Codziennie podejmujemy tysiące decyzji, tych maluczkich i tych ważniejszych. I choćbyśmy chcieli, nigdy nie przewidzimy jak nawet te najdrobniejsze mogą nagle zmienić nasze życie. Może to być wyjście z domu kilka minut później, bo czegoś zapomnieliśmy albo zmiana drogi do pracy, tak po prostu, żeby zagrać rutynie na nosie. Codziennie takie miliony drobiazgów budują nasze życie, powodują że wybieramy drogę jaką podążamy.

Ponad rok temu miałam w głowie mnóstwo planów i pomysłów. Byłam pewna że wiem czego chcę i dokąd zmierzam. A dziś? Dziś już chyba nie wiem nic. Zmiana pracy kosztowała mnie więcej, niż mogłam przypuszczać. Ciągły brak odpoczynku i wszechobecny stres nadal zbierają żniwo. Ale nie żałuję niczego. Jedyne co mnie smuci to fakt, że nie udało mi się uciec z korporacji, bo trafiłam do kolejnej. Ale pomimo ciężkiej roboty po godzinach i ogromnego przemęczenia czuję satysfakcję. Dostałam się na stanowisku, na które sama nigdy bym nie aplikowała. Dlaczego? Bo po przeczytaniu oferty od razu stwierdziłabym że się nie nadaje, bo jestem za słaba. A kiedy oferta sama do mnie zapukała i nie było odwrotu wycofania się z już umówionej rozmowy, tym większym zaskoczeniem była oferta pracy. Stąd satysfakcja- nie uciekłam, nie poddałam się i wciąż szukam rozwiązań jak okiełznać to co nieznane. Chociaż w tej kwestii na jakiś czas moja sytuacja się ustabilizowała. Jest czym zapłacić za rachunki :D

Potem pomyślałam, ze skoro jest pensja to może uda się coś zaoszczędzić. Wiec kombinowałam jak tu przetrwać miesiąc na minimalnych kosztach i jeszcze skorzystać trochę z uroków tego lata. Wiedziałam, że nie będę miała jak wyjechać na dłużej żeby znaleźć ciszę i ukojenie i spuścić trochę stresu. Ale przecież kilka dni urlopu mi przysługuje :) I tak na głos zaczęłam wypowiadać kolejne życzenia. I tak z moim Zdobywcą pojechaliśmy na tydzień na Mazury. Okazało się że dotarliśmy w te same miejsca gdzie byliśmy razem po raz pierwszy i to w tym samym czasie tylko rok wcześniej :D To był magiczny tydzień…. spaliśmy do południa, zwiedzaliśmy popołudniami, wszystko bez planu, na kompletnym spontanie. Nocami kąpaliśmy się w jeziorze albo chodziliśmy nad rzekę z butelką wina, siedzieliśmy i gadaliśmy. I mogliśmy tak bez końca, o wszystkim i o niczym.

Przy Nim odnajduję spokój, wyciszam się. Robię różne rzeczy które wcześniej były dla mnie ogromnym problemem a teraz nagle stały się nawet przyjemnością. Łatwiej przychodzą mi codzienne zmagania z tymi tysiącami przeciwieństw, które ciągle sypią się jak z rękawa…

Po Mazurach szaleństwa był ciąg dalszy. Zdobywca spełnił moje kolejne marzenie. Kiedyś powiedziałam, ze chciałabym pójść na koncert jednego z zespołów. Chwilę później dostałam sms z informacją, że bilety na koncert załatwione…. jedziemy do…. Berlina :D usiadłam i zaniemówiłam. Od trzech miesięcy każda chwilę gdzieś jeździmy. W tygodniu zostaje w pracy po godzinach żeby zdobyć dodatkowy budżet i ewentualnie odebrać nadgodziny jako wolne dni. Uwielbiam nasze wyjazdy, zawsze na spokojnie, bez pośpiechu, bez dokładnego planu. Nie trzymając się wyznaczonej trasy ani szlaków. Zawsze spotykamy niesamowitych ludzi, znajdujemy wspaniałe miejsca. To jest jak magia. Często w tym samym momencie robimy lub myślimy to samo. Śmiejemy sie, że jeszcze trochę i nie będziemy musieli rozmawiać, wystarczy spojrzenie i wszystko będzie jasne. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie życia bez naszych rozmów.

Mimo wszystko jednak, mimo że czuje się szczęśliwa to z drugiej strony towarzyszy mi ogromna frustracja. Ten rok spowodował, że stałam się inną osobą. Moje wcześniejsze plany, podglądy, zasady, dążenia…. Wszystko runęło. Czuję że od początku poznaję siebie i podejmuje nowe decyzje i jest cholernie trudne. Bo to powoduje również duże zmiany w otoczeniu, ludziach, wiele trudnych decyzji które trzeba podjąć. Poza pracą i naszymi wspólnymi weekendami nie mam czasu na nic. Wracam do domu i padam na pysk. Rano wstaje nieprzytomna. Kręgosłup nadal doskwiera. Próby zrobienia porządków jesiennych na działce ostatnio zakończyły się bardzo niebezpiecznie. Niestety problemy z kręgosłupem wykluczają dźwiganie czegokolwiek i przeciążanie się. Podniesienie cięższej rzeczy powoduje paraliż i ogromny ból. Po 15 minutach nie byłam w stanie się ruszyć. Poryczałam się dosłownie. nie wyobrażam sobie życia bez działki i pracy na niej. To zawsze była moja odskocznia, tam ładowałam bateria, a teraz nawet liści nie jestem w stanie zagrabić. Wciąż jednak wierzę, że jeszcze będzie lepiej. Ze dalsze nastawienia kręgosłupa coraz bardziej będą pomagać.

Nie mam pojęcia w jaki miejscu teraz stoję. Dokąd dotrę. Jak na nowo ukształtuje się moja osobowość. Bo na chwilę obecną nie mam nawet ochoty na spotkania z innymi. Wszyscy znajomi poszli w odstawkę. Ani fizycznie nie mam na to siły ani psychicznie. Mam w głowie mały armageddon i jedyne o czym marzę, to cisza, spokój i odpoczynek.