Archiwum dla Luty, 2015

Emocjonalna ruletka

Ostatni powrót do pisania traktuję chyba jak własną terapię, głośną rozmowę mojego introwertycznego ja z tym ekstrawertycznym.

Tak wiem, miałam nic nie pisać, nie zapeszać, ale jak mam to zrobić, gdy wszystko dosłownie krzyczy we mnie. Liczyłam na odrobinę ciszy w mojej głowie, spokoju… W końcu nawet głupia grypa wie kiedy wprowadzić się do Ciebie, wygrać negocjacje z Twoim własnym organizmem i zarządzić decyzją nieodwołalną zmianę harmonogramu czytaj zamknięte do odwołania. Dawno mnie tak nie rozłożyło w tak krótkim czasie. Same atrakcje, najpierw ogień w środku, potem helikopterki, potem dreszczowce i to wszystko bez alkoholu. Prychanie, kichanie i smarkanie w gratisie :D  Jedyny plus całości seksowny zachrypiały głos. I tu plusy się kończą bo poza szefową jakoś nikt nie dzwoni… ;)

Tym czasem zamiast spokojnie sobie chorować jak na wykończonego człowieka przystało ja znowu spać nie mogę… Imprezowe ciuchy ponownie zastąpiły wytarte dresy, zamiast makijażu gustowne sińce pod oczami, twarz blada jak ściana, piękna fryzura zastąpiona niechlujnie związanymi włosami w kucyk… I dobrze mi z tym, potrzebowałam przerwy. Ale przerwy od wszystkiego. A ten jeden człowiek chodzi ciągle po mojej głowie i tupie głośno…

Tydzień temu w klubie trochę się przestraszyłam… czego? no jak to czego? Własnych myśli :) To niesamowite jak szybko i zarówno nieświadomie potrafię się wkręcać w różne sytuację. Tamtego wieczoru bawiłam się cudownie. Nie pamiętam dawno takiej imprezy. A mimo to skorzystałam, że kumpela wychodziła wcześniej i zabrałam się razem z nią. W ramach opanowania się odprowadziłam ją jeszcze na dworzec autobusowy. Nie wiem ile czasu wracałam do domu… długo na pewno. Potrzebowałam świeżego powietrza, głosu rozsądku, potrząśnięcia…

Broniłam się jak tylko potrafiłam. Ale On, nazwijmy Go Pan Niespodziewany, zapałał chyba większą potrzebą spędzania ze mną czasu. Super nam się gadało i faktycznie spotykam czasami ludzi z którymi bardzo szybko łapię kontakt i mogłabym gadać o wszystkim i o niczym bez końca… I Pan Niespodziewany to podłapał… może właśnie tego potrzebował, żeby ktoś Go wysłuchał, rozbawił, wyraził swoją opinię. A ja zauważyłam w Nim tak niesamowicie wrażliwego człowieka, wartościowego i ciekawego a przy tym zranionego, że nie mogłam tam po prostu nie siedzieć obok niego i Go nie słuchać. Na moment straciłam nawet świadomość, gdzie jestem….

Po powrocie do domu obiecałam sobie dystans. Ale Pan Niespodziewany nagle napisał na komunikatorze. Znowu długo gadaliśmy o wszystkim i o niczym. I tak codziennie… On pisał, ja odpowiadałam. Zaproponował, że zabierze mnie w weekend na lotnisko pokazać fajne miejsce. O matko, jak dziecko się cieszyłam, usiadłam po turecku na łóżku i zaczęłam klaskać ze szczęścia…. aż do mnie dotarła moja reakcja i popukałam się w czoło. No stare to i głupie nic dodać nic ująć! Heh…

Następnego dnia otwieram komunikator a tam wiadomość… Pan Niespodziewany zostawił swój numer telefonu dla lepszego kontaktu :) I w tym momencie nastąpiła kolejna dość ekspresyjna reakcja… Hmm… jak ktoś by tak stał obok i obserwował, to by pomyślał, że troszku nie do końca pełnosprytna jestem. Po odstawieniu dzikiego tańca radości pozostawiłam oczywiście namiary na siebie.

Tymczasem dopadło mnie to wredne coś, co pod koniec tygodnia mnie obezwładniło, zapewniło chwiejny i niepewny krok i wylądowało mną w łóżku w pełnym ubraniu z głośno szczękającym uzębieniem. W robocie sajgon, najgorszy okres, w weekend same imprezy + ten wypad na lotnisko…. no żesz muszę cudownie ozdrowieć. Efekt???? Do prawie samiuśkiego końca się nie przyznałam, że leżę jak betka przykuta do łózka w stanie tragicznym. No bo przecież dam radę :)

No wiec odpuściłam już piątek, siedzę sobie grzecznie zapuchana pod pierzyną z lapem na kolanach i konwersuje z innymi zagrypionymi co to w domu zostali :) Ha ha hi hi, ja tu biorę tel do ręki a tu wiadomość sprzed godziny od Pana Niespodziewanego. Hmm… jest na imprezie firmowej i pisze do mnie, fajnie ;) Ależ to było miłe… A ja czułam się fatalnie. Z jednej strony choróbsko mnie rozkładało, z drugiej ta niesamowita wewnętrzna siła pchając mnie żeby w sobotę z Nim pojechać…. Nie dopuszczałam do siebie i myśli, że nie dam rady. Posłuchałam głosu rozsądku i zostawiłam sobie jednak furtkę. Napisałam, że przeziębiona jestem :P i poproszę o toast za moje zdrówko.

Poranek nie był miły… obudziłam się o 6 rano. Aż normalnie zapisałam w kalendarzu, że obudziłam się sama w sobotę o 6 rano!!! Zatoki wołały o pomstę do nieba, kinol zapchany. Głos? Ktoś wyłączył bo nawet chrypka przestała działać… AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA Cóż za niesprawiedliwość…. Zakopałam się pod kołdrę. Jak małe dzecko. nie wiem co sobie myślałam, że jak się schowac to co? Potwory znikną? Nagle ozdrowieje? Sierściuchowata zobaczyłam że otworzyłam jedno oko to od razu przybiegła, wpakowała mi się do łóżka i bach, padła prawie na moją twarz, wtulają się w szyję i chowając tylne łapki w moją dłoń… Przysnęłam… na 10 minut. i tak co chwile. Cudownie, nie ma to jak udawać że wszystko jest ok. Przeciągnęłam całą impreze do 9 rano. Wyjrzałam za okno. Miało świecić piękne słońce, a tam zimno, wietrznie i pochmurno. Z ogromnym bólem serca odwołałam nasze spotkanie :(

Tak tak, wiem, postąpiłam słusznie, ale skąd ten wewnętrzny głos, pchający mnie do tak różnych rozterek… Gdzie mój chłód i zimna kalkulacja, szybkie decyzje? Skąd takie zamieszanie?

Pan Niespodziewany tymczasem odzywał się dalej. Pisał wieczorem że w końcu przez przypadek trafił do klubu, i pisał kolejnego dnia. I pytał o zdrówko i znowu gadaliśmy o wszystkim i o niczym. A dziś… dziś pogadał ze mną jak z przyjaciółka… Opowiedział o ostatnim ciężkim zawodzie miłosnym po którym jeszcze nie doszedł do siebie, ale po mału wraca… I nie, nie był to żaden chwyt ani ściema. Gadaliśmy do późna… ale podczas tej rozmowy zrozumiałam jedno. On traktuje mnie jak przyjaciela, zaufana osobę, której może się wygadać, zwierzyć… nie jak kobietę… I tu nagle posmutniałam…

Im dłużej z nim rozmawiam, tym bardziej ten wewnętrzny głos w mojej głowie sieje zamęt. Coś mnie do niego ciągnie i nie umiem nad tym zapanować, mimo że na zewnątrz zachowuję pozory. Słucham, doradzam, rozśmieszam… Z kimś takim przy boku mogłabym być szczęśliwa… ale nie z Nim jako przyjacielem. I nie rozumiem…. czy to możliwe ze tak nagle się pojawił, tak nagle zawładnął moim czasem, nagle tyle rzeczy razem dzielimy, wspólne plany jak bedzie ciepło, że tu na rowerach pojedziemy,,a to tam mnie zabierze, a tu zna fajna knajpke, to na piwo koniecznie musimy tak skoczyć …. i że co, że tylko kumpela? No niech mi to ktoś wyjaśni, bo ja nie pojmuje.

No dobra, ma facet nadal złamane serce, zaczał wychodzić do ludzi, wracać do własnych pasji. Nagle tyle mi o sobie mówi, u emocjach, uczuciach, byłych…

No żesz to się przecież kupy nie trzyma! No więc??? Co jest grane???

I jeszcze mi powiedział, że powinnam znaleźć sobie faceta i zacząć życ w końcu swoim życiem (to w odniesieniu do moich relacji z rodzicielstwem….). No kurde, właśnie z takim jednym gadam, haloooooo…….

Ech…. no i nie wiem co myśleć. Jak to jest, że Ci faceci, którzy mnie wyrywają, w ogóle mnie nie interesują, albo wnoszą z sobą tylko chemię, tą fizyczną… A jak już ktoś mi się spodoba, z kim wiem, że mogłabym super spędzać czas, mieć oparcie mając w Nim przyjaciela i faceta, to właśnie takie historie…. Gdzie haczyk? Gdzie pułapka? Co robię źle? Czego nie widzę? Ależ ja chcę znaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania….

Na pożegnanie napisał, że jutro też tu będzie, jak będę miała chwilę to mogę napisać… Ależ ja mam mnóstwo chwil…. ale jutro idę na zajęcia… obiecałam sobie, że nie zrezygnuję z tego co mi zostało, bo jak On zniknie, nie mogę znowu zostać z niczym, coś swojego muszę mieć!

Dalsza droga :)

Odkąd zaczęłam wychodzić do ludzi, nie mogę się nadziwić, ile rzeczy dzieje się w moim życiu, jak wiele różnych emocji, przemyśleń, spostrzeżeń… Wspaniałe jest to, że każdego dnia ktoś jest, są ludzie :) Odzywają się na necie, na telefonie, na maila… jak ja mogłam wcześniej bez tego żyć? Jak to możliwe, że kiedyś ten cały zgiełk i zamieszanie tak mi przeszkadzały, wręcz męczyły?

Wiem, że się powtarzam, ale nadal nie mogę pojąć w jaki sposób człowiek może się nagle aż tak zmienić :)

Jak też ostatnio wspomniałam, uwielbiam poznawać nowych ludzi, każdy wnosi coś nowego do mojego życia. I tak Pana Żyrafy już nie ma. Było tylko to jedno spotkanie, więcej się nie odezwał. Czy żałuję? Oczywiście że nie. Jakiś cudem nauczyłam się po prostu być w danej chwili i w tym momencie cieszyć się tym co jest. Pan Żyrafa tamtego wieczoru wniósł bardzo dużo spokoju. Poczułam się, jakbym przeniosła się do innego wymiaru, innego świata :) I t było fajne. Nie dyskutowałam z tym, nie chciałam nic zmieniać, po prostu w tym byłam i obserwowałam i słuchałam i to było super :) Po dość nerwowym dniu odpoczęłam psychicznie. I nie, nie zastanawiam się, czemu Pan Żyrafa więcej się nie odezwał. Nie mam takiej potrzeby. Cieszę się, że miło spędziłam tamten wieczór i że poznałam istotę z innej galaktyki :) Która nie żyje w pędzie, jest trochę oderwana od całego zgiełku, fałszu i pogonią za kasą, potrafi docenić piękno przyrody i sztukę. Takie wrażenie odniosłam :)

Pomyślałam sobie, idę dalej :) Aby tradycji stało się zadość, kolejny weekend i kolejna impreza w klubie. I po raz kolejny w nowym klubie :Ale do tego jeszcze wrócę…

Po miesiącu styczniu pełnym zwariowanych wydarzeń i dość silnych emocji przyszedł dość chłodny luty. Krótkie kalkulacje, szybkie decyzje. Ileż ja bym dała, żebym zawsze tak potrafiła!!!!! No i przyszła jedna chwila słabości pod piękną i jakże znaną wielu kobietom nazwą CHANDRA. Tak tak, wszystkie dobrze ją znamy. Kiedy się pojawia, albo sieje spustoszenie albo powoduje rzeczy do których się nie chcemy potem przyznać :P Mnie doprowadziła pierwszy raz w życiu do pustego portfela :D Po tylu latach w końcu poszłam do kosmetyczki. Koleżanka w pracy poleciła, że cudowna kobitka, profesjonalna, że salon wyglądem odstrasza, ale jak już wejdziesz, przekroczysz magiczny próg i znajdziesz się w innym świecie :D I tak się stało :) Straciłam poczucie czasu i poczucie rzeczywistości, to było lepsze niż nie jeden seans psychologiczny :D Efekt końcowy? Cudowny!!! Piękne czerwone paznokcie, cudna skóra, zrelaksowane ciało… i powrót z drugiego końca miasta 0 21 do domu w środku tygodnia :D Cóż mi więcej było potrzeba? Prysznic, lampa dobrego wina, odrobina ulubionej muzyki i ciepły koc :D

No dobrze, pomyślałam, to skoro już tak szaleję to czemu nie pójść dalej? No to poszłam. Weekend… wyspana i rześka wstalam przed południem, ogarnęłam kawę i słuchając wewnętrznego głosu pobiegłam na bazarek do ulubionego butiku z ciuchami. Połowa miesiąca a ja oszalałam, wydając ostatnie pieniądze z pensji. Ale warto było. W końcu kupiłam sobie świetne ciuchy w których mogę chodzić na imprezy :D i miałam gdzieś, że do końca miesiąca o chlebie i wodzie, a co tam warto!

No to skoro już czuję się zrelaksowana, mam zajebiste paznokcie, wypoczęta buźkę i zajebiste ciuchy no to w końcu jak tu nie iść do klubu :) I to był chyba najfajniejszy wieczór jaki mi się przytrafił. Sporo znajomych już pyszczków, sporo nowych do poznania. Poszliśmy kilkuosobową ekipą, wiec od samego początku było mi raźniej. Pierwsze wrażenie dość… hmmm… zaskakujące. A czemu? A bo średnia wieku mocno przekraczała 50 lat ( jak nie sporo więcej) co było ciekawym doświadczeniem. Zamówiłam drinka i zrobiłam mały research ;) No to pomyślałam, że trzeba wyluzować i się wyszaleć. W końcu fajnie, ze i takie osoby chodzą się pobawić :D Tylko muzyka średnio mi pasowała. Ledwo ulokowałam swoje cztery litery na pufie, popijając ulubionego drineczka, zaraz znalazł się znajomy Pan od pingwinów :) No to się przysiadł i tak gadaliśmy drinkując. Ledwo kolega odszedł zapalić, drugi się przysiadł. Ale temat rozmowy mocno mnie irytował (jak można gadać o tabletkach gwałtu jeszcze do tego życząc dziewczynie takiego zakończenia wieczoru…). Popukałam się w czoło i poszłam na parkiet. I wywijałam ostro przy podrygujących obok mnie całkiem niezłych 50-tkach :) A znajomi sączyli sobie % odpoczywając :) No to pomyślałam sobie no i co że ja tu sama, muza fajna, nogi podrygują, trzeba się wyluzować :) i się udało :D Nie nie nie , nigdy nie mówiłam, że ja umiem tańczyć. Ale przecież taniec to ekspresyjne wyrażanie siebie :) Tak więc wyrażałam siebie tak jak to czułam i było mi tak dobrze, w dupie miałam wszystkie kompleksy, to miał być mój wieczór. I był :) Nowo poznany kolega co chwila jak przechodził obok, całował mnie po rękach :D Miłe uczucie, nie powiem… ;) A to inny kolega wpadł pożartować. A to inny porwał na parkiet gdzie wywijaliśmy jak szaleni :) A to Zauroczony się pojawił, przyszedł i przytulił i ucałował w czoło i pogadał…

Najciekawsze jest to, ze dopiero po imprezie zdałam sobie sprawę, że prawie całą noc spędziłam na pogaduchach i tańczeniu z jedną osobą. I to chyba wzbudziło ponownie zainteresowanie miedzy innymi Zauroczonego. Ale nie chcę na razie więcej pisać ani zdradzać, bo nie chciałabym zapeszać. Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że odzyskuję wiarę w dobrych ludzi. Oraz w ludzi z podobną wrażliwością do mojej :D I pomimo tego, że uparcie od tamtego czasu się dystansowałam, zamykałam, zaprzeczałam, każda wiadomość od tej osoby przyspiesza bicie mojego serca. Nie, nie zakochałam się. wiedziałabym o tym. Gadam ostatnio z moim rozsądkiem i nie są to łatwe rozmowy. Wiem, że Rozsądek mnie nie oszukuje. Intuicja też nie. Nie rozumiem jednak czemu moje ciało reaguje inaczej niż mój Rozsądek podpowiada… I pomimo mojej ignorancji, wycofania, braku inicjatywy On ciągle się pojawia na chwilę i przynosi uśmiech :) Ot tak po prostu… Chciałabym cieszyć się tym uczuciem jak najdłużej :D

I jeszcze jedno… patrząc na to wszystko co się dzieje ostatnio na prawdę zaczynam wierzyć, że nie ważne jest moje kilka dodatkowych kilogramów i chomikowe pućki na twarzy. Pięknością też nie jestem. Ale skoro potrafię zaintrygować faceta, skoro potrafię wywołać uśmiech na jego twarzy, wysłuchać go od tak, bo faceci potrafią opowiadać ciekawe historie, i jeśli to powoduje, że oni dzwonią, piszą, a niektórzy nawet się zakochują, ta na prawdę te kilka kg nie ma znaczenia :D Tak chcę się ich pozbyć, ale już tylko dla siebie, dla własnej kondycji i samopoczucia a nie dla żadnego faceta :D

Od kilku dni leżę w domu z jakiś paskudnym grypskiem, ale w głębi ducha szczęśliwa :) Bo mimo, że zamknięta w 4 ścianach to jednak nie sama… Pierwszy raz w moim życiu okazało się, że jak zaufasz ludziom to oni się odwdzięczą. Nie ma chwili, żeby ktoś się nie odezwał, nie zapytał czy nie pomóc, lub nie życzył zdrowia, nie pożartował lub przesłał przepisu na jakieś paskudne ale uzdrawiające ochydztwo do wypicia. Pomimo wielu wyrzeczeń związanych z planami na weekend i nie tylko jestem szczęśliwa :) Wiem, że idę teraz dobrą drogą. Pozostaje tylko jeszcze jedne kluczowy element do zmiany w moim życiu aby było jeszcze lepiej. Co to takiego? A no praca… Trudne decyzje :( Ale w tym roku musi się udać :D

Komfortowo

Zastanawiacie się czasem czego chcecie w życiu, czego szukacie, co Wam przyniesie radość i szczęście??? I nie pytam o to, jak powinniście czuć, co zrobić, ne pytam o zadowolenie przyjaciół, rodziny, środowiska, otoczenia, tylko o to co siedzi w środku, o to wewnętrzne ja.

Na ile potraficie podążać w życiu swoją własną ścieżką? Nie ważne czy dobrą, czy złą ale własną.

Ostatnio kilkukrotnie w moim życiu pojawiło się jedno hasło, jedno zdanie, a mianowicie: „Życie trzeba przeżyć tak, żeby było wstyd opowiadać ale przyjemnie wspominać”. Pokochałam to motto. Dzięki niemu inaczej patrzę na swoje życie. Może przypisuję tu dużą wagę do tego zdania, ale odkąd je przeczytałam, wiele rzeczy nabrało sensu i barw. W takim momencie pojawia się na mojej twarzy ironiczny uśmieszek… bo mam kilka takich chwil i dobrze mi z tym.

Po co tak na prawdę żyjemy? Dla kogo? Czemu tak często zapominamy, że jesteśmy wolnymi ludźmi, mamy prawo mieć własne zdanie, poglądy, uczucia, marzenia i zachcianki. Podporządkowywanie się innym to jak zamykanie się w klatce na własne życzenie.

natureJa miałam ogromną klatkę z grubymi prętami. Na własne życzenie. Nadal ją mam, ale już mniejszą, słabszą :) Radują mnie bardzo takie chwile, kiedy słowo „życie” na prawdę nabiera znaczenia. Każdy kolejny dzień jest inny, każdego dnia to ja decyduję w ogromnym stopniu jaki będzie i jak się skończy.

Jakiś czas temu padł mi akumulator w samochodzie. Ku mojej rozpaczy zorientowałam się w momencie, gdy wbiegłam na parking i chciałam na złamanie karku pędzić po znajomą i jak zwykle byłam już w lekkim niedoczasie. Wkładam kluczyk do stacyjki a tu.. cisza… Ani kaszlnięcia, warknięcia… nic. Zdechł. No to w te pędy do komunikacji miejskiej. Byłam dwie minuty przed czasem na miejscu na drugim końcu miasta, co nie zmienia faktu, że problem samochodu pozostał problemem.

W międzyczasie poznałam na internecie Pana Żyrafę. Skromnie wyjaśnię, że mówimy o wzroście ponad 2 metrów :D Pisaliśmy i pisaliśmy.  Ja ironiczna i złośliwa, czasem zatroskana. On- nieugięty, tajemniczy i zaskakujący. Twardy orzech do zgryzienia. Nie dawał za wygraną. Dawno już nikt mnie tak nie zaintrygował. Oczytany, błyskotliwy, szczery momentami aż do bólu i… samotny, co dało się wyczuć między wierszami. Co było dodatkowym czynnikiem? A no właśnie owe motto o którym wspominałam… Znalazłam je również u Niego w opisie…No to pomyślałam sobie, że w znaki trzeba wierzyć, intuicji słuchać i w końcu się spotkać. A spotkanie zaczęło się klarować od tematu mojego akumulatora. Pan Żyrafa obiecał podjechać do mnie na parking i podrzucić prostownik a potem porwać mnie do kina.

Niestety… Pan Żyrafa dnia następnego skasował samochód… :( Hmm… I postanowił, ze spotkamy się w kinie i On z tym prostownikiem w plecaku do kina…

Moja wyobraźnia nie potrafiła tego ogarnąć… No bo jak… No ale obiecałam i do kina pójdę! A co tam że środek tygodnia późnym wieczorem na drugim końcu miasta. Prostownik się przyda :D Samochód się przyda :D

Byłam kilka minut przed czasem, weszłam po schodkach i usiadłam na kanapie. Po przekątnej siedział jeden gość, podobnego wzrostu, zarośnięty, z wąsem,  sporo starszy i powodował u mnie potrzebę natychmiastowej ucieczki. Miał ze sobą plecak… Nagle naprzeciwko mnie padł na kanapę inny gość. Z mocną nadwagą, tłustą blond czupryną, w pogniecionych ciuchach, szalonym spojrzeniem i … plecakiem…

Obaj panowie co chwila wpatrywali się we mnie i stukali coś na smartphonach… O mamusiu, tego było za wiele, niech tylko Pan Żyrafa teraz do mnie nie zadzwoni, bo nie odbiorę, a jeśli to jeden z tych dwóch. i w tym momencie zadzwonił Pan Żyrafa… Wyciszyłam telefon, poderwałam się i po schodkach na dół w długą… Serce mi waliło jak oszalałe. A intuicja kazała się zatrzymać. Zatrzymałam się… pomyślałam, że tak nie można, oddzwonię. Wybrałam numer Pana Żyrafa i stanęłam przed schodkami. Podniosłam głowę i ujrzałam Go… zbiegał ze schodów w moją stronę uśmiechnięty. Jakaż wielka była moja radość!!!!!! Tak, to nie był żaden z tych dwóch typów…

I na szczęście nie miał plecaka :D Co oznaczało, że mój samochodzik jeszcze trochę pośpi tej zimy :P

I muszę się przyznać, że spędziłam bardzo miły wieczór. Film był super- bardzo stary film, do którego zespół podkładał na scenie muzykę i dubbing. Mistrzostwo świata zrobione z jajem :D Tak więc był humor i dużo śmiechu. I było coś jeszcze. Niby nic takiego, spędziliśmy razem chwilę przed filmem rozmawiając, a potem wspólnie w kinie oglądając film. A ja poczułam się jakbym siedziała w domu, otulona kocem, z lampką dobrego wina w ręku, oglądając film z interesującą osobą u boku. Zrobiło mi się ciepło, w środku poczułam niesamowity spokój i harmonię. Bardzo mi ostatnio brakowało tego uczucia. Czułam się KOMFORTOWO :) Mogłam mówić, milczeć, śmiać się… każdy scenariusz był dobry.

Warto było po raz kolejny podjąć ryzyko, warto było posłuchać intuicji, warto poznawać nowych ludzi, bo uczucie które się potem pojawia, wynagradza wszystko. Uczucie, że żyjesz :D

 

Takie tam refleksyjne przemyślenia…

Poprzedni post był dość osobisty, ale opisanie całej tej sytuacji pozwoliło mi na porządną refleksję. I jak najbardziej teraz mogę potwierdzić, że to nagła potrzeba bliskości kompletnie mnie zaślepiła. Przed dobre dwa tygodnie dosłownie pożerały mnie tak skrajne emocje, że nawet gdybym chciała, nie potrafię ich wyrazić. To niesamowite, że kiedy po tylu latach samotności, kiedy człowiek w końcu się otworzy na inną osobę, może się aż tak zagubić.

Nie, niczego nie żałuję :) Z tych złych chwil wyciągam wnioski dla siebie i naukę na przyszłość. Z tych miłych… uśmiech :) I idę dalej przed siebie.

10410185_877707765607739_8073923310849382353_nDzięki Zauroczonemu nagle zaczęłam chodzić w weekendy do klubów – potańczyć. Przez całe swoje życie chyba nie odwiedziłam tylu klubów co ostatnio. I mimo „rozstania” Zauroczony dalej do mnie pisze  przed imprezami małą grupą znajomych spotykamy się jeszcze na jakieś piwko, pogadać :) Tyle że od momentu wejścia do klubu wchodzimy już do szerszej grupy znajomych i w zasadzie bawimy sie oddzielnie. I szczerze mówiąc nawet mi to odpowiada.

Mimo, że ciągle zadaję sobie pytanie, co ja tam robię? Bo kluby to nie do końca moja bajka. Tłumy, duchota, okropnie głośna muzyka, krzyczące tłumy. To wszystko na dłuższą metę staje się męczące.

Na początku zła i zazdrosna co chwila schodziłam z parkietu i beznamiętnym wzrokiem obserwowałam, jak Zauroczony obtańcowuje po kolei dziewczyny w klubie. Ależ mnie to wkurzało. Nie, nie to że obtańcowuje, tylko to, że mnie to wkurza. Bo co mnie to w końcu interesuje. Co jakiś czas w mojej głowie pojawiał się kolejny plan, żeby zawrócić ponownie w głowie Zauroczonemu. Ale po co do cholery? Niby co miałabym takim zachowaniem sobie udowodnić? Przecież doskonale wiem, że z tym facetem nie stworzę nigdy udanego związku… więc po tracić fajną znajomość i tracić szacunek do samej siebie!?!?! To, co działo się w mojej głowie, bardzo mi się nie podobało!

Przetrwałam jedną okropną imprezę w klubie, gdzie nagle zostałam sama na parkiecie, nie było wokół mnie żadnej znajomej twarzy. Hałas i te obce tłumy, że nawet na milimetr nie można było się ruszyć, powodowały że wszystko we mnie krzyczało żeby uciec. Wytrzymałam do 1 w nocy, w końcu uciekłam, pobiegłam do szatni, odebrałam swoje ubranie z szatni i wyszłam na powietrze. Zachłysnęłam się aż świeżym powietrzem. Miałam gigantycznego doła, wróciłam do domu i próbowałam znaleźć sobie miejsce. Nie potrafiłam… Spałam źle. Kolejny dzień też był ciężki. Ale obiecałam sobie, że się nie poddam, nie tym razem i nie tak łatwo. Muszę w końcu się nauczyć słuchać siebie, funkcjonować w społeczeństwie, dowiedzieć się dokąd zmierzam.

Minął tydzień od tej potwornej imprezy i rozstania. Zauroczony znowu się odezwał z propozycją spotkania. Ponieważ ledwo trzymała się na nogach, zakatarzona i wykończona ledwo wróciłam do domu, zakopałam się pod pierzynę i odpisałam że przepraszam, ale nie dam rady. I to był pierwszy raz, kiedy odmówiłam i nie żałowałam. Nie robiłam wszystkiego, żeby tylko do niego pojechać. Zrobiłam coś czego na prawdę potrzebowałam- poszłam spać. I pierwszy raz w tym roku przespałam dużo więcej niż 5h i było mi z tym cudownie :)

Za to w sobotę juz nie wytrzymałam. Mimo średniego samopoczucia chciało mi się do ludzi. I tutaj ciekawa sytuacja :) Kilka dni wcześniej w ramach relaksu do pracy umówiłam się z inną ekipą znaną już trochę na necie do kina na Pingwiny z Madagaskaru :) Film na prawdę  polecam, płakałam ze śmiechu i na prawde się zrelaksowałam. Zastanawiam się czasem, czy kreskówki na pewno są dla dzieci… :) W każdym razie na film przyszło tylko 2 kumpli, reszta nie dotarła… no to się zapoznaliśmy uściśnięciem dłoni, a po filmie każdy poszedł w swoją stronę. Może kilka słów zamieniliśmy.

No to w sobotę poszliśmy sobie w kilka osób do knajpki na piwko i potańczyć przed klubem, kilka nowych twarzy było. A tu nagle dołączył do nas kolega z kina od Pingwinów :) Zauroczony nagle wielce zdziwiony, że skąd my się znamy i w ogóle posypało się milion pytać, że jak, że gdzie, że kiedy. I wtedy do mnie dotarło, że to jest to, muszę iść dalej, poznawać nowych ludzi, nie oglądać się na przeszłość. Z kolegą od Pingwinów przegadałam z pół wieczoru, rozmowa toczyła się całkowicie naturalnie a humor dopisywał. Kolejna ciekawa osobowość :) Co ciekawe, im bardziej staram się nie patrzeć na facetów jak na facetów, ale ze zwyklej ludzkiej ciekawości próbuje ich poznać, po prostu cały czas ktoś obok mnie jest i uparcie proponuje kolejne spotkanie. Ciekawy mechanizm… Bo nie szukam randek i faceta, w każdym razie nie na siłę. A efekt jest taki, że kilku ostatnio poznanych ludków w dość ciekawych okolicznościach próbuje mnie wyciągnąć a to do kina, a to do pubu, a to do teatru, do klubu….  Kiedyś nawet bym się nie zastanawiała, zmieniała swoje wszystkie plany byleby pójść. Dziś przeprowadzam kalkulację, nie odwołuje swoich zajęć, nie przełożę spotkania z przyjaciółką czy dobrym znajomym lub sprawy waznej dla mnie, trudno. Zaczynam odpowiadać sobie na pytanie, co jest dla mnie ważne. I od momentu kiedy tak podchodzę do sprawy, tym jeszcze bardziej i częściej dostaję kolejne propozycje… Ciekawe zjawisko…

Wracając do tematu – po pubie pojechaliśmy do klubu. Zauroczony z kolegą od Pingwinów nie przypadli sobie do gustu, raczej skakali sobie do gardeł, no ale cóż ja poradzę. w klubie w końcu wyluzowałam, przywitałam się w końcu ze wszystkimi, zamówiłam drinka i poszłam szaleć na parkiecie. Muzyka była super. W końcu czułam że się odnalazłam. Trochę pogadałam trochę potańczyłam iw końcu doceniłam grupę, dzięki nim czułam się bezpiecznie, nie byłam tam sama.

I tak około 2 rano usiadłam w końcu na taborecie, popatrzyłam na grupę i na innych ludków którzy imprezowali. I znowu dotarły do mnie skrajne emocje.

Pierwsza… zamknęłam rozdział Zauroczonego, dotarło do mnie, że udało mi się ogarnąć emocje. Jak razem tańczyliśmy, to już nie było to, było inaczej, ja poczułam się w końcu sobą i szeroko się w duchu uśmiechnęłam. Znowu poczułam się świadomą i wolną kobitką :) Powróciła kontrola, powrócił rozsądek, powróciła chęć walki i poszukiwania siebie, szczęścia, życia, radości.

Druga… patrzyłam na znajomych, tańczących w rytm muzyki. Wielu z nich codziennie uporczywie szuka w życiu szczęścia. Wrzuca na fb na tablice różne motywujące teksty mądrości życiowe. Sama do nich w pewnym stopniu należę. Ale dotarło do mnie czego nie potrafię zaakceptować. Nie chodzę do klubu po to, aby ktoś mnie obmacywał w tańcu, nie szukam uparcie faceta, który ze mną zatańczy, byle jakiego, byleby nie tańczyć sama. Desperacja niektórych osób jest straszna. Aż słabo mi się zrobiło… ja tak nie umiem, choćbym nie wiem ile wypiła, nie umiem. Jeśli idę w takie miejsce, muszę czuć się bezpiecznie. I póki takie poczucie mam, póki otaczają mnie znajomi, którzy nie przekraczają również wobec mnie pewnych granic, jest super :)

 

Trzy bardzo intensywne tygodnie…

Co zostało w mojej głowie po Sylwestrze? Strach, przerażenie, chęć ucieczki, walka z własnymi myślami, pożądanie, ciekawość, zazdrość, zwątpienie i zakłopotanie. Mieszanka iście wybuchowa…

Kiedy kobieta po wielu latach samotności, skrzętnego budowania wokół siebie muru wyznaczania granic i powtarzania sobie, że jak jest sama to tak jest jej najlepiej chociaż na chwilę zwątpi i wpuści chodź na centymetr bliżej mężczyznę, wtedy głupieje kompletnie i wszystko to co budowała latami, sypie się jak domek z kart.

Od samego początku w mojej głowie istniała myśl, że Zauroczony to po prostu jeden z przystanków na nowej drodze mego życia, odrodzenia i powrotu do żywych. Bardziej nauczyciel niż facet czy materiał na poważny związek. I to siedziało w mojej głowie jako fakt!

Zbyt wiele od samego początku nas dzieliło. On wręcz inwazyjnie wtargnął do mojego świata, przekroczył wszelkie moje bariery, wiec ja natychmiast zaczęłam sie dystansować, uśmiechać ale robić krok do tylu, nie odwzajemniając uścisków, buziaków ani bliskości, no bo jak to tak…

Tymczasem całe moje wnętrze krzyczało o jeszcze… I to był ten czynnik, który rozpierdolił cały system…

Odpychałam Go, broniąc swojej cieżkiej wieloletniej pracy nad własnym systemem obronnym, wzniosłych murów i skorupek, a w środku myślałam, że eksploduje i tym bardziej mnie to przerażało, no bo jak tak można????? Powinnam powiedzieć, że NIE!

Nie powiedziałam NIE…

Dzwonił, pisał, tęsknił… mówił o swoich uczuciach otwarcie, co również mnie paraliżowało, no bo jak tak można…

Zabierał mnie do ludzi, wyciągnął do kasyna, zaciągnął na bilarda, do kina… ciągle nowe pomysły. A mimo to nasza komunikacja kulała coraz bardziej. Ja nerwowa, wciąż skrywająca jakieś głupie bolączki z przeszłości, rozchwiana emocjonalnie, On porywczy i impulsywny, nie cierpiący krytyki i po przejściach. Cudownie…

Jedynie te chwile, które spędzaliśmy sami, były cudowne… :roll:

Wystarczyło, że na mnie spojrzał, a nogi uginały się pode mną. Nie pamiętam aby ktokolwiek kiedykolwiek tak na mnie patrzył…

Wewnętrzna walka we mnie ciągle trwała. Pozwoliłam sobie na kolejną chwilę słabości i po jednej imprezie wróciłam z Zauroczonym i Młodym – jego przyjacielem, do niego do domu. W sumie to ja ich przyprowadziłam, bo dali sobie nieźle w palnik :) Młody fajny gość, dużo ostatnio gadaliśmy. Takie dwa krejzole dostające głupawki, śmiejące się ze wszystkiego i z niczego, tematy sie po prostu nie kończyły. Może to dziwnie zabrzmi, ale w pewnym momencie czułam się jakbym odnalazła młodszego brata :D Chcąc nie chcąc taką zażyłością wzbudziłam zazdrość Zauroczonego. Po kilku próbach położenia Młodego spać w końcu zostaliśmy sami i znowu po moim ciele przebiegały ciary kiedy On tak na mnie patrzył… i całował…

Kolejny krok w stronę zguby. Tak dawno nie angażowałam się emocjonalnie, że to, co sie działo w mojej głowie, to był jakis armagedon!

Z jednej strony było mi dobrze, czułam się podziwiana, pożądana, piękna i mądra. Do tego wspierana na każdym kroku, całowana po rękach, uwodzona i zaskakiwana. Z drugiej strony chciałam uciec… Ale zostałam. Przytuliłam się mocno i zasnęłam. I nie spałam zbyt dobrze, wcześnie się obudziłam, akurat Młody sie zawijał. Patrzyłam na Zauroczonego jak śpi… wyglądał niesamowicie bezbronnie i spokojnie :)

A mimo to znowu nie potrafiłam się odnaleźć… ubrałam się, pożegnałam i wróciłam do domu pod pretekstem różnych zajęć.

Każde nasze kolejne spotkanie powodowało, że leciały iskry. Dosłownie… Sprzeczaliśmy się strasznie a i chemia miedzy nami była silna. Dwie skrajności. Ja walczyłam i ze sobą i z Nim…

Perfidnie wykorzystywałam jego słabości :twisted: , nagle się okazało, że kompletnie nie sprawia mi problemu żeby go uwieść, sprawić, żeby nie mógł przestać o mnie myśleć. Nigdy taka nie byłam, wiec jak, skąd… ??????!?!?!

A to przypadkowy dotyk, a to odpowiedni dobór słów, a to mocniejszy makijaż, perfumy i sukienka… tworzyła sie magia chwil, która powodowała, że On po prostu nie mogł mi się oprzeć, a ja coraz bardziej potrzebowałam tej bliskości, dotyku, pożądania… jak narkotyku… ciągle i bez przerwy… nie potrafiłam normalnie funkcjonować, zachowywałam sie irracjonalnie mimo, że to nie był stan zakochania. Czasami siadałam po prostu obok Niego i prowokowałam do rozmowy. Chciałam w końcu dowiedzieć się o Nim czegoś więcej… jaki jest, co lubi, czego nie, o czym marzy, jakie ma wartosci… Lubiłam go słuchać. Doszłam do wniosku że to kawał dobrego faceta a dobrym serduchu.

A mimo to ja nie potrafiłam sie odnaleźć sie w tej relacji, niektóre sytuacje wyprowadzały mnie z równowagi, doprowadzały do łez, potrzeba ciągłej bliskości mnie niszczyła… i to spowodowało, że pewnego dnia dostałam wiadomość „Musimy poważnie porozmawiać” i już wiedziałam, że to jest koniec… koniec naszej relacji, ale też początek czegoś nowego dla mnie :)

Nie myślałam, że ten moment będzie dla mnie tak frustrujący, mimo że w środku czułam, że tak będzie lepiej i dla niego i dla mnie. Jest super facetem i dobrze mu życzę, jak na początku wspomniałam, w pewnym sensie jest moim nauczycielem, dzięki Niemu odkryłam kolejny kawałek siebie i to sie liczy :)

A jak się rozstaliśmy? Chociaż może to zbyt mocne słowo, w końcu to była tylko 3 tygodniowa znajomość a patrząc na  wszystkie wydarzenia i emocje, odnoszę wrażenie, że trwała całe miesiące, tyle się działo. Spotkaliśmy się… prawie po tygodniu od ostatniego spotkania. Ja już dłużej tak nie mogłam. On chyba też nie. Byłam na siebie wściekła, że mnie przerosła ta cała sytuacja, ryczałam jak dziecko. Ale chciałam pogadać, spokojnie wszystko wyjaśnić, bez kłótni, pretensji i chorych oskarżeń.  Zadzwoniłam… spotkaliśmy się… I to była bardzo oczyszczająca rozmowa. Wiele sobie powiedzieliśmy, ja niestety znowu sie rozryczałam, ale starałam sie jak mogłam, aby zapanować nad wszystkim. Straszne są takie emocje skumulowane w środku. Uściskaliśmy się, oboje zgadzając się, że jako para nie mamy szans. Padła propozycja utrzymania znajomości :) Czy realna czy nie czas pokarze.

Na razie jeszcze wszystko układam sobie w głowie.

A tamten wieczór zakończyliśmy dość sympatycznie i w sumie symbolicznie. On zabrał mnie ze sobą na imprezę, nie pozwolił mi samej wrócić do domu… Wytańczyłam wszystkie emocje, o dziwo świetnie się bawiłam, śmiałam się i żartowałam, poczułam ulgę… I przetańczyliśmy kilka naszych ostatnich kawałków, ale w sposób, którego nie potrafię nawet opisać. Już nie razem, a mimo to blisko. Myślę, że to było bardzo miłe pożegnanie :D Po imprezie odwiozłam Go do domu i wróciłam do siebie. Padłam z uśmiechem na twarzy zastanawiając się co przyniesie mi jutro.