Archiwum dla Marzec, 2015

Gdzie jest moje miejsce?

Trochę mnie tu nie było… Ciężko zebrać myśli, ubrać je w słowa, nadać im kształtu… tak szybko się zmieniają. Dziwne emocje, silnie ale jakże umykające uczucia.

Mieszanki ziołowe od dr Omi pomagają :) Znowu mogę jeść, migreny zanikają, powracają dobre uczucia, bez bólu. Jedynie pozostał stres i brak snu…

Dwa tygodnie temu 13 marca miałam wolne. Pakowałam się na wyjazd do Trójmiasta połączony z rejsem do Karlskrony razem z ekipą znajomych zebraną z Sylwestra. 4 kobitki i 4 gentlmenów w tym Zauroczony, Niespodziewany i Młody…

Mój stan psychiczny nie był zbyt dobry, wszystko mnie dołowało, fizycznie czułam się źle, w nocy znowu nie mogłam spać. Spakowanie walizki oznaczało czynność wykonalną… A mimo to w środku czułam, że dobrze robię, że jadę :) Podróż do Gdańska mineła nam w świetnych humorach, zamiast dospać zarwaną noc wszyscy gadaliśmy całą drogę, było wesoło, głośno i smacznie :) Jak tylko wyszłam z autokaru i poczułam to powietrze, zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się szeroko- tak tego mi było potrzeba!!! Zmiany otoczenia :)

Cała wyprawa była super z jednym drobnym wyjątkiem… okazało się, że cierpię na chorobę morską, która objawiała się kompletnym brakiem możliwości funkcjonowania, przemieszczania i opuszczania kajuty, a już na pewno nie bez mojego nowego i wtedy najlepszego przyjaciela- kibelka! :) Ekipa??? Spisała się :) Bardzo mnie wspierali, karmili, poili ziołami i herbata, jak przysnęłam, zdjęli buty z nóg, przykryli żebym nie zmarzła, zagladali co chwila do mnie czy wszystko ok. Każdy wspierał mnie na swój sposób :)

Tak, byłam cholernie sfrustrowana! Ominęły mnie wszystkie imprezy na statku, możliwość poznania nowych ludzi albo tego kogoś, wartościowego, jedynego…. Ominęło mnie pyszne jedzenie, zumba, dyskoteka, quizy… czas z ekipą… Ale jakoś się z tym pogodziłam. Starałam się myśleć tylko o tym aby przetrwać.

Po wyjściu na ląd miałam ochotę ucałować ziemie- to już drugi raz w moim życiu!!! :D

Po 1,5 doby niejedzenia, braku płynów, bez snu z wykończony organizmem wytaszczyłam dzielnie swoją walizkę na ląd mimo że Panowie co chwila służyli ramieniem i pomocą. Stanęłam stabilnie w końcu na lądzie, o własnych siłach i znowu zatrzymałam się na chwilę, wzięłam głeboki oddech, zamknęłam oczy i pomyślałam sobie, że jest dobrze :) Czasu nie cofnę, co było to było, dałam radę, byłam dzielna, otaczali mnie cudowni ludzie na których mogłam liczyć. I pierwszy raz w życiu tak po prostu pozwoliłam sobie pomóc. chcąc nadrobić namówiłam ich jeszcze po dojechaniu do Sopotu na kwaterę o godzinie 22 na wyjscie na miasto. Byłam głodna i chciałam nadrobić :)

Poszliśmy do knajpy gdzie nas wspaniale ugoszczono i zajadaliśmy się nieziemskimi specjałami, bo wszystkim aż się uszy trzęsły podczas zajadania :) W końcu zjadłam coś ciepłego i zrobiło mi się lepiej. Po spacerze po molo zajrzeliśmy jeszcze do Krzywego Domku na drinka i potańczyć :D I rozkręciliśmy impreze :) Fajnie było :)Po powrocie do domu i dalszych wydarzeniach dotarło do mnie że chyba po raz pierwszy w życiu mam paczkę :D Jest szansa ze sie utrzyma. Pierwszy raz czuje, że przynależę do grupy ludzi, jakże rożnych, po przejściach, pokręconych ale wartościowych :) Pierwszy raz się odnajduję w takiej sytuacji, nie marze o tym aby uciec, nie wycofuje się, ale po prostu z nimi jestem :) Co weekend staramy sie razem wychodzić, najczęściej do klubów, potańczyć, pogadać, przemyśleć kolejne wspólne wycieczki, zwiedzić Polskę nasza piękna, a może i pojechać dalej :)

A mimo to zastanawia się gdzie jest moje miejsce… Dziś powinnam być z nimi… w klubie… Nie poszłam, potrzebowałam tego wieczoru dal siebie…

NIESPODZIEWANY

Ja- zauroczyłam się… słuchając jego opowieści o byłej. o tym ile dla niej robił, co robił i jak robił, jak walczył, jak zabiegał, jak kochał i dbał… A ona jak go odtrącała kochając beznadziejną miłością innego. Czasami już mnie to męczyło, zaczęłam momentami unikać długich dyskusji na necie. Wytłumaczyłam sobie, że On musi to z siebie wyrzucić, przerobić, uwolnić się od tego, wygadać…. Wiec słuchałam, uśmiechałam się, dodawałam otuchy ale z dystansem. Pomyślałam sobie- cholerni dobry człowiek z niego, wrażliwy… ja bywam suką, różnie postępuję z ludźmi, lepiej się sprawdzę w roli przyjaciela, inaczej mogłabym go zranić.

On- zaczął się odzywać codziennie, na necie, na telefonie… Na początku ciągle wylewał żale, bóle i opowiadał o byłych, o przeszłości, o pasjach swoich i uczuciach, o tym jak Ona złamała mu serce. Potem zaczął pytać o mnie… Gadaliśmy… Zapytał czy nie chciałabym pojechać porobić z nim zdjęć. Robi piękne zdjęcia :D

JA – Pojechałam… mało tego, wzięłam samochód, zgarnęłam go z przystanku i pojechaliśmy w wyznaczone miejsce. Zniknął strach! Dawno nie jeździłam, a już tym bardziej z pasażerem… A przy nim byłam wyjątkowo spokojna :) po prostu jechaliśmy i gadaliśmy. Potem poszliśmy na kawę. Prawie cała niedziela minęła niesamowicie szybko.

ON – znowu zapraszał, a to do knajpki na piwo, a to na spacer, codziennie sie odzywał coraz częściej zadając pytanie o mnie, moją przeszłość, moje życie, samopoczucie, zwykłe ‚jak minął Ci dzień’ Ponownie zaprosił na wycieczkę po mieście i fotki nocą.

JA- ponownie uległam… staliśmy tak na starym mieście zapatrzeni w obiektyw, podszedł do nas bezdomny, tak chciał pogadać… Powiedział- ma Pan śliczną narzeczoną, ja dla takiej kobiety oddał bym wszystko… To spojrzenie NIESPODZIEWANEGO włączyło mi alarm!

Im on cześciej się odzywał i bardziej zwracał na mnie uwagę, tym ja się bardziej dystansowałam. ON nadal potrzebował czasu, a ja… ja chciałam nie wiem czego.. wiatru we włosach, szaleństwa, przygody, carte blanche…. wyciszenia tego ciężaru, ktory na mnie zrzucał opowiadajac o swoim bolu…

A potem ten wspólny wyjazd… weszliśmy na prom. Postanowiłyśmy z dziewczynami przed impreza zrobić nie na bóstwo. Super ciuchy, makijaż, obcasy, skórzana kurtka… :) Jak chłopaki do nas przyszli, zaniemówili… Fajnie było się tak poczuć. W międzyczasie z dziewczynami wypiłyśmy kilka drinków, jak doszli nasi ‚ochroniarze’ ;) donieśli niedokończona whisky. Poszliśmy na pokład poczuć wiatr we włosach, poczuć że płyniemy… I nawet nie wiem kiedy, nie wiem jak znalazłam się sama z NIESPODZIEWANYM na górnym pokładzie, podziwiając widoki i wtedy jeszcze radując się z rejsu. Było mi wesoło, byłam szczęśliwa.

ON- nie mógł oderwać ode mnie oczu. Gadaliśmy chyba i śmialiśmy się dobrą godzinę. I wtedy powiedział, że pięknie wyglądam, że jestem super dziewczyną… już nie że kumpela… już inaczej to brzmiało.

JA- grzecznie dziękowałam i zgrabnie zmieniałam temat, śmiałam się i żartowałam… aż zaczęłam się coraz gorzej czuć. Akohol przestawał grzać, robiło się coraz zimniej, słabiej, gorzej, bujało… mdliło…

ON- zaczął mnie przytulać, ogrzewać… próbować rozruszać a po kolejnej godzinie mocno mnie już obejmował, wtulał noc w moje włosy i szyję… och co za uczucie….

JA- powiedziałam, że chce wracać do kajuty, że się źle czuje i chyba nie dam rady

On- zaczął mnie delikatnie całować

JA- odwracałam głowę delikatnie ciągnąc Go w stronę schodów.

On- podtrzymywał mnie, trzymał za rękę i do samego końca szukał rozpaczliwie bliskości znajdując tylko dystans…

Wszyscy przyjęli nasz powrót z ogromnym entuzjazmem i pytaniem w oczach – gdzie wy żeście do cholery byli tyle czasu!!!

3 minuty później wbiegłam do łazienki w kajucie i wyrzuciłam z mojego żołądka wszystko co w nim miałam i to czego nie miałam też…

 

Nie poruszyliśmy ani razu tematu całej tej sytuacji… On wciąż codzienne się odzywa, za każdym razem sprawdza czy dotarłam bezpiecznie do domu… Patrzy jak odnajduje na imprezach towarzystwo przy innym męskim ramieniu a mimo to codziennie jest, pisze, pyta jak minął dzień… a ja nie wiem co robić!!!

 

MŁODY

Totalny wariat!!! :) Uwielbiamy się :) Gadamy godzinami, wkręcamy wszystkich naokoło, pijemy razem, śmiejemy się i wspieramy. On rzucił mi wyzwanie- spróbuj mnie uwieść, w końcu już nie jesteś parą z ZAUROCZONYM. Uśmiechnęłam się i podjęłam rękawicę :D Wstrzymywałam jego niedoczekanie aż do ostatniego weekendu i wyjścia do klubu kiedy zaczęłam go uwodzić na parkiecie.

Efekt? Pokładaliśmy się ze śmiechu. Nikt nie wiedział o co chodzi, co się dzieje.

Młody poznał ostatnio fajną dziewczynę, pierwszą o której od dłuższego czasu zaczął myśleć poważnie. NA zdjęciu wygląda rewelacyjnie :) Postrzelona pozytywnie krejzolka :)

No i co??? I zyskałam brata :D uwodzenie było żartem ;) chemii nie ma miedzy nami. Ale jest coś czego nie chciałabym stracić. Czasami jak nie moge spać w nocy, Młody pisze często do mnie. Gadamy… o życiu, przemyśleniach, książkach, historii, emocjach. Ostatnio zadzwonił i powiedział że potrzebuje rady. Ależ to było wspaniałe uczucie. Tak wiec oficjalnie ogłosiliśmy się odnalezionym po latach rodzeństwem i jest super :) Fajnie mieć brata. Raz przywali po głowie, raz przywróci do porządku, innym razem przyjdzie wesprzeć na duchu, podrzuci fajny film albo książkę, wskaże inną drogą, doradzi albo pozwoli sie wykrzyczeć a na końcu rozsmieszy :) i nawet jak mu dogryzę to po chwili słyszę ‚i tak Cie uwielbiam’. O NIESPODZIEWANYM jednak nic mu nie powiedziałam…

 

ZAUROCZONY

Emocje opadły, każde z nas szuka swojego szczęścia gdzie indziej. A mimo to ostanio, jak cała ekipą byliśmy umówieni pod klubem… Spokojnym krokiem zbliżam się do miejsca spotkania a tam czeka na razie tylko skład męski ekipy. I te ułamki sekund… czas zwalnia, Oni odwracają się w moją stronę i wtedy ON… to spojrzenie… mięknę… i słyszę… ‚jak zawsze zniewalająca, piękna kobieta- zachwycająco wyglądasz’

O kurwa!!!

Tylko to słowo rozbrzmiewało w mojej głowie. Ja na prawdę ostatnio znowu nie mogę na siebie patrzeć. Zamarłam i jeszcze złamałam sobie flek od buta… A On tak patrzył… zaczęłam tracić poczucie świadomości, świat wirował…

Próbując się opanować, podeszłam do wszystkich podziękowałam za komplement i przywitałam się ze wszystkimi. Ne szczęście zaraz przyszły dziewczyny i ruszyliśmy do wejścia.

Obserwował mnie przez większość wieczoru… Wiem o czym myślał… jak to facet…

A mnie to wszystko razem zaczęło przerastać, poszłam do baru… raz, drugi, trzeci… Ale nie było mi lepiej. Młody dotrzymywał mi towarzystwa przy drinkach. A Zauroczony tańczył na parkiecie, nie wiedząc co zrobić…

Tak, wiem, że Zauroczony startuje do jednej dziewczyny, która akurat do nas dołączyła w klubie. Obserwowałam ich… dała mu kosza :( Miałam wrażenie, że był rozdarty. Kurcze, ona do niego nie pasuje, dobrze mu życze, nikt nie chce być sam. Raz podeszłam do niego i próbowałam poprawić mu humor, źle wyglądał. Uśmiechnął się i mocno mnie przytulił. Pocałował mnie w czoło i powiedział „Dzięki mała, jest ok’”.

Zamarłam…

Wstałam i poszłam na parkiet, musiałam wyładować te wszystkie emocje. Potem miedzy Zauroczonym a Młodym doszło do jakiejś nieprzyjemnej wymiany zdań, na pewno poszło o dziewczynę. Zauroczony wybiegł z klubu wściekły.

Kiedy wracałam już domu.. wiadomość. Przeprosiny o wyjściu bez pożegnania… O rany! Nigdy tego nie robił, po prostu znikał. Chwile pogadaliśmy i chyba było juz lepiej. I nagle tekst… ‚Przyjedz do mnie, przenocuje Cie żebyś nie wracała sama po nocy do domu’… Zrobiło mi się gorąco… tamtego wieczoru wielokrotnie sprawił, że miałam ochotę… na niego… straszną…  Ale przywróciłam samą siebie do porządku. A w tym momencie miałam ochotę zawrócić. Zamknęłam oczy, policzyłam do 10 po czym odpowiedziałam, ze dziękuje, ale juz prawie jestem w domu. Odetchnęłam, to była dobra decyzja…

 

Zaplątałam się w dość dziwny układ. Brakuje mi ciepła, męskiego dotyku głupiego przytulenia czy schowania kosmyku włosów za ucho… Z drugiej strony znowu to robię, igram z ogniem… Wiem, że przy żadnym z nich nie odnajdę tego, czego szukam. Nie chce dawać nadziei,  tylko z Młodym mogę pożartować, w innych przypadkach moje żarty są odbierane inaczej… zbyt osobiście, jako zaproszenie.

Miotam się… nie chcę tego spieprzyć. Jeśli spieprzę, będę musiala odejść, znowu stracę miejsce w grupie, a tym razem bardzo tego nie chce.

 

Nie potrafię się zakochać! Nie potrafię się zaangażować. Potrafię być kumplem, towarzyszem do wspólnych rozmów, picia, gadania, słuchania, ramieniem do wylania żali i wypłakania się, do głupich żartów. Ale kiedy sytuacja choć troszkę się zagęszczą, chcę ucieć. Gdyby chodziło tylko o seks.. każdy czasem tego potrzebuje, bliskości, cielesności, spełnienia.

Ale nie, tu są jeszcze silne emocje. Wszyscy faceci są po przejściach, trudnych, które cały czas mają na nich silny wpływ. A gdzie ja w tym wszystkim jestem? Czemu znowu nagnam dla nich swoje ja? Czemu zgadzam się być przy nich kiedy mnie potrzebują, mimo że nie zawsze sama mam na  to ochotę, nie zawsze mam ochotę ich słuchać albo wspierać. A mimo to robię to!

NIE CHCE ZNOWU STRACIĆ TOŻSAMOŚCI!

Boję się… staram się być sobą, znaleźć odpowiedzi, własną drogę, własne szczęście, spokój, miłość, oparcie, przyjaźń…  Potrafię być niewidzialna, zagubiona i wycofana… nie wierząca w siebie, potrafię być wredna i ironiczna, potrafię być intrygująca i uwodząca… Tyle twarzy, tyle pragnień, tyle sprzeczności… Czemu to wszystko zawsze jest takie skomplikowane?

 

 

 

Test wytrzymałości

Ostatnie 3 tygodnie to jakiś koszmar… najpierw grypsko, potem ogólny spadek formy. Ledwo wróciłam do pracy i wróciły problemy z żołądkiem i migreny. Nie wytrzymywałam z bólu… znowu zaczęłam łykać garściami tabletki przeciwbólowe, wychodzić do toalety, bo nie dawałam rady usiedzieć przy biurku. Wróciły te paskudne dni, które przez tyle lat uprzykrzały mi życie. Życie… co to za życie… Z bólu tracisz przytomność i traktujesz to jako zbawienie bo wtedy chociaż nie czujesz bólu… światłowstręt, dźwiękowstręt, mdlości, zaburzenia widzenia, równowagi i do tego przeszywający ból brzucha… taki stan utrzymywał mi się przez ostatni tydzień non stop aż do dzisiejszego dnia do południa. Kolejny zmarnowany czas, niewykorzystany weekend… brak sił…  Zamykasz oczy i pragniesz tylko o własnych siłach dotrzeć do domu i położyć się we własnym łóżku.

Jeśli tak dalej ma to wszystko wyglądać to ja dziękuję, wysiadam…

Znajomi polecili mi jakiś czas temu lekarkę mongołkę… poszłam, przepisała zioła. To było w październiku zeszłego roku. Nie wierzyłam że coś pomoże… pomogło… po 2 miesiącach łykania i picia tych świństw pierwszy raz od wielu lat przeżyłam całe dwa miesiące mogąc normalnie jeść, bez migren!!! Nagle miałam energie, mogłam się skoncentrować, miałam siły i chęci do działania. Chciało mi się żyć, to było cudowne… Jak nie wiele potrzeba czasem…

Ale przestałam łykać zioła i przyszedł luty, samopoczucie zaczęło sie znowu pogarszać, aż doszło do stanu, który przestał być dla mnie granicą bólu do zniesienia. Poszłam znowu po te magiczne zioła. Od tygodnia znowu siłą je w siebie wlewam, bo są obrzydliwe… ale walczę. Jest odrobinę lepiej, żołądek juz tak nie boli, ale migreny nadal dają popalić.

Do tego dołożyć ostatnią pełnię i przesileni wiosenne, które dopadło większość znajomych…

W takich momentach tracę wiarę na lepsze jutro, nie mam siły walczyć każdego dnia i każdej nocy, prosząc bo cichu, żeby sobie już było lepiej, znośniej… mam nadzieje, ze ostatnie dwa miesiące nie będą jedynymi które bedę tak dobrze wspominać. Walcze dalej, ale nie wiem, ile jeszcze sił mi starczy :(

A jak byłam mała, to wydawało mi się, że każdy tak się czuje… że taki stan jest normalny… oby zioła okazały się skuteczne skoro medycyna nie daje rady :( I jak tu mieć siłę na normalne czynności?

Za tydzień wyjazd, chce w końcu odpocząć, w sobotę z fajnymi znajomymi jedziemy do trójmiasta, zapowiada sie fajna wycieczka. Modlę sie w duchu i jak mantrę powtarzam „będzie dobrze”. Bardzo chcę żeby było…. bardzo… potrzebuję odpoczynku od pracy. Dzięki nim odliczam już dni, wspierają mnie cały czas, nie wiedząc nawet do końca co się dzieje. Ale to nie ważne, codziennie ktoś pisze, dzwoni, pyta – to strasznie miłe :) Zawsze sie broniłam przed tym, zgrywałam twardzielkę, bo przecież dam sobie radę sama. Dziś czuję, że to nie prawda, bo już nie daję rady sama. Więc już nie odrzucam i nie ignoruję takich telefonów, na prawde doceniam troskę, nawet jak opowiadają mi kompletnie beznadziejne historie z imprez na które nie dotarłam, to potrafia sprawić że chociaż na chwilę się uśmiechnę, albo pomyśle o czym inny i nie ważne że czasem przerywam rozmowę, bo muszę zniknąć w ciszy… oni tam po prostu są :) Bezcenne :)

Dlatego teraz z całej siły ściskam mocno kciuki tym razem sama za siebie, żeby w końcu znów się polepszyło, żeby wyjazd się udał, żeby wrócił spokój ducha i ból zniknął… kiedyś myślałam, że ból psychiczny jest silniejszy, dziś już nie jestem tego taka pewna.

No to za lepsze jutro ;)

No nie chce się i już!

Minął styczeń… pełen energii ,szaleństwa, spontaniczności i emocji. Po nim przyszedł luty, fajny taki, zdroworozsądkowy i porządkujący po styczniowym szaleństwie. I skończył się… sentymentalnie.

Nie będę ukrywała, że ostatnie dwa lata były i nadal są dla mnie bardzo stresujące. Fuzja w firmie, długotrwała restrukturyzacja, ciągłe zmiany, pożegnania i brak wiary w lepsze jutro, coraz więcej pracy która przynosi coraz mniej satysfakcji i wykańczająca atmosfera w zespole, który w każdej chwili może zostać rozwiązany. Myślałam, że po tak długim czasie jestem już ponad tym, stres jest ale mniejszy, że już coraz mniej jestem podatna na plotki, panikę, agresywne zachowania i wybuchy niekontrolowanej paniki. Tymczasem przeszłam chyba na inny level nie etap.

Na zakończenie lutego w zeszły weekend firma jak co roku zorganizowała konferencje firmową dla wszystkich pracowników z całej Polski. Postawiłam sobie za punkt honoru aby pójść, bo to ostatnia szansa aby spotkać się z wieloma osobami, z którymi jednak kawał czasu w tej firmie przepracowałam. Mam już dość niekończących się pożegnań, nie jestem w stanie wydajnie pracować. Budzik dzwoni co rano o 6 a ja go nawet nie słyszę. Budzę się godzinę później i beznamiętnie po krótkiej analizie sytuacji przekręcam się na drugi bok. o bo po co wstawać. Efekt? Dochodzi 8 rano a ja dalej leże w łóżku, kombinując, co tu zrobić, aby nie iść do pracy… przytłaczające…

I tak w zeszłym tygodniu odpuściłam 3 dni pracy pomimo ogromu terminów, nawału zadań… nie lubię zawalać terminów. Zmogła mnie grypa, albo jakieś wirusisko. I co ciekawe, przespałam wszystkie te dni. Wstawałam o dziwnych porach, piłam swoje specyfiki ziołowo warzywne i padałam dalej. Zero sił… jak pojechałam do lekarza, wejście po schodach do metra stanowiło dla mnie jakieś nieziemskie wyzwanie… bezradność i złość krzyczały w mojej głowie!!!

Ledwo wróciłam do pracy od razu dostałam zgode szefowej na nadgodziny, potrzebowałam pracy i musiałam nadgonić zaległości. Straszne te moje skrajności :( najgorsze, że sama sobie funduje takie atrakcje. Efekt?? Potworne zmęczenie. Jeden weekend przeleżałam w łóżku z temperaturą. Kolejny odpuściłam również, bo nie dałam rady fizycznie, padałam na pysk. W sobotę poszłam tylko na konferencję już słabo się czując a w efekcie kompletnie się zrobiłam kilkoma drinkami.

Dotarło do mnie jak wielu osób już nie ma, po 10 latach pracy w jednej firmie doszłam do etapu że byłam w tłumie ludzie, gdzie większości z nich w ogóle nie znam… Pozostała nas garstka… Przytłaczające. Wróciłam do domu przygnębiona. Zbyt szybko wypity alkohol doprowadził mnie do jeszcze gorszego stanu. W domu byłam przed 20, rozebrałam się, połknęłam tabletkę przeciwbólową i wlazłam pod kołdrę. Obudziłam się w środku nocy z bolącym brzuchem, głową i dusznościami. To było straszne… Kolejna partia tabletek przeciwbólowych, świeże powietrze. Od tamtego wieczoru każdy kolejny dzień to jakaś porażka… W poniedziałek nie dotarłam do pracy… Samopoczucie było coraz gorsze, żołądek podchodził mi do gardła, nogi się pode mną uginały…. Koszmar jakiś.

Gdzieś zniknęło moje wewnętrzne poczucie radości, optymizmu. Przyszedł jakiś cholerny dół. Chodzę bo chodzę, wstaję bo wstaję, mimo że kilka minut po 8 próbując zdążyć na 9 do pracy. Wróciło paskudne samopoczucie, brak sił, koncentracji, problemy ze skórą. Włosy wypadają mi garściami. Aż boję się włożyć szczotkę we włosy. Na jedzenie patrzeć na mogę, wszystko podchodzi mi do gardła. Jestem zmęczona pracą, jestem zmęczona hałasem i jestem zmęczona zmęczeniem. Tęsknię za moją styczniową energią.

Nie wiem ile jeszcze wytrzymam tą całą sytuację i brak umiejętności podjęcia konkretnej decyzji. Potrzebuję zmiany. Zmiany pracy i działań. Ale nie mam na to siły, nie potrafię myśleć racjonalnie, ocenić danej sytuacji… czuję, że się zapętliłam. Mam nadzieję, że to szybko się zmieni na lepsze i powrócą te dobre emocje.