emocje

Poszukiwania

4 grudnia 2016

Każde poszukiwania w końcu kiedyś przyniosą oczekiwany efekt :) Ważne jest aby wiedzieć, czego się szuka. A ja ostatnio szukam bardzo dużo. Uparłam się, że odstawię wszystkie leki. I jestem już coraz bliżej. Z kręgosłupem bywa różnie, ale mogę już normalnie chodzić. Nastawianie pomaga, ale na krótko, wszystko ponownie wypada po bardzo krótkim czasie i zabawa zaczyna się od początku. Kiedy zaczynam ćwiczyć, aby zbudować mięśnie wokół kręgosłupa, wszystko wypada od razu. Ostatnio zastanawiałam się, co jeszcze mogło by pomóc… Pociąć sie nie dam, leków nie chcę brać. Więc co…? I kiedy zadawałam sobie to pytanie, dostałam maila. Z zaproszeniem na spotkanie dotyczące nowej innowacyjnej metody walki z bólem, wykorzystujące nową technikę amerykańską połączoną ze starą chińską medycyną… Dwa razy nie trzeba mi było powtarzać… Sprawdzić nie zaszkodzi. I tak chyba zaczęła się moja kolejna droga odkrywająca nowe szanse. Obecnie nie zapeszam. Jestem po jednym małym eksperymencie przeprowadzonym na własnym ciele i mimo sceptycyzmu musze przyznać, że efekt jest. Jeśli tak, to warto zdobyć szerszą wiedzę w tym temacie. Do końca roku sprawa powinna się troszkę rozjaśnić :)

Szukałam też odpowiedzi na pytanie czego tak na prawdę chcę w życiu. Ostatnio żyje głównie pracą i nerwami. Stres nie pozwala mi spać, ciągle chodze wykończona i nie słyszę rano żadnego budzika. Jestem już zmęczona faktem że jako jedyna w firmie ciągnę projekt bo pozostałe osoby dedykowane do tego zadania nie są w stanie wykonać najprostszych analiz nie mówiąc o obliczeniach. Kiedy zgodziłam się na tą ofertę, kompletnie nie wierzyłam we własne siły. Bariera językowa, bariera dot. wiedzy merytorycznej, ponownie korpo…. A teraz się okazuje że wszystko jest na mojej głowie i gdybym teraz rzuciła to wszystko w diabły to cały projekt by upadł. Z jednej strony wewnętrzna duma z drugiej strony ogromne zmęczenie i frustracja.  Koszmar… Od wielu lat pomimo ciąglych szkoleń i dbania o własny rozwój wciąż zadawałam sobie pytanie, jaka praca dałaby mi satysfakcję, radość i dodatkowo pozwoliła zarobić dobre pieniądze. I wychodzi na to, że moja kochana połówka pomogła mi znaleźć odpowiedź na to pytanie. Ale zanim zacznę coś działać w tym kierunku, muszę uporządkować inne sprawy finansowe i prywatne.

I tu kolejna kwestia w tematyce podejmowania decyzji i szukania odpowiedzi na pytanie czego chcę w życiu. A więc decyzja zapadła… przeprowadzam się. Od jakiegoś czasu wspólnie z Miśkiem szukaliśmy mieszkania na wynajem. W kwestii poprzedniego mieszkania właściciel zdecydował się nie przedłużać umowy na kolejny rok z przyczyn rodzinnych. Wiec trzeba było coś znaleźć. A ceny mieszkań znowu poleciały w górę. Sam nie dał rady by dalej wynajmować, więc nie było się nad czym zastanawiać, powiedziałam, to wynajmijmy razem…. Skoro powiedziałam A, to musiałam powiedzieć i B. I takim oso sposobem podpisaliśmy wspólnie umowę najmu.

Nie mam pojęcia jak to będzie. I finansowo dla mnie będzie to nie lada wyzwanie no i kwestia jak to będzie jednak mieszkać ze sobą na stałe. Czy jednak damy radę. Mnóstwo pytań i wątpliwości. Mam nadzieję, że niczego nie spierdolę, bo w drugą stronę się nie martwię. Ze strony Miśka mam pełne wsparcie i zaufanie w każdym temacie. Nawet większe niż bym chciała…. Wspiera mnie we wszystkim co robię, dba o każdy szczegół, żeby mi to wszystko ułatwić. Mimo że wiem, że On też się boi.

Ostatni rok nie dość że minął bardzo szybko to przyniósł ze sobą niesamowicie dużo zmian, emocji, wrażeń i decyzji. Pomimo wielu złych i ciężkich chwil nie chciałabym cofnąć czasu. W końcu czuję, że coś się we mnie zaczęło zmieniać we właściwym kierunku. Ale rok jeszcze się nie skończył i jeszcze wiele w najbliższym czasie przede mną. Oby w tą dobrą stronę:)

 

Regeneracja

Kilkakrotnie próbowałam napisać co tam u mnie słychać, jak tam moje stare kości się mają, ale cisnęły mi się na usta tak niecenzuralne słowa przeplatane na zmianę z kompletnym brakiem sił, że odpuściłam.

Dziś postanowiłam znaleźć chwilę wolnego czasu tylko dla siebie :) A że mam całkiem dobry dzień, co rzadko się zdarza, to spięłam poślady i skrobię posta :D

Gdybym nie przeżyła tego wszystkiego na własnej skórze to bym nie uwierzyła… Ale po kolei ;) Pierwsza wizyta u kobitki nastawiającej kości i nie tylko. Wspaniała, ciepła osoba, która wiele lat temu od Ukrainki nauczyła się składać ludzi do kupy. Mówiąc krótko szok i cud.

Ostatnie rentgeny kości i kręgosłupa mam sprzed około 13 lat. Wbite 3 kręgi w kręgosłupie lędźwiowym, zwyrodnienia stawów i garb na plecach- jakże cudowne pamiątki po sporcie :) A kobitka położyła mnie na macie, pomacała, pomacała i mówi, że garb na 3 cm, że łopatki krzywe, miednica przekrzywiona po kręgosłup sobie pętelki wywija przez co jak leże jedna noga wydaje sie dłuższa o 4 centymetry. Wszystko sztywne. Stawy wszystkie powybijane, cały odcinek szyny, piersiowy i lędźwiowy, do tego wszystkie palce u stóp i nóg, nadgarstki również. A kolana to już kompletna tragedia. Kobiecina złapała się za głowę i zapytała jak ja w ogóle funkcjonuję. Więc mówię jej, ze już teraz prawie wcale. Schody stały się przeszkodą nie do pokonania, stać nie mogę, jak siedzę to wszystko napierdziela.

Po kilku minutach wstępu było słychać tylko szczęk kości, tak jakby były łamane…

Po pierwszej wizycie miałam ustawiony odcinek szyjny i piersiowy, wstawione wszystkie paluchy na miejsce no i najgorsza sprawa… kolana…

Takiego bólu nigdy w życiu nie czułam. Darłam się jak zarzynane prosię… prawie aż do utraty przytomności. Zaciskałam zęby, łzy leciały jak grochy, a ja walczyłam, żeby mnie nie odcięło z bólu…

Chwilę później podniosłam się z ziemi i stanęłam przed lustrem. Garb zniknął :) Plecy mniej bolały. Mogłam spokojnie głowę odgiąć do tyłu :D Mogłam zgiąć nogi w kolanach :D To był moment w którym zdałam sobie sprawę, że odmawiając operacji wiele lat temu zrobiłam najlepszą rzecz na świecie. W końcu można zrobić kawał dobrej roboty bez skalpela. Tylko nie każdy zdecydowałby się na coś takiego dobrowolnie i to jeszcze bez znieczulenia.

Na kolejnej wizycie ponownie miałam ustawiony odcinek szyjny i piersiowy, po sporo ponownie wypadło, do tego cały lędźwiowy i dalej kolana. Tym razem było troszkę lepiej, mniejszy ból nie licząc kolan, bo w tym przypadku historia się powtórzyła. Ale na drugi raz znieczuliłam się już dwoma lampkami wina – odrobinkę lepiej było:) Dodatkowo w przypadku odcinka szyjnego zostałam tak ładnie poustawiana, że …. jest szansa że znikną moje migreny :D

Nie mam pojęcia jak ta kobieta odczytała wszystkie moje dolegliwości i miejsca bólu jak z mapy… coś niesamowitego…

Była też trzecia wizyta ;) Ponieważ czułam się średnio tego dnia, nie za bardzo chciałam sięgać po alkohol. Ale wszystkie mięśnie znowu były zbite i sztywne. Zastanawiałam się co tu zrobić, żeby jakoś sobie pomóc. I znalazłam odpowiedź – sex najlepszy jest na wszystko :) Mój mężczyzna wniebowzięty, a ja rozluźniona :D I to był strzał w 10 bo tym razem wszystko poszło gładko. Przy jednym mocniejszym ruchu na całej długości kręgosłupa wszystko pięknie powchodziło. Normalnie jak w masło :) Brak napięć przyspieszył sprawę i spowodował, że nie czułam bólu.  Dzięki temu działy się kolejne cuda…

I tu uwaga… jest szansa że w końcu znikną moje jakże bolesne miesiączki… Tyle lat męki tabletek. Wystarczyło trochę poustawiać organy wewnętrzne i nagle w wielu miejscach zniknął ból :) To na prawdę są cuda. Na razie jestem w fazie obserwowania swojego organizmu. Ponieważ najgorszy ból znika, jestem w stanie normalnie się poruszać, więc przyszedł czas na ćwiczenia i wzmacnianie kręgosłupa. Moge już zaczac wzmacniać sobie mięśnie bez zagryzania zębów :D Jest szansa że odzyskam normalnie życie i może w końcu uda mi się przeżyć cały jeden tydzień bez bólu :)

Jestem pełna nadziei :D A na mojej liście są juz kolejne zdrowotne cele które po mału zaczynam realizować.

Może dzięki temu ta cholerna deprecha pójdzie precz…

 

Zagubiona

19 maja 2016

Przez ostatnie kilka lat jak idiotka poświęcałam się dla ludzi których kochałam, którzy byli dla mnie ważni. Rzucałam wszystko, dosłownie wszystko, nawet jeśli przez to sama potem miałam problemy i biegłam, żeby pomóc. Często sama potrzebując rozmowy zagryzałam zęby, bo moja przyjaciółka, przyjaciel potrzebował pogadać… Bolało mnie to bo tłamsiłam w sobie swoje bóle… Przyzwyczaiłam się, że ludzie mnie nie słuchają. A przynajmniej tak myślałam, że się przyzwyczaiłam.

Coś we mnie ciągle narastało. Coraz bardziej i bardziej. Nie potrafiłam odmówić pomocy ale kiedy sama jej potrzebowałam… no cóż, kiedy zaczęłam prosić, ignorancja dobijała mnie coraz bardziej. Czuję w środku cholerny ból. Nie rozumiem tego.

Kiedy uu mnie już na prawdę było źle i wgniatała mnie wręcz w ścianę każda płaszczyzna mojego życia, czułam, że muszę w końcu coś zrobić dla siebie, bo inaczej to będzie mój własny koniec. I zaczęłam odmawiać… wpadłam w wir szaleństwa żeby w końcu coś uratować w swoim życiu, odejść z firmy której zaczęłam nienawidzić, która zaczęła mnie niszczyć. Więc zaczęłam się przekwalifikowywać. Nowe kursy, nawet po kilkanaście godzin dziennie. I… kompletny brak zrozumienia z jakiejkolwiek strony.

Nie spodziewałam się tego… Kompletnego odrzucenia, braku zozumienia, braku wsparcia i chociaż jednego pieprzonego słowa podtrzymującego na duchu. Dziś na prawdę zastanawiam się w jakim świecie żyję i czy jest tak na prawdę chociaż jedna rzecz w życiu o jaką warto walczyć.

Szczerze? Szczerze wątpię…

Siła podświadomości.

Czasami przychodzą takie dni, kiedy czuję, że spadam… z niebotyczną prędkością. Czuję dyskomfort ale nie widzę nigdzie dna, końca spadania. Wstaję rano, i mam ochotę zakopać się pod kołdrę, ale przewinąć fil do przodu, do momentu, kiedy poczuję się stabilnie.

Obecny rok zaczął się dla mnie ciężko. Dużo trudnych decyzji, frustracji, ogólnie jedna wielka dołówka w otoczeniu. Pomimo ogromnego zmęczenia głównie psychicznego, uparcie postanowiłam iść dalej. Kasy na życie coraz mniej, pracy brak… A nawet nie zaczęłam jej szukać. Bo na poprzednie stanowisko ani myślę wracać. Zaczęłam szukać kursów, które pozwolą mi się przekwalifikować. I jakimś cudem z cen 3500 zeszłam do 500 pln. W czym haczyk? Szkolenia są on-line więc większość materiału przerabiam sama. Ale egzamin końcowy muszę zdać. Więc walczę… prawie codziennie. Czasami zdarza się taki dzień, kiedy mój własny dół mnie przerasta i odpuszczam. Pozwalam sobie na bezczynność, gonitwę myśli, trwanie, przeczekanie.

Ale nie tylko na warsztaty rozwoju kariery ostatnio mnie naszło. Postanowiłam zadbać w końcu o przeszłość, a dokładniej o trzaśnięcie niektórymi drzwiami. Zaczął się dopiero luty a pierwszy raz od dawien dawna nie robiłam żadnych postanowień noworocznych tylko podjęłam działania na podstawie tego co mi w głowie grało. Staram się żyć chwilą, mieć oczy szeroko otwarte. Ponownie nieco zmieniło się moje otoczenie. Jedni ludzie odchodzą inni się pojawiają więc obserwuje uważnie. Znajoma przysłała mi maila o warsztatach jogi mózgu. Psychotronika… hmmm, pomyślałam czemu nie. Kurs normalnie dwudniowy tym razem zamieniony w 5h warsztat.  Poszłam.

Pierwsze zdziwienie- nie miałam problemu z medytacją, potrafiłam szybko wejść w stan alfa i się zrelaksować. Gonitwa myśli, która nawet nie pozwalała mi o medytacji pomyśleć, zniknęła nagle. A na pewno straciła bardzo na sile. Ciekawe warsztaty bardzo. Chwilę później kolejne 2-dniowe warsztaty z kochania siebie. Hmmm… pomyślałam drogo, a kasy brak, pracy na razie też… ale czułam że muszę iść. Było cholernie ciężko, dużo łez, dużo skrajnych emocji, walka z usuwaniem brudów w głowie, przełamywanie własnych barier. Ciągle się dziwię skąd ja ich tyle mam, kiedy postawiłam tyle murów. Kolejna praca z przeszłością, dzieciństwem, rodzicami, brakiem poczucia własnej wartości, asertywności… Mój organizm tak się buntował, że rano dostałam gorączki. Normalnie w jedną chwilę dopadło mnie osłabienie i przeziębienie. A mimo to wstałam w sobotę o 6 rano, przygotowałam się, zjadłam śniadanie i usiadłam za kółkiem co jeszcze jakiś czas temu było nie do pomyślenia. Nigdy nie dawałam sobie przyzwolenia na prowadzenia auta w takim stanie.

Poznałam wiele wspaniałych kobiet. Płakałam, krzyczałam i robiłam i mówiłam tyle niesamowitych rzeczy, o które nigdy bym się nie posądziła. Po 2 dniach byłam skrajnie wykończona, ale w środku pełna energii. Obserwuję siebie od tamtego czasu i widzę, że jestem silniejsza. Z ciekawością obserwuję dalej co się będzie działo.

Dodatkowo, dzięki trafieniu na dość ciekawą ankietę w internecie również dzięki innej osobie (wszystko po coś się dzieję) w końcu zrobiłam badania, które coś wykazały. Przerażały mnie już moje coraz poważniejsze problemy z koncentracją, roztargnieniem, ciągłym zapominaniem dosłownie o wszystkim, gdzie położyłam telefon, a gdzie klucze, a gdzie portfel… po co wyszłam z domu, jakim cudem zaniosłam cukier do łazienki, po co dzwonie do koleżanki, jaki dziś jest dzień, co miałam kupić – po wejściu do sklepu. Miliony takich sytuacji dziennie. Natężenie takich sytuacji potęgowało tylko mój stres i frustracje. Przestawałam panować nad emocjami… z kim o tym nie rozmawiałam, pukał się w czoło. Słyszałam tylko „nie przesadzaj” albo „ja też tak mam, to norma”. Więc przestałam o tym mówić, w końcu każdy zawsze ma większy problem. Zaczęłam szukać… I tak trafiłam do prywatnego gabinetu neurologicznego, gdzie wykryto u mnie tężyczkę… Wyjaśniły się kurcze mięśni, paraliże, drętwienia, złe samopoczucie, ciągłe zmęczenie a co za tym idzie problemy z koncentracja i pamięcią. Coś w końcu się ruszyło… Tyle że leczenie znowu mnie trzepnęło po kieszeni. A mimo to jestem spokojna. Czuję się jakbym realizowała całkiem dobry i mądry plan. Ryzykowny, a i owszem, ale jednak prowadzący do celu, który mnie usatysfakcjonuje :)

Teraz na spokojnie analizuje wszystko, starając się wyciągać wnioski ze stanowiska obserwatora… Wszystko się zmienia…

10400140_1309609182388771_6562273495353560848_nSukienki były moim kompletnym wrogiem, a tymczasem jeszcze nie tak dawno wyciągnęłam z szafy najbardziej kobiecą kieckę, którą założyłam na siebie, wsiadłam w pociąg i pojechałam na drugi koniec Polski do faceta, którego prawie nie znałam. Nie chciałam nawet go poznać, chciałam uciec… A im bardziej chciałam uciec, tym bardziej mnie coś tam ciągnęło. Nie cierpię wody, a będąc z Nim na Mazurach naszych pięknych, wlazłam ze skręconą kostką do jeziora… I na basen poszłam… I za kółko usiadłam w środku nocy i pojechałam w nieznane jeszcze żeby odebrać Go z dworca. I ból skręconej kostki znosiłam… I w ogóle ostatnio robię rzeczy, który były dla mnie nie do pomyślenia, trudne, graniczące z cudem. Ktoś powie miłość… Niestety, nie czuję motyli w brzuchu, nie jestem zakochana. Ostatnio nawet zadaje sobie pytanie czy jestem zdolna do miłości. Do współczucia, empatii tak. Ale do miłości… nie wiem.

A On… Tak, On kocha jak wariat, jak nie powinien, szalenie, mocno i bezgranicznie. Ne ważne, że krzyczę, awanturuję się, ubliżam, wylewam wiadra pomyj na głowę, oceniam, komentuję…. On jest… Czeka aż i przejdzie, smutny, przerażony, zagubiony, ale czeka. A jak skończę już krzyczeć i warczeć, to mówi że kocha… A ja wciąż nie wierzę, że taka miłość może istnieć… A ja szaleję… Dlaczego? Bo sprawia że od początku naszej znajomości nagle staję do walki ze swoimi wszystkimi demonami…. Jest ich dużo, za dużo. Są silne. Zawsze myślałam, ze muszę mieć kontrolę nad wszystkim co robię, co się dzieje w moim życiu. Teraz twierdzę, że to budziły się zawsze te demony w mojej głowie i za każdym razem, kiedy czuły, że tracą siłę, przejmowały nade mną kontrolę. I wtedy stawałam się agresywną, wredną suką, albo przerażoną, skuloną malutką istotą. Odkąd mam tego świadomość pierwszy raz w życiu czuję, że dopiero teraz przejmuję kontrolę nad własnym życiem. Oczywiście, nie na wszystko mam wpływ, ale na wiele rzeczy mam. Ode mnie zależy czy podejmę działanie, oszacuję ryzyko, świadomie wykonam jakiś krok czy zdam się na los, na innych. Ale nie chce być już zależna. Chcę zmian, kolejnych. To dopiero początek drogi.

Odkąd nie pracuję, wstaję jeszcze wcześniej niż pracowałam. Ale wiedząc, że czeka mnie dzień 14h warsztatów, wstaję pełna motywacji, nie zakopuję się pod kołdrą, idę bez bata nad głową i bez frustracji. Pomału zaczynam spać. Czasem parę godzin, ale jak nie mam następnego dnia rano zajęć, to pozwalam sobie na głęboki sen bez budzika, nawet 9h. Regeneruję się. Chaos w głowie znika. Myśli dalej biegają po głowie, ale już bez ucisku, przytłoczenia. Gdyby ktoś mi powiedział jakiś czas temu, że w tak krótkim czasie tyle rzeczy w moim życiu się zmieni, nie uwierzyłabym. Dziś jestem z tego powodu szczęśliwa pomimo przeciwności losu.

 

Krzyk…

Jak już wspominałam, w zeszłym roku straciłam obie babcie. Z odejściem jednej z nich nadal nie mogę się pogodzić. I nie wiem czy kiedykolwiek daruje sobie ostatnie lata, kiedy mnie przy niej nie było. Kiedy złapała mnie w swoje urodziny za rękę i oczami błagała żebym nie wychodziła… A ja mimo tych wszystkich przeczuć i pękającego serca wyszłam z mamą… Dlaczego? Nie potrafię nadal odpowiedzieć sobie na to pytanie ani wybaczyć…

Potem po długiej walce z rakiem zmarł tata mojej przyjaciółki… I to jeszcze w okresie świątecznym działy się najgorsze rzeczy. Z mała grupką znajomych pojechaliśmy na pogrzeb w Święta. To chyba najgorszy okres dla rodziny…. Kilka dni później telefon od kumpla, że przeprasza że go nie będzie na spotkaniu bo… właśnie zmarł mu dziadek…

W moim życiu była jeszcze jedna ważna osoba. Poznałyśmy się w szpitalu onkologicznym. Obie czekałyśmy na operację. Gadałyśmy całe noce. Dużo mnie nauczyła z rękodzieła. Dużo mi tłumaczyła. Była dla nie jak taka prawdziwa babcia…  Ale ostatnio nasze kontakty stały się sporadyczne. Dzwoniła do mnie we wrześniu kiedy próbowałam ogarnąć się jakoś z decyzją odejścia z pracy, czekałam już tylko na koniec okresu wypowiedzenia. Zadzwoniła wtedy do mnie. To był dziwny telefon. Mówiła, że martwi się o mnie, po czym powiedziała że nie chce przeszkadzać i się rozłączyła. Ta rozmowa brzmiała trochę jak pożegnanie, ale tego wtedy nie zauważyłam. Od listopada próbowałam się dodzwonić do niej, do córki… telefon był głuchy…. I znowu to cholerne uczucie w środku jakie miałam z babcią… Ale uparcie je wypierałam. Dalej próbowałam się dodzwonić, chciałam wysłać paczkę na święta… nawet pojechać. Ciągle tyle się działo, tyle złego, smutnego… Dziś nie wytrzymałam, zaczęłam szukać po nekrologach. I znalazłam… msze w intencji sprzed 7 dni… I znowu jestem na siebie wściekła…. Tego też sobie nie wybaczę…  Kolejna osoba którą kochałam ale przez własne głupie sprawy nie miałam czasu… nie pożegnałam się…. Nie dodzwoniłam… nie pojechałam… Rak zbiera potworne żniwo. Jakże jest niesprawiedliwy. Zabiera dobrych ludzi. Gdzie tu do cholery jest sprawiedliwość????? Czemu tyle męd chodzi po świecie i nic się im nie dzieje!!!! Co się do cholery porobiło z tym światem….

Od kilku miesięcy pęka mi serce. Tyle złych rzeczy miało miejsce. Nie tylko w moim życiu, ale w życiu znajomych również. Kilka osób wylądowało w szpitalu, tylu osób straciło kogoś bliskiego, wiele straciło prace, przeszło załamanie nerwowe. Nie pamiętam w swoim życiu takiego roku jak 2015… i niestety 2016 od samego początku nie wygląda lepiej… Czasem mam ochotę wyjść na ulice i zacząć krzyczeć… Nie potrafię się z tym pogodzić i nigdy więcej nie chcę się czuć tak jak ostatnio…. Sfrustrowana, zagubiona, zła, przerażona, pełna bólu…. Niech to się skończy… Niech w końcu szala się odwróci a ludzie zaczną odnajdywać równowagę…. Tak nie można żyć… Cierpieć samemu i jednocześnie nie móc ulżyć najbliższym w cierpieniu….

Rok 2015_ magia i szaleństwo

W tym roku tak wiele rzeczy niesamowicie trudnych wydarzyło się w moim życiu, że nawet ciężko było znaleźć czas na pisanie, a szkoda, bo te wszystkie emocje towarzyszące poszczególnym wydarzeniom… bezcenne były.
Dlaczego dziś postanowiłam napisać? Bo chcę się podzielić w końcu moimi odczuciami i myślami.

Rok 2015… magiczny…

Rozpoczął się od zmiany otoczenia, wizerunku, imprezowania, klubów, flirtów i poznania ludzi którzy dziś są moimi przyjaciółmi. Są nieobliczalni i niesamowici i kocham ich właśnie za to jacy są :D Kilka szalonych wyjazdów ale i wspaniała codzienność, poranne „siema czarownico, co słuchać, miłego dnia :P”.  Zawsze pamiętają, zawsze są.

W międzyczasie również straciłam moją ukochaną babcię. Jeszcze w maju byłam na jej urodzinach. Serce mi się ściskało okropnie jak patrzyłam na tą buzię o szarej cerze, smutne oczy, brak energii i chęci życia. Spojrzenie wołające o pomoc. Rozpacz mnie ogarniała. Od dawna nie dawałam rady jej odwiedzać…. Było to silniejsze ode mnie. Imprezowe życie, alkohol, ciągły pęd pozwalały mi o tym nie myśleć. Żegnając się z babcia w dniu jej urodzin, złapała mnie mocno za rękę… nie chciała mnie puścić… to spojrzenie… błagające… było straszne. Ułamki sekund a serce mi się rozdzierało. Przytuliłam ją mocno po czym wyszłam z mamą, zostawiając ją z jej byłą synową. Kilka dni później w pracy dzwonił mój telefon. Nieznany numer. Bałam sie odebrać…. nie byłam w stanie, sparaliżowało mnie. Potem odezwała sie mama, ze babcia jest w szpitalu i zabrało ją pogotowie. Pędziłam po pracy do domu, żeby pojechać z mama do szpitala. Wysiadałam juz u siebie z windy i zadzwonił telefon. Odebrałam szybko. Dzwonili ze szpitala… babcia zmarła… osunęłam się po ścianie na klatce i łzy leciały mi jak grochy. Nie pamiętam co mówił do mnie lekarz, mimo ze bardzo starałam sie wtedy słuchać. Długo mówił… Kiedy się rozłączył jakoś udało mi się trafić kluczem do zamka i wejść do domu. Podeszłam do mamy i nie wytrzymałam. Wpadłam w rozpacz i nie mogłam przestać łkać… Powiedziałam jej co się stało. Mama tego dnia była twardsza ode mnie. A to przecież chodziło o jej mame…. Nie wiem ile czasu mnie uspokajała. Zanosiłam się płaczem. Następnego dnia to mama się załamała, ja starałam sie jak najwięcej załatwić. Tak, nadal mam wyrzuty sumienia że mnie przy babci nie było. Ze w pewnym momencie się odsunęłam. To jak wtedy chciała mnie zatrzymać… Boli strasznie.  I nie wiem czy kiedykolwiek do końca będę potrafiła sobie  tym poradzić…

W międzyczasie pojawił się On. Wariat który oszalał na moim punkcie tylko dzięki rozmowom na internecie. Poznaliśmy się na grupie mając wspólnych znajomych. Oszalał, zakochał się i przyjechał do mnie ponad 500 km. I mimo ze ja nie chciałam żadnego związku, odpychałam go, raniłam i sama przeżywałam katusze, On wciąż był i twierdził że kocha. Co jakis czas wsiadał w pociąg i przyjeżdżał na kilka dni, bo chciał mnie zobaczyć… Efekt końcowy…? Jakis czas temu spakował się w torbę podróżną, wsiadł w pociąg i przeprowadził się o te 500 km do Warszawy, żeby byc tu przy mnie…. Z jedną torbą… Powiedział że wszystko czego potrzebuje ma tu… czyli mnie….Wynajął mieszkanie, znalazł pracę i został…. Nawet teraz kiedy to pisze, nie wierzę w to wszystko… Może jednak mam szansę na szczęście i miłość w życiu, tylko muszę sobie na to pozwolić…

We wrześniu rzuciłam prace :) Tak po prostu nie podpisałam aneksu. Miałam dość. Od dawna spóźniałam sie codziennie i to coraz bardziej. Udawałam ze pracuje i miałam coraz większą depresję. Korporacje jednak potrafią wykończyć ludzi. Tym bardziej, że mój zespół wyglądał podobnie jak ja, zmęczenie, depresja, zero motywacji do pracy, zagrywki psychologiczne i mobbing…W momencie podjęcia tej decyzji poczułam jak tony ciężaru spadają z moich barków. Oj bałam się jak cholera. No bo co dalej? Jak będę żyć…. Najciekawsze jest to że odkąd nie mam pracy, nie mam na nic czasu. Ucze sie nowych rzeczy do zmiany kwalifikacji i poświęcam czas najbliższym. W tym roku gdzie się nie obejrzę, u każdego dzieją się straszne rzeczy…. Serce ściska. Ale ten rok uświadomił mi, jak ważni są dla mnie ludzie. Ilu mam wokół siebie życzliwych duszków, którzy byli kiedy sie załamałam. Kiedy to wszystko mnie przerosło i chciałam się poddać, przestałam wychodzić z domu i odzywać się do ludzi, kiedy chciałam uciec…. nie pozwolili mi na to. I za to jestem im ogromnie wdzięczna.

A dziś… dziś gratulowałam znajomej na portalu społecznościowym narodzin synka. Nagle zauważyłam, że jedna z osób które również złożyły gratulacje, jest żona mojego byłego, tego z wieloletniego związku. I tu się zdziwiłam. Bo zabolało. A minęlo już tyle lat… Nie wytrzymałam, zajrzałam na jej profil, zobaczyłam ich zdjęcia i ukłuło jeszcze bardziej…. No co za ciort. Powiedziałam sobie, nie! To jest przeszłość. Ja też mam już swoje życie. Dużo osiągnęłam i może nieporadnie ale walczę dalej. Nie minęła godzina i dostałam sms… właśnie od byłego…. nie miałam z nim kontaktu od pół roku i byłam pewna, że już go nie będę miała. Nie chciałam nawet się odzywać. Tym czasem wpadła mi wiadomość z pytaniem co u mnie, jak się czuje, jak zdrowie…..? Poczułam sie z tym dziwnie, nie komfortowo… wręcz źle. I nie do końca wiem co z tym zrobić.

No nie chce się i już!

Minął styczeń… pełen energii ,szaleństwa, spontaniczności i emocji. Po nim przyszedł luty, fajny taki, zdroworozsądkowy i porządkujący po styczniowym szaleństwie. I skończył się… sentymentalnie.

Nie będę ukrywała, że ostatnie dwa lata były i nadal są dla mnie bardzo stresujące. Fuzja w firmie, długotrwała restrukturyzacja, ciągłe zmiany, pożegnania i brak wiary w lepsze jutro, coraz więcej pracy która przynosi coraz mniej satysfakcji i wykańczająca atmosfera w zespole, który w każdej chwili może zostać rozwiązany. Myślałam, że po tak długim czasie jestem już ponad tym, stres jest ale mniejszy, że już coraz mniej jestem podatna na plotki, panikę, agresywne zachowania i wybuchy niekontrolowanej paniki. Tymczasem przeszłam chyba na inny level nie etap.

Na zakończenie lutego w zeszły weekend firma jak co roku zorganizowała konferencje firmową dla wszystkich pracowników z całej Polski. Postawiłam sobie za punkt honoru aby pójść, bo to ostatnia szansa aby spotkać się z wieloma osobami, z którymi jednak kawał czasu w tej firmie przepracowałam. Mam już dość niekończących się pożegnań, nie jestem w stanie wydajnie pracować. Budzik dzwoni co rano o 6 a ja go nawet nie słyszę. Budzę się godzinę później i beznamiętnie po krótkiej analizie sytuacji przekręcam się na drugi bok. o bo po co wstawać. Efekt? Dochodzi 8 rano a ja dalej leże w łóżku, kombinując, co tu zrobić, aby nie iść do pracy… przytłaczające…

I tak w zeszłym tygodniu odpuściłam 3 dni pracy pomimo ogromu terminów, nawału zadań… nie lubię zawalać terminów. Zmogła mnie grypa, albo jakieś wirusisko. I co ciekawe, przespałam wszystkie te dni. Wstawałam o dziwnych porach, piłam swoje specyfiki ziołowo warzywne i padałam dalej. Zero sił… jak pojechałam do lekarza, wejście po schodach do metra stanowiło dla mnie jakieś nieziemskie wyzwanie… bezradność i złość krzyczały w mojej głowie!!!

Ledwo wróciłam do pracy od razu dostałam zgode szefowej na nadgodziny, potrzebowałam pracy i musiałam nadgonić zaległości. Straszne te moje skrajności :( najgorsze, że sama sobie funduje takie atrakcje. Efekt?? Potworne zmęczenie. Jeden weekend przeleżałam w łóżku z temperaturą. Kolejny odpuściłam również, bo nie dałam rady fizycznie, padałam na pysk. W sobotę poszłam tylko na konferencję już słabo się czując a w efekcie kompletnie się zrobiłam kilkoma drinkami.

Dotarło do mnie jak wielu osób już nie ma, po 10 latach pracy w jednej firmie doszłam do etapu że byłam w tłumie ludzie, gdzie większości z nich w ogóle nie znam… Pozostała nas garstka… Przytłaczające. Wróciłam do domu przygnębiona. Zbyt szybko wypity alkohol doprowadził mnie do jeszcze gorszego stanu. W domu byłam przed 20, rozebrałam się, połknęłam tabletkę przeciwbólową i wlazłam pod kołdrę. Obudziłam się w środku nocy z bolącym brzuchem, głową i dusznościami. To było straszne… Kolejna partia tabletek przeciwbólowych, świeże powietrze. Od tamtego wieczoru każdy kolejny dzień to jakaś porażka… W poniedziałek nie dotarłam do pracy… Samopoczucie było coraz gorsze, żołądek podchodził mi do gardła, nogi się pode mną uginały…. Koszmar jakiś.

Gdzieś zniknęło moje wewnętrzne poczucie radości, optymizmu. Przyszedł jakiś cholerny dół. Chodzę bo chodzę, wstaję bo wstaję, mimo że kilka minut po 8 próbując zdążyć na 9 do pracy. Wróciło paskudne samopoczucie, brak sił, koncentracji, problemy ze skórą. Włosy wypadają mi garściami. Aż boję się włożyć szczotkę we włosy. Na jedzenie patrzeć na mogę, wszystko podchodzi mi do gardła. Jestem zmęczona pracą, jestem zmęczona hałasem i jestem zmęczona zmęczeniem. Tęsknię za moją styczniową energią.

Nie wiem ile jeszcze wytrzymam tą całą sytuację i brak umiejętności podjęcia konkretnej decyzji. Potrzebuję zmiany. Zmiany pracy i działań. Ale nie mam na to siły, nie potrafię myśleć racjonalnie, ocenić danej sytuacji… czuję, że się zapętliłam. Mam nadzieję, że to szybko się zmieni na lepsze i powrócą te dobre emocje.

Dalsza droga :)

Odkąd zaczęłam wychodzić do ludzi, nie mogę się nadziwić, ile rzeczy dzieje się w moim życiu, jak wiele różnych emocji, przemyśleń, spostrzeżeń… Wspaniałe jest to, że każdego dnia ktoś jest, są ludzie :) Odzywają się na necie, na telefonie, na maila… jak ja mogłam wcześniej bez tego żyć? Jak to możliwe, że kiedyś ten cały zgiełk i zamieszanie tak mi przeszkadzały, wręcz męczyły?

Wiem, że się powtarzam, ale nadal nie mogę pojąć w jaki sposób człowiek może się nagle aż tak zmienić :)

Jak też ostatnio wspomniałam, uwielbiam poznawać nowych ludzi, każdy wnosi coś nowego do mojego życia. I tak Pana Żyrafy już nie ma. Było tylko to jedno spotkanie, więcej się nie odezwał. Czy żałuję? Oczywiście że nie. Jakiś cudem nauczyłam się po prostu być w danej chwili i w tym momencie cieszyć się tym co jest. Pan Żyrafa tamtego wieczoru wniósł bardzo dużo spokoju. Poczułam się, jakbym przeniosła się do innego wymiaru, innego świata :) I t było fajne. Nie dyskutowałam z tym, nie chciałam nic zmieniać, po prostu w tym byłam i obserwowałam i słuchałam i to było super :) Po dość nerwowym dniu odpoczęłam psychicznie. I nie, nie zastanawiam się, czemu Pan Żyrafa więcej się nie odezwał. Nie mam takiej potrzeby. Cieszę się, że miło spędziłam tamten wieczór i że poznałam istotę z innej galaktyki :) Która nie żyje w pędzie, jest trochę oderwana od całego zgiełku, fałszu i pogonią za kasą, potrafi docenić piękno przyrody i sztukę. Takie wrażenie odniosłam :)

Pomyślałam sobie, idę dalej :) Aby tradycji stało się zadość, kolejny weekend i kolejna impreza w klubie. I po raz kolejny w nowym klubie :Ale do tego jeszcze wrócę…

Po miesiącu styczniu pełnym zwariowanych wydarzeń i dość silnych emocji przyszedł dość chłodny luty. Krótkie kalkulacje, szybkie decyzje. Ileż ja bym dała, żebym zawsze tak potrafiła!!!!! No i przyszła jedna chwila słabości pod piękną i jakże znaną wielu kobietom nazwą CHANDRA. Tak tak, wszystkie dobrze ją znamy. Kiedy się pojawia, albo sieje spustoszenie albo powoduje rzeczy do których się nie chcemy potem przyznać :P Mnie doprowadziła pierwszy raz w życiu do pustego portfela :D Po tylu latach w końcu poszłam do kosmetyczki. Koleżanka w pracy poleciła, że cudowna kobitka, profesjonalna, że salon wyglądem odstrasza, ale jak już wejdziesz, przekroczysz magiczny próg i znajdziesz się w innym świecie :D I tak się stało :) Straciłam poczucie czasu i poczucie rzeczywistości, to było lepsze niż nie jeden seans psychologiczny :D Efekt końcowy? Cudowny!!! Piękne czerwone paznokcie, cudna skóra, zrelaksowane ciało… i powrót z drugiego końca miasta 0 21 do domu w środku tygodnia :D Cóż mi więcej było potrzeba? Prysznic, lampa dobrego wina, odrobina ulubionej muzyki i ciepły koc :D

No dobrze, pomyślałam, to skoro już tak szaleję to czemu nie pójść dalej? No to poszłam. Weekend… wyspana i rześka wstalam przed południem, ogarnęłam kawę i słuchając wewnętrznego głosu pobiegłam na bazarek do ulubionego butiku z ciuchami. Połowa miesiąca a ja oszalałam, wydając ostatnie pieniądze z pensji. Ale warto było. W końcu kupiłam sobie świetne ciuchy w których mogę chodzić na imprezy :D i miałam gdzieś, że do końca miesiąca o chlebie i wodzie, a co tam warto!

No to skoro już czuję się zrelaksowana, mam zajebiste paznokcie, wypoczęta buźkę i zajebiste ciuchy no to w końcu jak tu nie iść do klubu :) I to był chyba najfajniejszy wieczór jaki mi się przytrafił. Sporo znajomych już pyszczków, sporo nowych do poznania. Poszliśmy kilkuosobową ekipą, wiec od samego początku było mi raźniej. Pierwsze wrażenie dość… hmmm… zaskakujące. A czemu? A bo średnia wieku mocno przekraczała 50 lat ( jak nie sporo więcej) co było ciekawym doświadczeniem. Zamówiłam drinka i zrobiłam mały research ;) No to pomyślałam, że trzeba wyluzować i się wyszaleć. W końcu fajnie, ze i takie osoby chodzą się pobawić :D Tylko muzyka średnio mi pasowała. Ledwo ulokowałam swoje cztery litery na pufie, popijając ulubionego drineczka, zaraz znalazł się znajomy Pan od pingwinów :) No to się przysiadł i tak gadaliśmy drinkując. Ledwo kolega odszedł zapalić, drugi się przysiadł. Ale temat rozmowy mocno mnie irytował (jak można gadać o tabletkach gwałtu jeszcze do tego życząc dziewczynie takiego zakończenia wieczoru…). Popukałam się w czoło i poszłam na parkiet. I wywijałam ostro przy podrygujących obok mnie całkiem niezłych 50-tkach :) A znajomi sączyli sobie % odpoczywając :) No to pomyślałam sobie no i co że ja tu sama, muza fajna, nogi podrygują, trzeba się wyluzować :) i się udało :D Nie nie nie , nigdy nie mówiłam, że ja umiem tańczyć. Ale przecież taniec to ekspresyjne wyrażanie siebie :) Tak więc wyrażałam siebie tak jak to czułam i było mi tak dobrze, w dupie miałam wszystkie kompleksy, to miał być mój wieczór. I był :) Nowo poznany kolega co chwila jak przechodził obok, całował mnie po rękach :D Miłe uczucie, nie powiem… ;) A to inny kolega wpadł pożartować. A to inny porwał na parkiet gdzie wywijaliśmy jak szaleni :) A to Zauroczony się pojawił, przyszedł i przytulił i ucałował w czoło i pogadał…

Najciekawsze jest to, ze dopiero po imprezie zdałam sobie sprawę, że prawie całą noc spędziłam na pogaduchach i tańczeniu z jedną osobą. I to chyba wzbudziło ponownie zainteresowanie miedzy innymi Zauroczonego. Ale nie chcę na razie więcej pisać ani zdradzać, bo nie chciałabym zapeszać. Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że odzyskuję wiarę w dobrych ludzi. Oraz w ludzi z podobną wrażliwością do mojej :D I pomimo tego, że uparcie od tamtego czasu się dystansowałam, zamykałam, zaprzeczałam, każda wiadomość od tej osoby przyspiesza bicie mojego serca. Nie, nie zakochałam się. wiedziałabym o tym. Gadam ostatnio z moim rozsądkiem i nie są to łatwe rozmowy. Wiem, że Rozsądek mnie nie oszukuje. Intuicja też nie. Nie rozumiem jednak czemu moje ciało reaguje inaczej niż mój Rozsądek podpowiada… I pomimo mojej ignorancji, wycofania, braku inicjatywy On ciągle się pojawia na chwilę i przynosi uśmiech :) Ot tak po prostu… Chciałabym cieszyć się tym uczuciem jak najdłużej :D

I jeszcze jedno… patrząc na to wszystko co się dzieje ostatnio na prawdę zaczynam wierzyć, że nie ważne jest moje kilka dodatkowych kilogramów i chomikowe pućki na twarzy. Pięknością też nie jestem. Ale skoro potrafię zaintrygować faceta, skoro potrafię wywołać uśmiech na jego twarzy, wysłuchać go od tak, bo faceci potrafią opowiadać ciekawe historie, i jeśli to powoduje, że oni dzwonią, piszą, a niektórzy nawet się zakochują, ta na prawdę te kilka kg nie ma znaczenia :D Tak chcę się ich pozbyć, ale już tylko dla siebie, dla własnej kondycji i samopoczucia a nie dla żadnego faceta :D

Od kilku dni leżę w domu z jakiś paskudnym grypskiem, ale w głębi ducha szczęśliwa :) Bo mimo, że zamknięta w 4 ścianach to jednak nie sama… Pierwszy raz w moim życiu okazało się, że jak zaufasz ludziom to oni się odwdzięczą. Nie ma chwili, żeby ktoś się nie odezwał, nie zapytał czy nie pomóc, lub nie życzył zdrowia, nie pożartował lub przesłał przepisu na jakieś paskudne ale uzdrawiające ochydztwo do wypicia. Pomimo wielu wyrzeczeń związanych z planami na weekend i nie tylko jestem szczęśliwa :) Wiem, że idę teraz dobrą drogą. Pozostaje tylko jeszcze jedne kluczowy element do zmiany w moim życiu aby było jeszcze lepiej. Co to takiego? A no praca… Trudne decyzje :( Ale w tym roku musi się udać :D

Komfortowo

Zastanawiacie się czasem czego chcecie w życiu, czego szukacie, co Wam przyniesie radość i szczęście??? I nie pytam o to, jak powinniście czuć, co zrobić, ne pytam o zadowolenie przyjaciół, rodziny, środowiska, otoczenia, tylko o to co siedzi w środku, o to wewnętrzne ja.

Na ile potraficie podążać w życiu swoją własną ścieżką? Nie ważne czy dobrą, czy złą ale własną.

Ostatnio kilkukrotnie w moim życiu pojawiło się jedno hasło, jedno zdanie, a mianowicie: „Życie trzeba przeżyć tak, żeby było wstyd opowiadać ale przyjemnie wspominać”. Pokochałam to motto. Dzięki niemu inaczej patrzę na swoje życie. Może przypisuję tu dużą wagę do tego zdania, ale odkąd je przeczytałam, wiele rzeczy nabrało sensu i barw. W takim momencie pojawia się na mojej twarzy ironiczny uśmieszek… bo mam kilka takich chwil i dobrze mi z tym.

Po co tak na prawdę żyjemy? Dla kogo? Czemu tak często zapominamy, że jesteśmy wolnymi ludźmi, mamy prawo mieć własne zdanie, poglądy, uczucia, marzenia i zachcianki. Podporządkowywanie się innym to jak zamykanie się w klatce na własne życzenie.

natureJa miałam ogromną klatkę z grubymi prętami. Na własne życzenie. Nadal ją mam, ale już mniejszą, słabszą :) Radują mnie bardzo takie chwile, kiedy słowo „życie” na prawdę nabiera znaczenia. Każdy kolejny dzień jest inny, każdego dnia to ja decyduję w ogromnym stopniu jaki będzie i jak się skończy.

Jakiś czas temu padł mi akumulator w samochodzie. Ku mojej rozpaczy zorientowałam się w momencie, gdy wbiegłam na parking i chciałam na złamanie karku pędzić po znajomą i jak zwykle byłam już w lekkim niedoczasie. Wkładam kluczyk do stacyjki a tu.. cisza… Ani kaszlnięcia, warknięcia… nic. Zdechł. No to w te pędy do komunikacji miejskiej. Byłam dwie minuty przed czasem na miejscu na drugim końcu miasta, co nie zmienia faktu, że problem samochodu pozostał problemem.

W międzyczasie poznałam na internecie Pana Żyrafę. Skromnie wyjaśnię, że mówimy o wzroście ponad 2 metrów :D Pisaliśmy i pisaliśmy.  Ja ironiczna i złośliwa, czasem zatroskana. On- nieugięty, tajemniczy i zaskakujący. Twardy orzech do zgryzienia. Nie dawał za wygraną. Dawno już nikt mnie tak nie zaintrygował. Oczytany, błyskotliwy, szczery momentami aż do bólu i… samotny, co dało się wyczuć między wierszami. Co było dodatkowym czynnikiem? A no właśnie owe motto o którym wspominałam… Znalazłam je również u Niego w opisie…No to pomyślałam sobie, że w znaki trzeba wierzyć, intuicji słuchać i w końcu się spotkać. A spotkanie zaczęło się klarować od tematu mojego akumulatora. Pan Żyrafa obiecał podjechać do mnie na parking i podrzucić prostownik a potem porwać mnie do kina.

Niestety… Pan Żyrafa dnia następnego skasował samochód… :( Hmm… I postanowił, ze spotkamy się w kinie i On z tym prostownikiem w plecaku do kina…

Moja wyobraźnia nie potrafiła tego ogarnąć… No bo jak… No ale obiecałam i do kina pójdę! A co tam że środek tygodnia późnym wieczorem na drugim końcu miasta. Prostownik się przyda :D Samochód się przyda :D

Byłam kilka minut przed czasem, weszłam po schodkach i usiadłam na kanapie. Po przekątnej siedział jeden gość, podobnego wzrostu, zarośnięty, z wąsem,  sporo starszy i powodował u mnie potrzebę natychmiastowej ucieczki. Miał ze sobą plecak… Nagle naprzeciwko mnie padł na kanapę inny gość. Z mocną nadwagą, tłustą blond czupryną, w pogniecionych ciuchach, szalonym spojrzeniem i … plecakiem…

Obaj panowie co chwila wpatrywali się we mnie i stukali coś na smartphonach… O mamusiu, tego było za wiele, niech tylko Pan Żyrafa teraz do mnie nie zadzwoni, bo nie odbiorę, a jeśli to jeden z tych dwóch. i w tym momencie zadzwonił Pan Żyrafa… Wyciszyłam telefon, poderwałam się i po schodkach na dół w długą… Serce mi waliło jak oszalałe. A intuicja kazała się zatrzymać. Zatrzymałam się… pomyślałam, że tak nie można, oddzwonię. Wybrałam numer Pana Żyrafa i stanęłam przed schodkami. Podniosłam głowę i ujrzałam Go… zbiegał ze schodów w moją stronę uśmiechnięty. Jakaż wielka była moja radość!!!!!! Tak, to nie był żaden z tych dwóch typów…

I na szczęście nie miał plecaka :D Co oznaczało, że mój samochodzik jeszcze trochę pośpi tej zimy :P

I muszę się przyznać, że spędziłam bardzo miły wieczór. Film był super- bardzo stary film, do którego zespół podkładał na scenie muzykę i dubbing. Mistrzostwo świata zrobione z jajem :D Tak więc był humor i dużo śmiechu. I było coś jeszcze. Niby nic takiego, spędziliśmy razem chwilę przed filmem rozmawiając, a potem wspólnie w kinie oglądając film. A ja poczułam się jakbym siedziała w domu, otulona kocem, z lampką dobrego wina w ręku, oglądając film z interesującą osobą u boku. Zrobiło mi się ciepło, w środku poczułam niesamowity spokój i harmonię. Bardzo mi ostatnio brakowało tego uczucia. Czułam się KOMFORTOWO :) Mogłam mówić, milczeć, śmiać się… każdy scenariusz był dobry.

Warto było po raz kolejny podjąć ryzyko, warto było posłuchać intuicji, warto poznawać nowych ludzi, bo uczucie które się potem pojawia, wynagradza wszystko. Uczucie, że żyjesz :D