Niewątpliwie ten rok jest wyjątkowy :) To czas zmian dość radykalnych w moim życiu. Sama nie nadążam do końca za tym co się dzieje. Pomimo braku postów w blogu nie myślcie, że nie pisałam, bo pisałam, ale doszłam do wniosku że to zbyt osobiste opisy i nie jestem gotowa na to aby dzielić się z nimi ze światem :) Tak wiec siedzą sobie w przechowalni wspomnień ;)

A zmiany…

heh… obiecałam sobie że póki nie ogarnę spraw z pracą, nie podejmę w końcu decyzji co dalej, dokąd zmierzam, zostaję czy rzucam wszystko i zaczynam od nowa to nie będę wchodzić w żadne poważne relacje męsko-damskie.

Plany planami a życie życiem…

Zaczęło się niewinnie… bliscy mi znajomi pododawali mnie do różnych grup na necie. A ja ostatnio lubię wrzucić kontrowersyną notkę czy też komentować wypowiedzi innych, świadomie czasami wzbudzając emocje. Słodzenie przestało być fajne, a tak chociaż można poznać lepiej fajnych ludzi. I tak sobie komentowałam posty w nieco ironicznym tonie jednego z członków grupy. Efekt… zaczął pisać do mnie na priv i nawet nie wiem kiedy zaczęła zarywać całe nocki. Siedzieliśmy do późna i gadaliśmy o wszystkim. Nim się obejrzałam On zaczął do mnie pisać i dzwonić codziennie. Relacja z przyjacielskiej zaczęła sie przeradzać dodatkowo w mocno erotyczną… A ja nie byłam w stanie tego kontrolować.

I tu jest meritum… Zawsze musiałam mieć w swoim życiu nad wszystkim kontrole, nad swoimi emocjami, myślami, czynami… nad każdą sytuacją. Bawiłam się tym, wyznaczałam granice i warunki… To zawsze było silniejsze ode mnie.

W wyniku przepychanki słownej padły słowa że w takim razie musimy sie spotkać. A dzieli nas prawie 500 km… najpierw ja miałam pojechać do Niego ale nie udało się ze względu na babci urodziny. Tak wiec On przyjechał do mnie… na kilka dni…

I chciał nie chciał musze się przyznać, że to był dla mnie najtrudniejszy chyba czas jaki pamiętam w takiej sytuacji. Przerażenie jakie mnie dopadło… strach… paraliż… złość… Nie dało się ze mną wytrzymać! Nie mogłam spać, na wszystko się irytowałam, nie mogłam skupić myśli, chodziłam jeszcze bardziej roztargniona niż normalnie i po prostu byłam przerażona i za cholerę nie potrafiłam sobie wytłumaczyć czemu. Odpowiedź jest prosta- straciłam kontrolę…

Walczyłam długo ze sobą… chciałam uciekać, odwoływać, zapaść się po ziemię, ogarnąć się do jasnej cholery!!! A z drugiej strony jak nigdy założyłam spódnicę i buty na obcasie, zrobiłam staranny ale nie wulgarny makijaż, spięłam włosy.

Czekałam na niego cała się trzęsąc i kompletnie nie widząc co dzieje się obok. Przyjechał z piękną czerwoną różą… Podszedł do mnie jakże przestraszony i nieśmiały… Facet wygadany, twardziel… ale te emocje… były podobne do moich i nie dało się tego nie poczuć.

Ciągle mi pisał przed spotkaniem że jak go zobaczę to ucieknę z krzykiem, bo taki paskudny. No cóż, kawał faceta od tyle. Mi wystarczyła sekunda i wtedy pierwszy raz utopiłam się w jego piwnych oczach. A proces pozbawiania mnie kontroli i łamania moich barier trwał dalej… to jak na mnie patrzył, to jak traktował… tak jak mężczyzna powinien traktować kobietę. Z ogromnym szacunkiem, dbać o moje bezpieczeństwo i wygodę.

Pierwszy raz w życiu spotkałam faceta, który jest szczęśliwy dając radość i przyjemność kobiecie. Który chce rozmawiać, chce zrozumieć, umie słuchać i ma ogromną CIERPLIWOŚĆ. Który nie ogranicza mojej niezależności, mimo ze ja ciągle sobie wmawiam ze tak jest… I jest szczery, czasem aż do bólu. Tak, to bywa bardzo trudne. Ale warte zmierzenia się z tym twarzą w twarz.

I te wiadomości, które dostaję całymi dniami. Dające tyle ciepła i bezpieczeństwa. Nie ma dnia, żebym nie usłyszała, że jestem cudowna, wspaniała, uwielbiana… że dziękuję mi za to że po prostu jestem i że dzięki mnie jest mu łatwiej, inaczej dawno by już zwariował.

A ja wciąż w ramach buntu, strachu, walki myśli w głowie i poczucia że stracę moją niezależność, że nie jestem gotowa na związek, i ze na odległość sprawiam mu przykrości, furczę, warczę, wkurzam się, sprawiam przykrość. I wiem to, wiem że to nie jest miłe i nie czuje się z tym dobrze ale nie mogę przestać, kontrola nie wraca… wciąż tylko to ciepłe słowa z jego strony…

Podskórnie czuje, ze kogoś takiego mi potrzeba, kto okiełzna mój charakter, ogarnie tego demona w środku.

Po kilku dniach odwoziłam Go na dworzec pkp i… czułam w środku ogromny smutek… i kiedy patrzyłam jak odjeżdżał, wyciągając jeszcze do mnie rękę z pociągu i te oczy… tak żarliwe i smutne… coś we mnie pękło. Chyba poczułam, że jestem zgubiona…

Co będzie dalej, czas pokarze, etap poznawania trwa. I mam nadzieje ze tego nie spieprzę!!!!!

Dlaczego?

Bo chochlik nie śpi. Mimo, że zakończyłam swoje romanse z Niepodziewanym czy Młodym i powiedziałam jasno, że pojawił się Ktoś w moim życiu, to wciąż jest we mnie coś, to przyciąga kolejne osoby. Wiem ze tylko ode mnie zależy co zrobię z tym dalej, ale boje się że przegram.

Od jakiegoś czasu jest jeszcze ktoś, to mi wlazł do głowy i nie chce wyjść. Nie znamy się osobiście, mimo że rozmawialiśmy ze sobą przez telefon z komórki jeszcze innej osoby w dość zabawnych okolicznościach. Nic o nim nie wiem, czasem tylko na portalu internetowym komentujemy sobie niektóre posty, ale mimo to mam w sobie tak niesamowite emocje i uczucia, ze nie potrafię tego od tak zostawić obojętnie. Mam ogromna potrzebę poznania go osobiście z nadzieja w sercu, że się rozczaruję. A co jeśli nie… ?????? W piątek był na tej samej imprezie w klubie co ja, ale nie udało mi sie go zobaczyć. Wczoraj na kameralna imprezę nie dotarł, gdyż sie zgubił…. ale walczył długo. A ja poszłam na nią tylko ze względu na niego, z tej cholernej ciekawości…

A tymczasem wyszłam z imprezy z najlepszym przyjacielem Zauroczonego, który sporo o mnie wie z opowieści… Zauroczonego oczywiście jak na najlepszego kumpla przystało.  Widzieliśmy się kiedyś tylko raz. A tym razem przegadaliśmy cały wieczór… Odprowadził mnie do metra, po drodze zrywając dla mnie kwiatek z ogródka. Zanosiliśmy sie śmiechem całą drogę, oboje stwierdzając, ze czujemy sie jakbyśmy sie znali całe życie… I po powrocie do domu dostałam od niego sms z taka wiadomością, a mianowicie: „jesteś pierwszą kobietą, która ze mną wytrzymała w stanie mojej totalnej głupoty umysłowej”. A ja na prawdę dobrze się bawiłam…

Po takich momentach czuję się jakby ktoś na mnie rzucił czar… urok… ze to co się dzieje nie jest możliwe…

A na dodatek poszłam z moim szaleństwem dalej i … zrezygnowałam z pracy… Było mi bardzo trudno podjąć tą decyzję, ale pomogła mi w tym moja przyjaciółka i jestem jej strasznie wdzięczna :) Kiedy poszłam do szefostwa przekazać moje stanowisko, poczułam jak tony ciężaru spadły mi z barku i pleców… Ryzykuję, wiem, ale wiem, że to jest dla mnie szansa… :) I choćby nie wiem co, muszę myśleć pozytywnie bo w końcu mam szansę zmienić swoje życie na lepsze :D

Tak więc zmiany, zmiany zmiany…

Obym tylko walczyła do samego końca wbrew trudnościom oraz zawiłościom mojego charakteru… ;)