Co zostało w mojej głowie po Sylwestrze? Strach, przerażenie, chęć ucieczki, walka z własnymi myślami, pożądanie, ciekawość, zazdrość, zwątpienie i zakłopotanie. Mieszanka iście wybuchowa…

Kiedy kobieta po wielu latach samotności, skrzętnego budowania wokół siebie muru wyznaczania granic i powtarzania sobie, że jak jest sama to tak jest jej najlepiej chociaż na chwilę zwątpi i wpuści chodź na centymetr bliżej mężczyznę, wtedy głupieje kompletnie i wszystko to co budowała latami, sypie się jak domek z kart.

Od samego początku w mojej głowie istniała myśl, że Zauroczony to po prostu jeden z przystanków na nowej drodze mego życia, odrodzenia i powrotu do żywych. Bardziej nauczyciel niż facet czy materiał na poważny związek. I to siedziało w mojej głowie jako fakt!

Zbyt wiele od samego początku nas dzieliło. On wręcz inwazyjnie wtargnął do mojego świata, przekroczył wszelkie moje bariery, wiec ja natychmiast zaczęłam sie dystansować, uśmiechać ale robić krok do tylu, nie odwzajemniając uścisków, buziaków ani bliskości, no bo jak to tak…

Tymczasem całe moje wnętrze krzyczało o jeszcze… I to był ten czynnik, który rozpierdolił cały system…

Odpychałam Go, broniąc swojej cieżkiej wieloletniej pracy nad własnym systemem obronnym, wzniosłych murów i skorupek, a w środku myślałam, że eksploduje i tym bardziej mnie to przerażało, no bo jak tak można????? Powinnam powiedzieć, że NIE!

Nie powiedziałam NIE…

Dzwonił, pisał, tęsknił… mówił o swoich uczuciach otwarcie, co również mnie paraliżowało, no bo jak tak można…

Zabierał mnie do ludzi, wyciągnął do kasyna, zaciągnął na bilarda, do kina… ciągle nowe pomysły. A mimo to nasza komunikacja kulała coraz bardziej. Ja nerwowa, wciąż skrywająca jakieś głupie bolączki z przeszłości, rozchwiana emocjonalnie, On porywczy i impulsywny, nie cierpiący krytyki i po przejściach. Cudownie…

Jedynie te chwile, które spędzaliśmy sami, były cudowne… :roll:

Wystarczyło, że na mnie spojrzał, a nogi uginały się pode mną. Nie pamiętam aby ktokolwiek kiedykolwiek tak na mnie patrzył…

Wewnętrzna walka we mnie ciągle trwała. Pozwoliłam sobie na kolejną chwilę słabości i po jednej imprezie wróciłam z Zauroczonym i Młodym – jego przyjacielem, do niego do domu. W sumie to ja ich przyprowadziłam, bo dali sobie nieźle w palnik :) Młody fajny gość, dużo ostatnio gadaliśmy. Takie dwa krejzole dostające głupawki, śmiejące się ze wszystkiego i z niczego, tematy sie po prostu nie kończyły. Może to dziwnie zabrzmi, ale w pewnym momencie czułam się jakbym odnalazła młodszego brata :D Chcąc nie chcąc taką zażyłością wzbudziłam zazdrość Zauroczonego. Po kilku próbach położenia Młodego spać w końcu zostaliśmy sami i znowu po moim ciele przebiegały ciary kiedy On tak na mnie patrzył… i całował…

Kolejny krok w stronę zguby. Tak dawno nie angażowałam się emocjonalnie, że to, co sie działo w mojej głowie, to był jakis armagedon!

Z jednej strony było mi dobrze, czułam się podziwiana, pożądana, piękna i mądra. Do tego wspierana na każdym kroku, całowana po rękach, uwodzona i zaskakiwana. Z drugiej strony chciałam uciec… Ale zostałam. Przytuliłam się mocno i zasnęłam. I nie spałam zbyt dobrze, wcześnie się obudziłam, akurat Młody sie zawijał. Patrzyłam na Zauroczonego jak śpi… wyglądał niesamowicie bezbronnie i spokojnie :)

A mimo to znowu nie potrafiłam się odnaleźć… ubrałam się, pożegnałam i wróciłam do domu pod pretekstem różnych zajęć.

Każde nasze kolejne spotkanie powodowało, że leciały iskry. Dosłownie… Sprzeczaliśmy się strasznie a i chemia miedzy nami była silna. Dwie skrajności. Ja walczyłam i ze sobą i z Nim…

Perfidnie wykorzystywałam jego słabości :twisted: , nagle się okazało, że kompletnie nie sprawia mi problemu żeby go uwieść, sprawić, żeby nie mógł przestać o mnie myśleć. Nigdy taka nie byłam, wiec jak, skąd… ??????!?!?!

A to przypadkowy dotyk, a to odpowiedni dobór słów, a to mocniejszy makijaż, perfumy i sukienka… tworzyła sie magia chwil, która powodowała, że On po prostu nie mogł mi się oprzeć, a ja coraz bardziej potrzebowałam tej bliskości, dotyku, pożądania… jak narkotyku… ciągle i bez przerwy… nie potrafiłam normalnie funkcjonować, zachowywałam sie irracjonalnie mimo, że to nie był stan zakochania. Czasami siadałam po prostu obok Niego i prowokowałam do rozmowy. Chciałam w końcu dowiedzieć się o Nim czegoś więcej… jaki jest, co lubi, czego nie, o czym marzy, jakie ma wartosci… Lubiłam go słuchać. Doszłam do wniosku że to kawał dobrego faceta a dobrym serduchu.

A mimo to ja nie potrafiłam sie odnaleźć sie w tej relacji, niektóre sytuacje wyprowadzały mnie z równowagi, doprowadzały do łez, potrzeba ciągłej bliskości mnie niszczyła… i to spowodowało, że pewnego dnia dostałam wiadomość „Musimy poważnie porozmawiać” i już wiedziałam, że to jest koniec… koniec naszej relacji, ale też początek czegoś nowego dla mnie :)

Nie myślałam, że ten moment będzie dla mnie tak frustrujący, mimo że w środku czułam, że tak będzie lepiej i dla niego i dla mnie. Jest super facetem i dobrze mu życzę, jak na początku wspomniałam, w pewnym sensie jest moim nauczycielem, dzięki Niemu odkryłam kolejny kawałek siebie i to sie liczy :)

A jak się rozstaliśmy? Chociaż może to zbyt mocne słowo, w końcu to była tylko 3 tygodniowa znajomość a patrząc na  wszystkie wydarzenia i emocje, odnoszę wrażenie, że trwała całe miesiące, tyle się działo. Spotkaliśmy się… prawie po tygodniu od ostatniego spotkania. Ja już dłużej tak nie mogłam. On chyba też nie. Byłam na siebie wściekła, że mnie przerosła ta cała sytuacja, ryczałam jak dziecko. Ale chciałam pogadać, spokojnie wszystko wyjaśnić, bez kłótni, pretensji i chorych oskarżeń.  Zadzwoniłam… spotkaliśmy się… I to była bardzo oczyszczająca rozmowa. Wiele sobie powiedzieliśmy, ja niestety znowu sie rozryczałam, ale starałam sie jak mogłam, aby zapanować nad wszystkim. Straszne są takie emocje skumulowane w środku. Uściskaliśmy się, oboje zgadzając się, że jako para nie mamy szans. Padła propozycja utrzymania znajomości :) Czy realna czy nie czas pokarze.

Na razie jeszcze wszystko układam sobie w głowie.

A tamten wieczór zakończyliśmy dość sympatycznie i w sumie symbolicznie. On zabrał mnie ze sobą na imprezę, nie pozwolił mi samej wrócić do domu… Wytańczyłam wszystkie emocje, o dziwo świetnie się bawiłam, śmiałam się i żartowałam, poczułam ulgę… I przetańczyliśmy kilka naszych ostatnich kawałków, ale w sposób, którego nie potrafię nawet opisać. Już nie razem, a mimo to blisko. Myślę, że to było bardzo miłe pożegnanie :D Po imprezie odwiozłam Go do domu i wróciłam do siebie. Padłam z uśmiechem na twarzy zastanawiając się co przyniesie mi jutro.