8 czerwca 2016

Hmmmm…. Nigdy nie myślałam, że poruszę taki temat. Życie często bywa nieobliczalne i płata nam figle, wystawia na różne próby, igra z nami każdego dnia, im bardziej się zapierasz tym bardziej napotykasz na sytuacje, którym musisz stawić czoła. Podświadomość? Siła przyciągania? Co tak na prawdę pisze takie scenariusze w naszym życiu…?
Nigdy nie wierzyłam w bezwarunkową miłość. Ba, nawet nie wiedziałam czym jest, o co chodzi, jak można kogoś kochać bezwarunkowo? Czy takie uczucie istnieją tylko w książkach, filmach, opowieściach? No ale skoro tam istnieją, to skądś musiały się wziąć…
Ja nigdy nie znałam tego uczucia, jako dziecko nigdy nie usłyszałam że jestem kochana, ani od rodziców, ani od dziadków. Zawsze sama, zawsze w roli wojownika, zawsze walcząca o pełną kontrolę, która pozwoli mi przetrwać, nie zwariować. Faceci….? No byli różni, na krócej lub na dłużej. Zawsze z dozą sporego dystansu. Czy kochałam kiedykolwiek….? Dziś myślę, że nie. Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że próbowałam się zaprogramować na miłość. Chciałam gdzieś przynależeć, potrzebowałam akceptacji, uciekałam od samotności. Ale wciąż w środku pełna niezgodności, strachu, żalu, złości i odrzucenia walczyłam sama ze sobą, automatycznie zmuszając otoczenie do dystansu. Latami budowałam swoje mury, fosy, zabezpieczenia. Tworzyłam po mistrzowsku swój misterny świat, bezpieczny, gdzie nikt nigdy nie będzie mógł mnie skrzywdzić. Pielęgnowałam nieświadomie te wszystkie dzikie uczucia, tworzyłam labirynty, karmiłam się kłamstwami. Ale moja podświadomość chytrze wiedziała, że sama siebie oszukuję. Frustracje narastały, w środku wszystko zaczynało pękać, mimo że nadal nikt do środka nie miał dostępu. Piękna iluzja. Każdy osobnik wpuszczony za pierwsza granicę od razu oblewał test, zbyt duża wiedza od razu rozpoczynała atak na moje wewnętrzne zranione dziecko.
Z czasem zaczęły się zmiany i to ogromne. Trudne decyzje, walka na każdym możliwym polu, a w tym wszystkim decyzja, że dobrze mi samej. Nastał moment, że mi się chciało, że uśmiechałam się do siebie w lustrze, promieniowałam. Pierwszy raz w życiu. I wtedy gdy budowałam to wszystko jakże uparcie i konsekwentnie, przekonana że nikt tego nie zniszczy, pojawił się On. Pisałam już kilka razy o tym osobniku. Po prostu się zakochał, rzucił prace, spakował walizkę, królika i przyjechał, przeprowadził się 500 km aby być blisko mnie. Wielbił, przybiegał z kwiatami, słodził aż do mdłości i walczył zaciekle do upadłego.
Szczerze? Opędzałam się ile sił. Nie jestem romantyczką, nie lubię słodzenia. Lubię konkret. Bez tkliwości i mdłości. Maślanych oczu i chwilowych stanów zauroczenia. Ciągle zastanawiałam się ile wytrzyma, kiedy przejrzy na oczy, kiedy ucieknie. Raniłam Go słowami, ignorowałam, porzucałam w towarzystwie dla innych, walczyłam zaciekle o swoją przestrzeń, swoje jakże ciężko zbudowane własne terytorium. A on milczał i czekał, próbował dalej i czekał. Krok po kroku uderzał raz po raz w kolejne najczulsze punkty mojej psychiki. Moje emocje zostały kompletnie rozchwiane. Czułam się jak na jakieś gigantycznej karuzeli. Byłam na granicy wytrzymałości. Krzyczałam, płakałam, walczyłam, uciekałam, stawiałam warunki… A on wciąż był… Smutny ale cierpliwy. Z cierpieniem w oczach patrzył i czekał… Odrzucałam go a on wciąż był… płakałam a on przyjeżdżał i zalewał mnie tysiącem tkliwości i czułości a ja uciekałam. To nie dla mnie… Walka wewnętrzna trwała. Wszystko co tyle lat tak skrzętnie budowałam, runęło jak domek z kart. Jedna bariera za drugą… Chodziłam jak pijana, rozchwiana emocjonalnie. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Dlaczego jeszcze Go nie kopnęłam w tyłek i nie odeszłam…? No dlaczego?
Niezauważalnie, nie wiadomo kiedy, powiedziałam mu o sobie, swoich lękach, marzeniach, wątpliwościach, o których nikomu nigdy nie mówiłam. Nie w taki sposób… Pełna emocji ale ze spokojem w głosie. Patrzył na mnie tymi wielkimi oczami i słuchał… Nie uciekał, nie zaprzeczał, nie pouczał, nie oceniał… siedział i słuchał. I za każdym razem słyszałam „Mała, poradzimy sobie z tym, jestem tu”. Gapiłam się na niego i zastanawiałam się, kiedy się obudzę w innej rzeczywistości i zrozumiem, że to tylko sen… Czekałam aż okaże się, że to tylko puste słowa. Bez pokrycia. Przecież to nie możliwe żeby kogoś tak kochać…. Nie! To nie możliwe żeby mnie kochać. A już na pewno nie aż tak… Prowokowałam kolejne sytuacje, wciąż czekając, aż powie dość i odejdzie. Przeszłam samą siebie… Wystawiłam na najgorsze próby na jakie można wystawić człowieka, mężczyznę… I mimo że za każdym razem czułam się z tym strasznie i miałam cholerne wyrzuty sumienia, to nie mogłam przestać, to było silniejsze ode mnie.
Aż w końcu do mnie dotarło, że jeśli przez rok On to wszystko znosił, jeśli wciąż tu jest, wciąż patrzy na mnie tymi swoimi oczami, z których czasem kapią łzy… ale nie smutku, łzy szczęścia bo ja tu jestem to chyba czas najwyższy przestać prowadzić tą wojnę i spróbować chociaż trochę stworzyć coś prawdziwego, szczerego i ciepłego na silnych podwalinach. Nie wiem czy potrafie, nie wiem czy dam radę, kawał pracy przede mną. Ale warto… Bo taka miłość nie zdarza się często, nie każdy jej doznaje a ja dopiero się jej uczę i nie darowałabym sobie, gdybym z tego zrezygnowała…