Jak już wspominałam, w zeszłym roku straciłam obie babcie. Z odejściem jednej z nich nadal nie mogę się pogodzić. I nie wiem czy kiedykolwiek daruje sobie ostatnie lata, kiedy mnie przy niej nie było. Kiedy złapała mnie w swoje urodziny za rękę i oczami błagała żebym nie wychodziła… A ja mimo tych wszystkich przeczuć i pękającego serca wyszłam z mamą… Dlaczego? Nie potrafię nadal odpowiedzieć sobie na to pytanie ani wybaczyć…

Potem po długiej walce z rakiem zmarł tata mojej przyjaciółki… I to jeszcze w okresie świątecznym działy się najgorsze rzeczy. Z mała grupką znajomych pojechaliśmy na pogrzeb w Święta. To chyba najgorszy okres dla rodziny…. Kilka dni później telefon od kumpla, że przeprasza że go nie będzie na spotkaniu bo… właśnie zmarł mu dziadek…

W moim życiu była jeszcze jedna ważna osoba. Poznałyśmy się w szpitalu onkologicznym. Obie czekałyśmy na operację. Gadałyśmy całe noce. Dużo mnie nauczyła z rękodzieła. Dużo mi tłumaczyła. Była dla nie jak taka prawdziwa babcia…  Ale ostatnio nasze kontakty stały się sporadyczne. Dzwoniła do mnie we wrześniu kiedy próbowałam ogarnąć się jakoś z decyzją odejścia z pracy, czekałam już tylko na koniec okresu wypowiedzenia. Zadzwoniła wtedy do mnie. To był dziwny telefon. Mówiła, że martwi się o mnie, po czym powiedziała że nie chce przeszkadzać i się rozłączyła. Ta rozmowa brzmiała trochę jak pożegnanie, ale tego wtedy nie zauważyłam. Od listopada próbowałam się dodzwonić do niej, do córki… telefon był głuchy…. I znowu to cholerne uczucie w środku jakie miałam z babcią… Ale uparcie je wypierałam. Dalej próbowałam się dodzwonić, chciałam wysłać paczkę na święta… nawet pojechać. Ciągle tyle się działo, tyle złego, smutnego… Dziś nie wytrzymałam, zaczęłam szukać po nekrologach. I znalazłam… msze w intencji sprzed 7 dni… I znowu jestem na siebie wściekła…. Tego też sobie nie wybaczę…  Kolejna osoba którą kochałam ale przez własne głupie sprawy nie miałam czasu… nie pożegnałam się…. Nie dodzwoniłam… nie pojechałam… Rak zbiera potworne żniwo. Jakże jest niesprawiedliwy. Zabiera dobrych ludzi. Gdzie tu do cholery jest sprawiedliwość????? Czemu tyle męd chodzi po świecie i nic się im nie dzieje!!!! Co się do cholery porobiło z tym światem….

Od kilku miesięcy pęka mi serce. Tyle złych rzeczy miało miejsce. Nie tylko w moim życiu, ale w życiu znajomych również. Kilka osób wylądowało w szpitalu, tylu osób straciło kogoś bliskiego, wiele straciło prace, przeszło załamanie nerwowe. Nie pamiętam w swoim życiu takiego roku jak 2015… i niestety 2016 od samego początku nie wygląda lepiej… Czasem mam ochotę wyjść na ulice i zacząć krzyczeć… Nie potrafię się z tym pogodzić i nigdy więcej nie chcę się czuć tak jak ostatnio…. Sfrustrowana, zagubiona, zła, przerażona, pełna bólu…. Niech to się skończy… Niech w końcu szala się odwróci a ludzie zaczną odnajdywać równowagę…. Tak nie można żyć… Cierpieć samemu i jednocześnie nie móc ulżyć najbliższym w cierpieniu….