka z nieznajomym mężczyzną, nie potrafiąc się z nik kompletnie porozumieć na płaszczyźnie werbalne, za to otwierając się całą sobą na jego osobę. Pierwszy raz dostałam to czego chciałam, niekogo i niczego nie udawałam i potrafiłam dać od siebie dużo wiecej niz to sobie wyobraziłam. To był magiczny czas.Z bólem serca wracałam w środku lata ze słonecznych Włoch do zalanej deszczem Polski.

Potem… potem było źle… Ogromny dół psychiczny, tesknota, żal. Nie byłam w stanie podnieść się z łóżka. Moje obecne życie wydawało mi się nic nie warte, puste, oszukane, bezbarwne i cholenie samotne. Długo dohodziłam do siebie. Po jakims czasie znowu zaczęłam chodzic na randki. Z reguły znajomosci konczyły sie po 2-4 spotkaniach. Nie było tego czegoś… Owszem, była adrenalina, ekscytacja, ciekawość… Do momentu aż znowu to ja zaczynałam ciągle z siebie coś dawać. Ne chciało mi się… Powróciła sinusoida, dni pełen euforii po których następowały dni mroczne. Ale potrzeba akceptacji, poczucie się potrzebną, ważną, wciąż nie malała.

Różnica… mimo wszystko od pół roku w sercu zagościła jakaś dziwna radość. Dużo się działo wokół i były to sytuacje do których nie byłam przyzwyczajona. Ciągle zdawałąm sobie pytanie, o co chodzi, skąd takie uczucie w środku, powodujące stan uniesienia? Moje reakcje na dane sytuacje zaczely sie zmieniać. Zaczal pojawiac sie spokoj i opanowanie po tylu latach. Wyprowadzona w równowagi, szalejąc z wsciekłości po chwili potrafiłam powrócić na ziemię, opanować się.

I tak analizując sobie zdałam sobie sprawę, że wszystkie zmiany miały swój początek po przekroczeniu owej jakże nieoczekiwanej przez kobiety 30-stki :) Kilka lat temu żyłam ze świadomością, że dla związku poświeciłam swoją tożsamość. Dziś mam wrażenie, nie nigdy wcześniej jej nie miałam, byłam jedną wielką kulką strachu i kłamstw. Żyłam życiem innych, robiłam to co wypada, mówiłam to co wypada i czułam to co powinnam. Mimo że w środku wszystko we mnie krzyczało, nie zgadzając sie na moją fałszywą postawę. Tak więc uczę w końcu prawdziwej siebie od początku :) Smakuję swoje emocje i odczucie, przemyślenia i pragnienia. I bardzo mi się to podoba. W końcu w jakimś stopniu czuję, że mogę coś zrobić ze swoim życiem i że tylko ja mam na to tak na prawdę wpływ, póki nie podejmę różnych działań, utknę.

Dlatego żałuję, że nie zaczęłam pisać wcześniej. Umknęło mi wiele niesamowitych myśli, obserwacji i uczuć. No i na wiele mysli straciłam za dużo czasu zamiast je wyrzucić z siebie od tak i iść dalej.