ciekawość

Poszukiwania

4 grudnia 2016

Każde poszukiwania w końcu kiedyś przyniosą oczekiwany efekt :) Ważne jest aby wiedzieć, czego się szuka. A ja ostatnio szukam bardzo dużo. Uparłam się, że odstawię wszystkie leki. I jestem już coraz bliżej. Z kręgosłupem bywa różnie, ale mogę już normalnie chodzić. Nastawianie pomaga, ale na krótko, wszystko ponownie wypada po bardzo krótkim czasie i zabawa zaczyna się od początku. Kiedy zaczynam ćwiczyć, aby zbudować mięśnie wokół kręgosłupa, wszystko wypada od razu. Ostatnio zastanawiałam się, co jeszcze mogło by pomóc… Pociąć sie nie dam, leków nie chcę brać. Więc co…? I kiedy zadawałam sobie to pytanie, dostałam maila. Z zaproszeniem na spotkanie dotyczące nowej innowacyjnej metody walki z bólem, wykorzystujące nową technikę amerykańską połączoną ze starą chińską medycyną… Dwa razy nie trzeba mi było powtarzać… Sprawdzić nie zaszkodzi. I tak chyba zaczęła się moja kolejna droga odkrywająca nowe szanse. Obecnie nie zapeszam. Jestem po jednym małym eksperymencie przeprowadzonym na własnym ciele i mimo sceptycyzmu musze przyznać, że efekt jest. Jeśli tak, to warto zdobyć szerszą wiedzę w tym temacie. Do końca roku sprawa powinna się troszkę rozjaśnić :)

Szukałam też odpowiedzi na pytanie czego tak na prawdę chcę w życiu. Ostatnio żyje głównie pracą i nerwami. Stres nie pozwala mi spać, ciągle chodze wykończona i nie słyszę rano żadnego budzika. Jestem już zmęczona faktem że jako jedyna w firmie ciągnę projekt bo pozostałe osoby dedykowane do tego zadania nie są w stanie wykonać najprostszych analiz nie mówiąc o obliczeniach. Kiedy zgodziłam się na tą ofertę, kompletnie nie wierzyłam we własne siły. Bariera językowa, bariera dot. wiedzy merytorycznej, ponownie korpo…. A teraz się okazuje że wszystko jest na mojej głowie i gdybym teraz rzuciła to wszystko w diabły to cały projekt by upadł. Z jednej strony wewnętrzna duma z drugiej strony ogromne zmęczenie i frustracja.  Koszmar… Od wielu lat pomimo ciąglych szkoleń i dbania o własny rozwój wciąż zadawałam sobie pytanie, jaka praca dałaby mi satysfakcję, radość i dodatkowo pozwoliła zarobić dobre pieniądze. I wychodzi na to, że moja kochana połówka pomogła mi znaleźć odpowiedź na to pytanie. Ale zanim zacznę coś działać w tym kierunku, muszę uporządkować inne sprawy finansowe i prywatne.

I tu kolejna kwestia w tematyce podejmowania decyzji i szukania odpowiedzi na pytanie czego chcę w życiu. A więc decyzja zapadła… przeprowadzam się. Od jakiegoś czasu wspólnie z Miśkiem szukaliśmy mieszkania na wynajem. W kwestii poprzedniego mieszkania właściciel zdecydował się nie przedłużać umowy na kolejny rok z przyczyn rodzinnych. Wiec trzeba było coś znaleźć. A ceny mieszkań znowu poleciały w górę. Sam nie dał rady by dalej wynajmować, więc nie było się nad czym zastanawiać, powiedziałam, to wynajmijmy razem…. Skoro powiedziałam A, to musiałam powiedzieć i B. I takim oso sposobem podpisaliśmy wspólnie umowę najmu.

Nie mam pojęcia jak to będzie. I finansowo dla mnie będzie to nie lada wyzwanie no i kwestia jak to będzie jednak mieszkać ze sobą na stałe. Czy jednak damy radę. Mnóstwo pytań i wątpliwości. Mam nadzieję, że niczego nie spierdolę, bo w drugą stronę się nie martwię. Ze strony Miśka mam pełne wsparcie i zaufanie w każdym temacie. Nawet większe niż bym chciała…. Wspiera mnie we wszystkim co robię, dba o każdy szczegół, żeby mi to wszystko ułatwić. Mimo że wiem, że On też się boi.

Ostatni rok nie dość że minął bardzo szybko to przyniósł ze sobą niesamowicie dużo zmian, emocji, wrażeń i decyzji. Pomimo wielu złych i ciężkich chwil nie chciałabym cofnąć czasu. W końcu czuję, że coś się we mnie zaczęło zmieniać we właściwym kierunku. Ale rok jeszcze się nie skończył i jeszcze wiele w najbliższym czasie przede mną. Oby w tą dobrą stronę:)

 

Siła podświadomości.

Czasami przychodzą takie dni, kiedy czuję, że spadam… z niebotyczną prędkością. Czuję dyskomfort ale nie widzę nigdzie dna, końca spadania. Wstaję rano, i mam ochotę zakopać się pod kołdrę, ale przewinąć fil do przodu, do momentu, kiedy poczuję się stabilnie.

Obecny rok zaczął się dla mnie ciężko. Dużo trudnych decyzji, frustracji, ogólnie jedna wielka dołówka w otoczeniu. Pomimo ogromnego zmęczenia głównie psychicznego, uparcie postanowiłam iść dalej. Kasy na życie coraz mniej, pracy brak… A nawet nie zaczęłam jej szukać. Bo na poprzednie stanowisko ani myślę wracać. Zaczęłam szukać kursów, które pozwolą mi się przekwalifikować. I jakimś cudem z cen 3500 zeszłam do 500 pln. W czym haczyk? Szkolenia są on-line więc większość materiału przerabiam sama. Ale egzamin końcowy muszę zdać. Więc walczę… prawie codziennie. Czasami zdarza się taki dzień, kiedy mój własny dół mnie przerasta i odpuszczam. Pozwalam sobie na bezczynność, gonitwę myśli, trwanie, przeczekanie.

Ale nie tylko na warsztaty rozwoju kariery ostatnio mnie naszło. Postanowiłam zadbać w końcu o przeszłość, a dokładniej o trzaśnięcie niektórymi drzwiami. Zaczął się dopiero luty a pierwszy raz od dawien dawna nie robiłam żadnych postanowień noworocznych tylko podjęłam działania na podstawie tego co mi w głowie grało. Staram się żyć chwilą, mieć oczy szeroko otwarte. Ponownie nieco zmieniło się moje otoczenie. Jedni ludzie odchodzą inni się pojawiają więc obserwuje uważnie. Znajoma przysłała mi maila o warsztatach jogi mózgu. Psychotronika… hmmm, pomyślałam czemu nie. Kurs normalnie dwudniowy tym razem zamieniony w 5h warsztat.  Poszłam.

Pierwsze zdziwienie- nie miałam problemu z medytacją, potrafiłam szybko wejść w stan alfa i się zrelaksować. Gonitwa myśli, która nawet nie pozwalała mi o medytacji pomyśleć, zniknęła nagle. A na pewno straciła bardzo na sile. Ciekawe warsztaty bardzo. Chwilę później kolejne 2-dniowe warsztaty z kochania siebie. Hmmm… pomyślałam drogo, a kasy brak, pracy na razie też… ale czułam że muszę iść. Było cholernie ciężko, dużo łez, dużo skrajnych emocji, walka z usuwaniem brudów w głowie, przełamywanie własnych barier. Ciągle się dziwię skąd ja ich tyle mam, kiedy postawiłam tyle murów. Kolejna praca z przeszłością, dzieciństwem, rodzicami, brakiem poczucia własnej wartości, asertywności… Mój organizm tak się buntował, że rano dostałam gorączki. Normalnie w jedną chwilę dopadło mnie osłabienie i przeziębienie. A mimo to wstałam w sobotę o 6 rano, przygotowałam się, zjadłam śniadanie i usiadłam za kółkiem co jeszcze jakiś czas temu było nie do pomyślenia. Nigdy nie dawałam sobie przyzwolenia na prowadzenia auta w takim stanie.

Poznałam wiele wspaniałych kobiet. Płakałam, krzyczałam i robiłam i mówiłam tyle niesamowitych rzeczy, o które nigdy bym się nie posądziła. Po 2 dniach byłam skrajnie wykończona, ale w środku pełna energii. Obserwuję siebie od tamtego czasu i widzę, że jestem silniejsza. Z ciekawością obserwuję dalej co się będzie działo.

Dodatkowo, dzięki trafieniu na dość ciekawą ankietę w internecie również dzięki innej osobie (wszystko po coś się dzieję) w końcu zrobiłam badania, które coś wykazały. Przerażały mnie już moje coraz poważniejsze problemy z koncentracją, roztargnieniem, ciągłym zapominaniem dosłownie o wszystkim, gdzie położyłam telefon, a gdzie klucze, a gdzie portfel… po co wyszłam z domu, jakim cudem zaniosłam cukier do łazienki, po co dzwonie do koleżanki, jaki dziś jest dzień, co miałam kupić – po wejściu do sklepu. Miliony takich sytuacji dziennie. Natężenie takich sytuacji potęgowało tylko mój stres i frustracje. Przestawałam panować nad emocjami… z kim o tym nie rozmawiałam, pukał się w czoło. Słyszałam tylko „nie przesadzaj” albo „ja też tak mam, to norma”. Więc przestałam o tym mówić, w końcu każdy zawsze ma większy problem. Zaczęłam szukać… I tak trafiłam do prywatnego gabinetu neurologicznego, gdzie wykryto u mnie tężyczkę… Wyjaśniły się kurcze mięśni, paraliże, drętwienia, złe samopoczucie, ciągłe zmęczenie a co za tym idzie problemy z koncentracja i pamięcią. Coś w końcu się ruszyło… Tyle że leczenie znowu mnie trzepnęło po kieszeni. A mimo to jestem spokojna. Czuję się jakbym realizowała całkiem dobry i mądry plan. Ryzykowny, a i owszem, ale jednak prowadzący do celu, który mnie usatysfakcjonuje :)

Teraz na spokojnie analizuje wszystko, starając się wyciągać wnioski ze stanowiska obserwatora… Wszystko się zmienia…

10400140_1309609182388771_6562273495353560848_nSukienki były moim kompletnym wrogiem, a tymczasem jeszcze nie tak dawno wyciągnęłam z szafy najbardziej kobiecą kieckę, którą założyłam na siebie, wsiadłam w pociąg i pojechałam na drugi koniec Polski do faceta, którego prawie nie znałam. Nie chciałam nawet go poznać, chciałam uciec… A im bardziej chciałam uciec, tym bardziej mnie coś tam ciągnęło. Nie cierpię wody, a będąc z Nim na Mazurach naszych pięknych, wlazłam ze skręconą kostką do jeziora… I na basen poszłam… I za kółko usiadłam w środku nocy i pojechałam w nieznane jeszcze żeby odebrać Go z dworca. I ból skręconej kostki znosiłam… I w ogóle ostatnio robię rzeczy, który były dla mnie nie do pomyślenia, trudne, graniczące z cudem. Ktoś powie miłość… Niestety, nie czuję motyli w brzuchu, nie jestem zakochana. Ostatnio nawet zadaje sobie pytanie czy jestem zdolna do miłości. Do współczucia, empatii tak. Ale do miłości… nie wiem.

A On… Tak, On kocha jak wariat, jak nie powinien, szalenie, mocno i bezgranicznie. Ne ważne, że krzyczę, awanturuję się, ubliżam, wylewam wiadra pomyj na głowę, oceniam, komentuję…. On jest… Czeka aż i przejdzie, smutny, przerażony, zagubiony, ale czeka. A jak skończę już krzyczeć i warczeć, to mówi że kocha… A ja wciąż nie wierzę, że taka miłość może istnieć… A ja szaleję… Dlaczego? Bo sprawia że od początku naszej znajomości nagle staję do walki ze swoimi wszystkimi demonami…. Jest ich dużo, za dużo. Są silne. Zawsze myślałam, ze muszę mieć kontrolę nad wszystkim co robię, co się dzieje w moim życiu. Teraz twierdzę, że to budziły się zawsze te demony w mojej głowie i za każdym razem, kiedy czuły, że tracą siłę, przejmowały nade mną kontrolę. I wtedy stawałam się agresywną, wredną suką, albo przerażoną, skuloną malutką istotą. Odkąd mam tego świadomość pierwszy raz w życiu czuję, że dopiero teraz przejmuję kontrolę nad własnym życiem. Oczywiście, nie na wszystko mam wpływ, ale na wiele rzeczy mam. Ode mnie zależy czy podejmę działanie, oszacuję ryzyko, świadomie wykonam jakiś krok czy zdam się na los, na innych. Ale nie chce być już zależna. Chcę zmian, kolejnych. To dopiero początek drogi.

Odkąd nie pracuję, wstaję jeszcze wcześniej niż pracowałam. Ale wiedząc, że czeka mnie dzień 14h warsztatów, wstaję pełna motywacji, nie zakopuję się pod kołdrą, idę bez bata nad głową i bez frustracji. Pomału zaczynam spać. Czasem parę godzin, ale jak nie mam następnego dnia rano zajęć, to pozwalam sobie na głęboki sen bez budzika, nawet 9h. Regeneruję się. Chaos w głowie znika. Myśli dalej biegają po głowie, ale już bez ucisku, przytłoczenia. Gdyby ktoś mi powiedział jakiś czas temu, że w tak krótkim czasie tyle rzeczy w moim życiu się zmieni, nie uwierzyłabym. Dziś jestem z tego powodu szczęśliwa pomimo przeciwności losu.

 

Komfortowo

Zastanawiacie się czasem czego chcecie w życiu, czego szukacie, co Wam przyniesie radość i szczęście??? I nie pytam o to, jak powinniście czuć, co zrobić, ne pytam o zadowolenie przyjaciół, rodziny, środowiska, otoczenia, tylko o to co siedzi w środku, o to wewnętrzne ja.

Na ile potraficie podążać w życiu swoją własną ścieżką? Nie ważne czy dobrą, czy złą ale własną.

Ostatnio kilkukrotnie w moim życiu pojawiło się jedno hasło, jedno zdanie, a mianowicie: „Życie trzeba przeżyć tak, żeby było wstyd opowiadać ale przyjemnie wspominać”. Pokochałam to motto. Dzięki niemu inaczej patrzę na swoje życie. Może przypisuję tu dużą wagę do tego zdania, ale odkąd je przeczytałam, wiele rzeczy nabrało sensu i barw. W takim momencie pojawia się na mojej twarzy ironiczny uśmieszek… bo mam kilka takich chwil i dobrze mi z tym.

Po co tak na prawdę żyjemy? Dla kogo? Czemu tak często zapominamy, że jesteśmy wolnymi ludźmi, mamy prawo mieć własne zdanie, poglądy, uczucia, marzenia i zachcianki. Podporządkowywanie się innym to jak zamykanie się w klatce na własne życzenie.

natureJa miałam ogromną klatkę z grubymi prętami. Na własne życzenie. Nadal ją mam, ale już mniejszą, słabszą :) Radują mnie bardzo takie chwile, kiedy słowo „życie” na prawdę nabiera znaczenia. Każdy kolejny dzień jest inny, każdego dnia to ja decyduję w ogromnym stopniu jaki będzie i jak się skończy.

Jakiś czas temu padł mi akumulator w samochodzie. Ku mojej rozpaczy zorientowałam się w momencie, gdy wbiegłam na parking i chciałam na złamanie karku pędzić po znajomą i jak zwykle byłam już w lekkim niedoczasie. Wkładam kluczyk do stacyjki a tu.. cisza… Ani kaszlnięcia, warknięcia… nic. Zdechł. No to w te pędy do komunikacji miejskiej. Byłam dwie minuty przed czasem na miejscu na drugim końcu miasta, co nie zmienia faktu, że problem samochodu pozostał problemem.

W międzyczasie poznałam na internecie Pana Żyrafę. Skromnie wyjaśnię, że mówimy o wzroście ponad 2 metrów :D Pisaliśmy i pisaliśmy.  Ja ironiczna i złośliwa, czasem zatroskana. On- nieugięty, tajemniczy i zaskakujący. Twardy orzech do zgryzienia. Nie dawał za wygraną. Dawno już nikt mnie tak nie zaintrygował. Oczytany, błyskotliwy, szczery momentami aż do bólu i… samotny, co dało się wyczuć między wierszami. Co było dodatkowym czynnikiem? A no właśnie owe motto o którym wspominałam… Znalazłam je również u Niego w opisie…No to pomyślałam sobie, że w znaki trzeba wierzyć, intuicji słuchać i w końcu się spotkać. A spotkanie zaczęło się klarować od tematu mojego akumulatora. Pan Żyrafa obiecał podjechać do mnie na parking i podrzucić prostownik a potem porwać mnie do kina.

Niestety… Pan Żyrafa dnia następnego skasował samochód… :( Hmm… I postanowił, ze spotkamy się w kinie i On z tym prostownikiem w plecaku do kina…

Moja wyobraźnia nie potrafiła tego ogarnąć… No bo jak… No ale obiecałam i do kina pójdę! A co tam że środek tygodnia późnym wieczorem na drugim końcu miasta. Prostownik się przyda :D Samochód się przyda :D

Byłam kilka minut przed czasem, weszłam po schodkach i usiadłam na kanapie. Po przekątnej siedział jeden gość, podobnego wzrostu, zarośnięty, z wąsem,  sporo starszy i powodował u mnie potrzebę natychmiastowej ucieczki. Miał ze sobą plecak… Nagle naprzeciwko mnie padł na kanapę inny gość. Z mocną nadwagą, tłustą blond czupryną, w pogniecionych ciuchach, szalonym spojrzeniem i … plecakiem…

Obaj panowie co chwila wpatrywali się we mnie i stukali coś na smartphonach… O mamusiu, tego było za wiele, niech tylko Pan Żyrafa teraz do mnie nie zadzwoni, bo nie odbiorę, a jeśli to jeden z tych dwóch. i w tym momencie zadzwonił Pan Żyrafa… Wyciszyłam telefon, poderwałam się i po schodkach na dół w długą… Serce mi waliło jak oszalałe. A intuicja kazała się zatrzymać. Zatrzymałam się… pomyślałam, że tak nie można, oddzwonię. Wybrałam numer Pana Żyrafa i stanęłam przed schodkami. Podniosłam głowę i ujrzałam Go… zbiegał ze schodów w moją stronę uśmiechnięty. Jakaż wielka była moja radość!!!!!! Tak, to nie był żaden z tych dwóch typów…

I na szczęście nie miał plecaka :D Co oznaczało, że mój samochodzik jeszcze trochę pośpi tej zimy :P

I muszę się przyznać, że spędziłam bardzo miły wieczór. Film był super- bardzo stary film, do którego zespół podkładał na scenie muzykę i dubbing. Mistrzostwo świata zrobione z jajem :D Tak więc był humor i dużo śmiechu. I było coś jeszcze. Niby nic takiego, spędziliśmy razem chwilę przed filmem rozmawiając, a potem wspólnie w kinie oglądając film. A ja poczułam się jakbym siedziała w domu, otulona kocem, z lampką dobrego wina w ręku, oglądając film z interesującą osobą u boku. Zrobiło mi się ciepło, w środku poczułam niesamowity spokój i harmonię. Bardzo mi ostatnio brakowało tego uczucia. Czułam się KOMFORTOWO :) Mogłam mówić, milczeć, śmiać się… każdy scenariusz był dobry.

Warto było po raz kolejny podjąć ryzyko, warto było posłuchać intuicji, warto poznawać nowych ludzi, bo uczucie które się potem pojawia, wynagradza wszystko. Uczucie, że żyjesz :D