19 maja 2016

Przez ostatnie kilka lat jak idiotka poświęcałam się dla ludzi których kochałam, którzy byli dla mnie ważni. Rzucałam wszystko, dosłownie wszystko, nawet jeśli przez to sama potem miałam problemy i biegłam, żeby pomóc. Często sama potrzebując rozmowy zagryzałam zęby, bo moja przyjaciółka, przyjaciel potrzebował pogadać… Bolało mnie to bo tłamsiłam w sobie swoje bóle… Przyzwyczaiłam się, że ludzie mnie nie słuchają. A przynajmniej tak myślałam, że się przyzwyczaiłam.

Coś we mnie ciągle narastało. Coraz bardziej i bardziej. Nie potrafiłam odmówić pomocy ale kiedy sama jej potrzebowałam… no cóż, kiedy zaczęłam prosić, ignorancja dobijała mnie coraz bardziej. Czuję w środku cholerny ból. Nie rozumiem tego.

Kiedy uu mnie już na prawdę było źle i wgniatała mnie wręcz w ścianę każda płaszczyzna mojego życia, czułam, że muszę w końcu coś zrobić dla siebie, bo inaczej to będzie mój własny koniec. I zaczęłam odmawiać… wpadłam w wir szaleństwa żeby w końcu coś uratować w swoim życiu, odejść z firmy której zaczęłam nienawidzić, która zaczęła mnie niszczyć. Więc zaczęłam się przekwalifikowywać. Nowe kursy, nawet po kilkanaście godzin dziennie. I… kompletny brak zrozumienia z jakiejkolwiek strony.

Nie spodziewałam się tego… Kompletnego odrzucenia, braku zozumienia, braku wsparcia i chociaż jednego pieprzonego słowa podtrzymującego na duchu. Dziś na prawdę zastanawiam się w jakim świecie żyję i czy jest tak na prawdę chociaż jedna rzecz w życiu o jaką warto walczyć.

Szczerze? Szczerze wątpię…