Czasami przychodzą takie dni, kiedy czuję, że spadam… z niebotyczną prędkością. Czuję dyskomfort ale nie widzę nigdzie dna, końca spadania. Wstaję rano, i mam ochotę zakopać się pod kołdrę, ale przewinąć fil do przodu, do momentu, kiedy poczuję się stabilnie.

Obecny rok zaczął się dla mnie ciężko. Dużo trudnych decyzji, frustracji, ogólnie jedna wielka dołówka w otoczeniu. Pomimo ogromnego zmęczenia głównie psychicznego, uparcie postanowiłam iść dalej. Kasy na życie coraz mniej, pracy brak… A nawet nie zaczęłam jej szukać. Bo na poprzednie stanowisko ani myślę wracać. Zaczęłam szukać kursów, które pozwolą mi się przekwalifikować. I jakimś cudem z cen 3500 zeszłam do 500 pln. W czym haczyk? Szkolenia są on-line więc większość materiału przerabiam sama. Ale egzamin końcowy muszę zdać. Więc walczę… prawie codziennie. Czasami zdarza się taki dzień, kiedy mój własny dół mnie przerasta i odpuszczam. Pozwalam sobie na bezczynność, gonitwę myśli, trwanie, przeczekanie.

Ale nie tylko na warsztaty rozwoju kariery ostatnio mnie naszło. Postanowiłam zadbać w końcu o przeszłość, a dokładniej o trzaśnięcie niektórymi drzwiami. Zaczął się dopiero luty a pierwszy raz od dawien dawna nie robiłam żadnych postanowień noworocznych tylko podjęłam działania na podstawie tego co mi w głowie grało. Staram się żyć chwilą, mieć oczy szeroko otwarte. Ponownie nieco zmieniło się moje otoczenie. Jedni ludzie odchodzą inni się pojawiają więc obserwuje uważnie. Znajoma przysłała mi maila o warsztatach jogi mózgu. Psychotronika… hmmm, pomyślałam czemu nie. Kurs normalnie dwudniowy tym razem zamieniony w 5h warsztat.  Poszłam.

Pierwsze zdziwienie- nie miałam problemu z medytacją, potrafiłam szybko wejść w stan alfa i się zrelaksować. Gonitwa myśli, która nawet nie pozwalała mi o medytacji pomyśleć, zniknęła nagle. A na pewno straciła bardzo na sile. Ciekawe warsztaty bardzo. Chwilę później kolejne 2-dniowe warsztaty z kochania siebie. Hmmm… pomyślałam drogo, a kasy brak, pracy na razie też… ale czułam że muszę iść. Było cholernie ciężko, dużo łez, dużo skrajnych emocji, walka z usuwaniem brudów w głowie, przełamywanie własnych barier. Ciągle się dziwię skąd ja ich tyle mam, kiedy postawiłam tyle murów. Kolejna praca z przeszłością, dzieciństwem, rodzicami, brakiem poczucia własnej wartości, asertywności… Mój organizm tak się buntował, że rano dostałam gorączki. Normalnie w jedną chwilę dopadło mnie osłabienie i przeziębienie. A mimo to wstałam w sobotę o 6 rano, przygotowałam się, zjadłam śniadanie i usiadłam za kółkiem co jeszcze jakiś czas temu było nie do pomyślenia. Nigdy nie dawałam sobie przyzwolenia na prowadzenia auta w takim stanie.

Poznałam wiele wspaniałych kobiet. Płakałam, krzyczałam i robiłam i mówiłam tyle niesamowitych rzeczy, o które nigdy bym się nie posądziła. Po 2 dniach byłam skrajnie wykończona, ale w środku pełna energii. Obserwuję siebie od tamtego czasu i widzę, że jestem silniejsza. Z ciekawością obserwuję dalej co się będzie działo.

Dodatkowo, dzięki trafieniu na dość ciekawą ankietę w internecie również dzięki innej osobie (wszystko po coś się dzieję) w końcu zrobiłam badania, które coś wykazały. Przerażały mnie już moje coraz poważniejsze problemy z koncentracją, roztargnieniem, ciągłym zapominaniem dosłownie o wszystkim, gdzie położyłam telefon, a gdzie klucze, a gdzie portfel… po co wyszłam z domu, jakim cudem zaniosłam cukier do łazienki, po co dzwonie do koleżanki, jaki dziś jest dzień, co miałam kupić – po wejściu do sklepu. Miliony takich sytuacji dziennie. Natężenie takich sytuacji potęgowało tylko mój stres i frustracje. Przestawałam panować nad emocjami… z kim o tym nie rozmawiałam, pukał się w czoło. Słyszałam tylko „nie przesadzaj” albo „ja też tak mam, to norma”. Więc przestałam o tym mówić, w końcu każdy zawsze ma większy problem. Zaczęłam szukać… I tak trafiłam do prywatnego gabinetu neurologicznego, gdzie wykryto u mnie tężyczkę… Wyjaśniły się kurcze mięśni, paraliże, drętwienia, złe samopoczucie, ciągłe zmęczenie a co za tym idzie problemy z koncentracja i pamięcią. Coś w końcu się ruszyło… Tyle że leczenie znowu mnie trzepnęło po kieszeni. A mimo to jestem spokojna. Czuję się jakbym realizowała całkiem dobry i mądry plan. Ryzykowny, a i owszem, ale jednak prowadzący do celu, który mnie usatysfakcjonuje :)

Teraz na spokojnie analizuje wszystko, starając się wyciągać wnioski ze stanowiska obserwatora… Wszystko się zmienia…

10400140_1309609182388771_6562273495353560848_nSukienki były moim kompletnym wrogiem, a tymczasem jeszcze nie tak dawno wyciągnęłam z szafy najbardziej kobiecą kieckę, którą założyłam na siebie, wsiadłam w pociąg i pojechałam na drugi koniec Polski do faceta, którego prawie nie znałam. Nie chciałam nawet go poznać, chciałam uciec… A im bardziej chciałam uciec, tym bardziej mnie coś tam ciągnęło. Nie cierpię wody, a będąc z Nim na Mazurach naszych pięknych, wlazłam ze skręconą kostką do jeziora… I na basen poszłam… I za kółko usiadłam w środku nocy i pojechałam w nieznane jeszcze żeby odebrać Go z dworca. I ból skręconej kostki znosiłam… I w ogóle ostatnio robię rzeczy, który były dla mnie nie do pomyślenia, trudne, graniczące z cudem. Ktoś powie miłość… Niestety, nie czuję motyli w brzuchu, nie jestem zakochana. Ostatnio nawet zadaje sobie pytanie czy jestem zdolna do miłości. Do współczucia, empatii tak. Ale do miłości… nie wiem.

A On… Tak, On kocha jak wariat, jak nie powinien, szalenie, mocno i bezgranicznie. Ne ważne, że krzyczę, awanturuję się, ubliżam, wylewam wiadra pomyj na głowę, oceniam, komentuję…. On jest… Czeka aż i przejdzie, smutny, przerażony, zagubiony, ale czeka. A jak skończę już krzyczeć i warczeć, to mówi że kocha… A ja wciąż nie wierzę, że taka miłość może istnieć… A ja szaleję… Dlaczego? Bo sprawia że od początku naszej znajomości nagle staję do walki ze swoimi wszystkimi demonami…. Jest ich dużo, za dużo. Są silne. Zawsze myślałam, ze muszę mieć kontrolę nad wszystkim co robię, co się dzieje w moim życiu. Teraz twierdzę, że to budziły się zawsze te demony w mojej głowie i za każdym razem, kiedy czuły, że tracą siłę, przejmowały nade mną kontrolę. I wtedy stawałam się agresywną, wredną suką, albo przerażoną, skuloną malutką istotą. Odkąd mam tego świadomość pierwszy raz w życiu czuję, że dopiero teraz przejmuję kontrolę nad własnym życiem. Oczywiście, nie na wszystko mam wpływ, ale na wiele rzeczy mam. Ode mnie zależy czy podejmę działanie, oszacuję ryzyko, świadomie wykonam jakiś krok czy zdam się na los, na innych. Ale nie chce być już zależna. Chcę zmian, kolejnych. To dopiero początek drogi.

Odkąd nie pracuję, wstaję jeszcze wcześniej niż pracowałam. Ale wiedząc, że czeka mnie dzień 14h warsztatów, wstaję pełna motywacji, nie zakopuję się pod kołdrą, idę bez bata nad głową i bez frustracji. Pomału zaczynam spać. Czasem parę godzin, ale jak nie mam następnego dnia rano zajęć, to pozwalam sobie na głęboki sen bez budzika, nawet 9h. Regeneruję się. Chaos w głowie znika. Myśli dalej biegają po głowie, ale już bez ucisku, przytłoczenia. Gdyby ktoś mi powiedział jakiś czas temu, że w tak krótkim czasie tyle rzeczy w moim życiu się zmieni, nie uwierzyłabym. Dziś jestem z tego powodu szczęśliwa pomimo przeciwności losu.