nadzieja

Poszukiwania

4 grudnia 2016

Każde poszukiwania w końcu kiedyś przyniosą oczekiwany efekt :) Ważne jest aby wiedzieć, czego się szuka. A ja ostatnio szukam bardzo dużo. Uparłam się, że odstawię wszystkie leki. I jestem już coraz bliżej. Z kręgosłupem bywa różnie, ale mogę już normalnie chodzić. Nastawianie pomaga, ale na krótko, wszystko ponownie wypada po bardzo krótkim czasie i zabawa zaczyna się od początku. Kiedy zaczynam ćwiczyć, aby zbudować mięśnie wokół kręgosłupa, wszystko wypada od razu. Ostatnio zastanawiałam się, co jeszcze mogło by pomóc… Pociąć sie nie dam, leków nie chcę brać. Więc co…? I kiedy zadawałam sobie to pytanie, dostałam maila. Z zaproszeniem na spotkanie dotyczące nowej innowacyjnej metody walki z bólem, wykorzystujące nową technikę amerykańską połączoną ze starą chińską medycyną… Dwa razy nie trzeba mi było powtarzać… Sprawdzić nie zaszkodzi. I tak chyba zaczęła się moja kolejna droga odkrywająca nowe szanse. Obecnie nie zapeszam. Jestem po jednym małym eksperymencie przeprowadzonym na własnym ciele i mimo sceptycyzmu musze przyznać, że efekt jest. Jeśli tak, to warto zdobyć szerszą wiedzę w tym temacie. Do końca roku sprawa powinna się troszkę rozjaśnić :)

Szukałam też odpowiedzi na pytanie czego tak na prawdę chcę w życiu. Ostatnio żyje głównie pracą i nerwami. Stres nie pozwala mi spać, ciągle chodze wykończona i nie słyszę rano żadnego budzika. Jestem już zmęczona faktem że jako jedyna w firmie ciągnę projekt bo pozostałe osoby dedykowane do tego zadania nie są w stanie wykonać najprostszych analiz nie mówiąc o obliczeniach. Kiedy zgodziłam się na tą ofertę, kompletnie nie wierzyłam we własne siły. Bariera językowa, bariera dot. wiedzy merytorycznej, ponownie korpo…. A teraz się okazuje że wszystko jest na mojej głowie i gdybym teraz rzuciła to wszystko w diabły to cały projekt by upadł. Z jednej strony wewnętrzna duma z drugiej strony ogromne zmęczenie i frustracja.  Koszmar… Od wielu lat pomimo ciąglych szkoleń i dbania o własny rozwój wciąż zadawałam sobie pytanie, jaka praca dałaby mi satysfakcję, radość i dodatkowo pozwoliła zarobić dobre pieniądze. I wychodzi na to, że moja kochana połówka pomogła mi znaleźć odpowiedź na to pytanie. Ale zanim zacznę coś działać w tym kierunku, muszę uporządkować inne sprawy finansowe i prywatne.

I tu kolejna kwestia w tematyce podejmowania decyzji i szukania odpowiedzi na pytanie czego chcę w życiu. A więc decyzja zapadła… przeprowadzam się. Od jakiegoś czasu wspólnie z Miśkiem szukaliśmy mieszkania na wynajem. W kwestii poprzedniego mieszkania właściciel zdecydował się nie przedłużać umowy na kolejny rok z przyczyn rodzinnych. Wiec trzeba było coś znaleźć. A ceny mieszkań znowu poleciały w górę. Sam nie dał rady by dalej wynajmować, więc nie było się nad czym zastanawiać, powiedziałam, to wynajmijmy razem…. Skoro powiedziałam A, to musiałam powiedzieć i B. I takim oso sposobem podpisaliśmy wspólnie umowę najmu.

Nie mam pojęcia jak to będzie. I finansowo dla mnie będzie to nie lada wyzwanie no i kwestia jak to będzie jednak mieszkać ze sobą na stałe. Czy jednak damy radę. Mnóstwo pytań i wątpliwości. Mam nadzieję, że niczego nie spierdolę, bo w drugą stronę się nie martwię. Ze strony Miśka mam pełne wsparcie i zaufanie w każdym temacie. Nawet większe niż bym chciała…. Wspiera mnie we wszystkim co robię, dba o każdy szczegół, żeby mi to wszystko ułatwić. Mimo że wiem, że On też się boi.

Ostatni rok nie dość że minął bardzo szybko to przyniósł ze sobą niesamowicie dużo zmian, emocji, wrażeń i decyzji. Pomimo wielu złych i ciężkich chwil nie chciałabym cofnąć czasu. W końcu czuję, że coś się we mnie zaczęło zmieniać we właściwym kierunku. Ale rok jeszcze się nie skończył i jeszcze wiele w najbliższym czasie przede mną. Oby w tą dobrą stronę:)

 

Siła podświadomości.

Czasami przychodzą takie dni, kiedy czuję, że spadam… z niebotyczną prędkością. Czuję dyskomfort ale nie widzę nigdzie dna, końca spadania. Wstaję rano, i mam ochotę zakopać się pod kołdrę, ale przewinąć fil do przodu, do momentu, kiedy poczuję się stabilnie.

Obecny rok zaczął się dla mnie ciężko. Dużo trudnych decyzji, frustracji, ogólnie jedna wielka dołówka w otoczeniu. Pomimo ogromnego zmęczenia głównie psychicznego, uparcie postanowiłam iść dalej. Kasy na życie coraz mniej, pracy brak… A nawet nie zaczęłam jej szukać. Bo na poprzednie stanowisko ani myślę wracać. Zaczęłam szukać kursów, które pozwolą mi się przekwalifikować. I jakimś cudem z cen 3500 zeszłam do 500 pln. W czym haczyk? Szkolenia są on-line więc większość materiału przerabiam sama. Ale egzamin końcowy muszę zdać. Więc walczę… prawie codziennie. Czasami zdarza się taki dzień, kiedy mój własny dół mnie przerasta i odpuszczam. Pozwalam sobie na bezczynność, gonitwę myśli, trwanie, przeczekanie.

Ale nie tylko na warsztaty rozwoju kariery ostatnio mnie naszło. Postanowiłam zadbać w końcu o przeszłość, a dokładniej o trzaśnięcie niektórymi drzwiami. Zaczął się dopiero luty a pierwszy raz od dawien dawna nie robiłam żadnych postanowień noworocznych tylko podjęłam działania na podstawie tego co mi w głowie grało. Staram się żyć chwilą, mieć oczy szeroko otwarte. Ponownie nieco zmieniło się moje otoczenie. Jedni ludzie odchodzą inni się pojawiają więc obserwuje uważnie. Znajoma przysłała mi maila o warsztatach jogi mózgu. Psychotronika… hmmm, pomyślałam czemu nie. Kurs normalnie dwudniowy tym razem zamieniony w 5h warsztat.  Poszłam.

Pierwsze zdziwienie- nie miałam problemu z medytacją, potrafiłam szybko wejść w stan alfa i się zrelaksować. Gonitwa myśli, która nawet nie pozwalała mi o medytacji pomyśleć, zniknęła nagle. A na pewno straciła bardzo na sile. Ciekawe warsztaty bardzo. Chwilę później kolejne 2-dniowe warsztaty z kochania siebie. Hmmm… pomyślałam drogo, a kasy brak, pracy na razie też… ale czułam że muszę iść. Było cholernie ciężko, dużo łez, dużo skrajnych emocji, walka z usuwaniem brudów w głowie, przełamywanie własnych barier. Ciągle się dziwię skąd ja ich tyle mam, kiedy postawiłam tyle murów. Kolejna praca z przeszłością, dzieciństwem, rodzicami, brakiem poczucia własnej wartości, asertywności… Mój organizm tak się buntował, że rano dostałam gorączki. Normalnie w jedną chwilę dopadło mnie osłabienie i przeziębienie. A mimo to wstałam w sobotę o 6 rano, przygotowałam się, zjadłam śniadanie i usiadłam za kółkiem co jeszcze jakiś czas temu było nie do pomyślenia. Nigdy nie dawałam sobie przyzwolenia na prowadzenia auta w takim stanie.

Poznałam wiele wspaniałych kobiet. Płakałam, krzyczałam i robiłam i mówiłam tyle niesamowitych rzeczy, o które nigdy bym się nie posądziła. Po 2 dniach byłam skrajnie wykończona, ale w środku pełna energii. Obserwuję siebie od tamtego czasu i widzę, że jestem silniejsza. Z ciekawością obserwuję dalej co się będzie działo.

Dodatkowo, dzięki trafieniu na dość ciekawą ankietę w internecie również dzięki innej osobie (wszystko po coś się dzieję) w końcu zrobiłam badania, które coś wykazały. Przerażały mnie już moje coraz poważniejsze problemy z koncentracją, roztargnieniem, ciągłym zapominaniem dosłownie o wszystkim, gdzie położyłam telefon, a gdzie klucze, a gdzie portfel… po co wyszłam z domu, jakim cudem zaniosłam cukier do łazienki, po co dzwonie do koleżanki, jaki dziś jest dzień, co miałam kupić – po wejściu do sklepu. Miliony takich sytuacji dziennie. Natężenie takich sytuacji potęgowało tylko mój stres i frustracje. Przestawałam panować nad emocjami… z kim o tym nie rozmawiałam, pukał się w czoło. Słyszałam tylko „nie przesadzaj” albo „ja też tak mam, to norma”. Więc przestałam o tym mówić, w końcu każdy zawsze ma większy problem. Zaczęłam szukać… I tak trafiłam do prywatnego gabinetu neurologicznego, gdzie wykryto u mnie tężyczkę… Wyjaśniły się kurcze mięśni, paraliże, drętwienia, złe samopoczucie, ciągłe zmęczenie a co za tym idzie problemy z koncentracja i pamięcią. Coś w końcu się ruszyło… Tyle że leczenie znowu mnie trzepnęło po kieszeni. A mimo to jestem spokojna. Czuję się jakbym realizowała całkiem dobry i mądry plan. Ryzykowny, a i owszem, ale jednak prowadzący do celu, który mnie usatysfakcjonuje :)

Teraz na spokojnie analizuje wszystko, starając się wyciągać wnioski ze stanowiska obserwatora… Wszystko się zmienia…

10400140_1309609182388771_6562273495353560848_nSukienki były moim kompletnym wrogiem, a tymczasem jeszcze nie tak dawno wyciągnęłam z szafy najbardziej kobiecą kieckę, którą założyłam na siebie, wsiadłam w pociąg i pojechałam na drugi koniec Polski do faceta, którego prawie nie znałam. Nie chciałam nawet go poznać, chciałam uciec… A im bardziej chciałam uciec, tym bardziej mnie coś tam ciągnęło. Nie cierpię wody, a będąc z Nim na Mazurach naszych pięknych, wlazłam ze skręconą kostką do jeziora… I na basen poszłam… I za kółko usiadłam w środku nocy i pojechałam w nieznane jeszcze żeby odebrać Go z dworca. I ból skręconej kostki znosiłam… I w ogóle ostatnio robię rzeczy, który były dla mnie nie do pomyślenia, trudne, graniczące z cudem. Ktoś powie miłość… Niestety, nie czuję motyli w brzuchu, nie jestem zakochana. Ostatnio nawet zadaje sobie pytanie czy jestem zdolna do miłości. Do współczucia, empatii tak. Ale do miłości… nie wiem.

A On… Tak, On kocha jak wariat, jak nie powinien, szalenie, mocno i bezgranicznie. Ne ważne, że krzyczę, awanturuję się, ubliżam, wylewam wiadra pomyj na głowę, oceniam, komentuję…. On jest… Czeka aż i przejdzie, smutny, przerażony, zagubiony, ale czeka. A jak skończę już krzyczeć i warczeć, to mówi że kocha… A ja wciąż nie wierzę, że taka miłość może istnieć… A ja szaleję… Dlaczego? Bo sprawia że od początku naszej znajomości nagle staję do walki ze swoimi wszystkimi demonami…. Jest ich dużo, za dużo. Są silne. Zawsze myślałam, ze muszę mieć kontrolę nad wszystkim co robię, co się dzieje w moim życiu. Teraz twierdzę, że to budziły się zawsze te demony w mojej głowie i za każdym razem, kiedy czuły, że tracą siłę, przejmowały nade mną kontrolę. I wtedy stawałam się agresywną, wredną suką, albo przerażoną, skuloną malutką istotą. Odkąd mam tego świadomość pierwszy raz w życiu czuję, że dopiero teraz przejmuję kontrolę nad własnym życiem. Oczywiście, nie na wszystko mam wpływ, ale na wiele rzeczy mam. Ode mnie zależy czy podejmę działanie, oszacuję ryzyko, świadomie wykonam jakiś krok czy zdam się na los, na innych. Ale nie chce być już zależna. Chcę zmian, kolejnych. To dopiero początek drogi.

Odkąd nie pracuję, wstaję jeszcze wcześniej niż pracowałam. Ale wiedząc, że czeka mnie dzień 14h warsztatów, wstaję pełna motywacji, nie zakopuję się pod kołdrą, idę bez bata nad głową i bez frustracji. Pomału zaczynam spać. Czasem parę godzin, ale jak nie mam następnego dnia rano zajęć, to pozwalam sobie na głęboki sen bez budzika, nawet 9h. Regeneruję się. Chaos w głowie znika. Myśli dalej biegają po głowie, ale już bez ucisku, przytłoczenia. Gdyby ktoś mi powiedział jakiś czas temu, że w tak krótkim czasie tyle rzeczy w moim życiu się zmieni, nie uwierzyłabym. Dziś jestem z tego powodu szczęśliwa pomimo przeciwności losu.

 

Takie tam refleksyjne przemyślenia…

Poprzedni post był dość osobisty, ale opisanie całej tej sytuacji pozwoliło mi na porządną refleksję. I jak najbardziej teraz mogę potwierdzić, że to nagła potrzeba bliskości kompletnie mnie zaślepiła. Przed dobre dwa tygodnie dosłownie pożerały mnie tak skrajne emocje, że nawet gdybym chciała, nie potrafię ich wyrazić. To niesamowite, że kiedy po tylu latach samotności, kiedy człowiek w końcu się otworzy na inną osobę, może się aż tak zagubić.

Nie, niczego nie żałuję :) Z tych złych chwil wyciągam wnioski dla siebie i naukę na przyszłość. Z tych miłych… uśmiech :) I idę dalej przed siebie.

10410185_877707765607739_8073923310849382353_nDzięki Zauroczonemu nagle zaczęłam chodzić w weekendy do klubów – potańczyć. Przez całe swoje życie chyba nie odwiedziłam tylu klubów co ostatnio. I mimo „rozstania” Zauroczony dalej do mnie pisze  przed imprezami małą grupą znajomych spotykamy się jeszcze na jakieś piwko, pogadać :) Tyle że od momentu wejścia do klubu wchodzimy już do szerszej grupy znajomych i w zasadzie bawimy sie oddzielnie. I szczerze mówiąc nawet mi to odpowiada.

Mimo, że ciągle zadaję sobie pytanie, co ja tam robię? Bo kluby to nie do końca moja bajka. Tłumy, duchota, okropnie głośna muzyka, krzyczące tłumy. To wszystko na dłuższą metę staje się męczące.

Na początku zła i zazdrosna co chwila schodziłam z parkietu i beznamiętnym wzrokiem obserwowałam, jak Zauroczony obtańcowuje po kolei dziewczyny w klubie. Ależ mnie to wkurzało. Nie, nie to że obtańcowuje, tylko to, że mnie to wkurza. Bo co mnie to w końcu interesuje. Co jakiś czas w mojej głowie pojawiał się kolejny plan, żeby zawrócić ponownie w głowie Zauroczonemu. Ale po co do cholery? Niby co miałabym takim zachowaniem sobie udowodnić? Przecież doskonale wiem, że z tym facetem nie stworzę nigdy udanego związku… więc po tracić fajną znajomość i tracić szacunek do samej siebie!?!?! To, co działo się w mojej głowie, bardzo mi się nie podobało!

Przetrwałam jedną okropną imprezę w klubie, gdzie nagle zostałam sama na parkiecie, nie było wokół mnie żadnej znajomej twarzy. Hałas i te obce tłumy, że nawet na milimetr nie można było się ruszyć, powodowały że wszystko we mnie krzyczało żeby uciec. Wytrzymałam do 1 w nocy, w końcu uciekłam, pobiegłam do szatni, odebrałam swoje ubranie z szatni i wyszłam na powietrze. Zachłysnęłam się aż świeżym powietrzem. Miałam gigantycznego doła, wróciłam do domu i próbowałam znaleźć sobie miejsce. Nie potrafiłam… Spałam źle. Kolejny dzień też był ciężki. Ale obiecałam sobie, że się nie poddam, nie tym razem i nie tak łatwo. Muszę w końcu się nauczyć słuchać siebie, funkcjonować w społeczeństwie, dowiedzieć się dokąd zmierzam.

Minął tydzień od tej potwornej imprezy i rozstania. Zauroczony znowu się odezwał z propozycją spotkania. Ponieważ ledwo trzymała się na nogach, zakatarzona i wykończona ledwo wróciłam do domu, zakopałam się pod pierzynę i odpisałam że przepraszam, ale nie dam rady. I to był pierwszy raz, kiedy odmówiłam i nie żałowałam. Nie robiłam wszystkiego, żeby tylko do niego pojechać. Zrobiłam coś czego na prawdę potrzebowałam- poszłam spać. I pierwszy raz w tym roku przespałam dużo więcej niż 5h i było mi z tym cudownie :)

Za to w sobotę juz nie wytrzymałam. Mimo średniego samopoczucia chciało mi się do ludzi. I tutaj ciekawa sytuacja :) Kilka dni wcześniej w ramach relaksu do pracy umówiłam się z inną ekipą znaną już trochę na necie do kina na Pingwiny z Madagaskaru :) Film na prawdę  polecam, płakałam ze śmiechu i na prawde się zrelaksowałam. Zastanawiam się czasem, czy kreskówki na pewno są dla dzieci… :) W każdym razie na film przyszło tylko 2 kumpli, reszta nie dotarła… no to się zapoznaliśmy uściśnięciem dłoni, a po filmie każdy poszedł w swoją stronę. Może kilka słów zamieniliśmy.

No to w sobotę poszliśmy sobie w kilka osób do knajpki na piwko i potańczyć przed klubem, kilka nowych twarzy było. A tu nagle dołączył do nas kolega z kina od Pingwinów :) Zauroczony nagle wielce zdziwiony, że skąd my się znamy i w ogóle posypało się milion pytać, że jak, że gdzie, że kiedy. I wtedy do mnie dotarło, że to jest to, muszę iść dalej, poznawać nowych ludzi, nie oglądać się na przeszłość. Z kolegą od Pingwinów przegadałam z pół wieczoru, rozmowa toczyła się całkowicie naturalnie a humor dopisywał. Kolejna ciekawa osobowość :) Co ciekawe, im bardziej staram się nie patrzeć na facetów jak na facetów, ale ze zwyklej ludzkiej ciekawości próbuje ich poznać, po prostu cały czas ktoś obok mnie jest i uparcie proponuje kolejne spotkanie. Ciekawy mechanizm… Bo nie szukam randek i faceta, w każdym razie nie na siłę. A efekt jest taki, że kilku ostatnio poznanych ludków w dość ciekawych okolicznościach próbuje mnie wyciągnąć a to do kina, a to do pubu, a to do teatru, do klubu….  Kiedyś nawet bym się nie zastanawiała, zmieniała swoje wszystkie plany byleby pójść. Dziś przeprowadzam kalkulację, nie odwołuje swoich zajęć, nie przełożę spotkania z przyjaciółką czy dobrym znajomym lub sprawy waznej dla mnie, trudno. Zaczynam odpowiadać sobie na pytanie, co jest dla mnie ważne. I od momentu kiedy tak podchodzę do sprawy, tym jeszcze bardziej i częściej dostaję kolejne propozycje… Ciekawe zjawisko…

Wracając do tematu – po pubie pojechaliśmy do klubu. Zauroczony z kolegą od Pingwinów nie przypadli sobie do gustu, raczej skakali sobie do gardeł, no ale cóż ja poradzę. w klubie w końcu wyluzowałam, przywitałam się w końcu ze wszystkimi, zamówiłam drinka i poszłam szaleć na parkiecie. Muzyka była super. W końcu czułam że się odnalazłam. Trochę pogadałam trochę potańczyłam iw końcu doceniłam grupę, dzięki nim czułam się bezpiecznie, nie byłam tam sama.

I tak około 2 rano usiadłam w końcu na taborecie, popatrzyłam na grupę i na innych ludków którzy imprezowali. I znowu dotarły do mnie skrajne emocje.

Pierwsza… zamknęłam rozdział Zauroczonego, dotarło do mnie, że udało mi się ogarnąć emocje. Jak razem tańczyliśmy, to już nie było to, było inaczej, ja poczułam się w końcu sobą i szeroko się w duchu uśmiechnęłam. Znowu poczułam się świadomą i wolną kobitką :) Powróciła kontrola, powrócił rozsądek, powróciła chęć walki i poszukiwania siebie, szczęścia, życia, radości.

Druga… patrzyłam na znajomych, tańczących w rytm muzyki. Wielu z nich codziennie uporczywie szuka w życiu szczęścia. Wrzuca na fb na tablice różne motywujące teksty mądrości życiowe. Sama do nich w pewnym stopniu należę. Ale dotarło do mnie czego nie potrafię zaakceptować. Nie chodzę do klubu po to, aby ktoś mnie obmacywał w tańcu, nie szukam uparcie faceta, który ze mną zatańczy, byle jakiego, byleby nie tańczyć sama. Desperacja niektórych osób jest straszna. Aż słabo mi się zrobiło… ja tak nie umiem, choćbym nie wiem ile wypiła, nie umiem. Jeśli idę w takie miejsce, muszę czuć się bezpiecznie. I póki takie poczucie mam, póki otaczają mnie znajomi, którzy nie przekraczają również wobec mnie pewnych granic, jest super :)

 

Radioterapia

5 sierpnia byłam ostatni dzień w pracy, przynajmniej fizycznie. Na kolejne dni wzięłam pracę w domu. Od 6 sierpnia zaczynałam naświetlania.

6 sierpnia 2013

Jak lekarz nakazał o 8 rano stawiłam się rano w Centrum Onkologii. Okazało się, że po raz kolejny pod symulatorem… Kolejna przymiarka tej paskudnej maski, którą przypinali mnie do łóżka do naświetlań… uciskała całą twarz, nie mogłam przełykać nawet śliny, ciężko było oddychać i nawet o milimetr nie mogłam się ruszyć… Chwila zdenerwowania, szybszy oddech i zaczęłabym się dusić, a od takiego stanu do paniki już niewiele brakuje.

I jak się okazało, maska za bardzo uciskała mi przełyk, po 2 godzinach czekania i pierwszej symulacji zostałam odesłana razem z tą okropną maską do pracowni, celem jej lekkiego poszerzenia. Wróciłam po jakimś czasie i znowu czekałam na swoją kolej. Kolejna symulacja i kolejna…

Już w dupie miałam, że za każdym razem rozbierałam się od pasa w górę przez kolejnymi nieznanymi mi osobami… maska zakrywała mi do połowy piersi, stąd taki wymóg…

Po symulacji lekarz kazał nam czekać na tym razem prawdziwe już naświetlanie. Nam czyli mi i jeszcze kilku innym osobom, które tego dnia rozpoczynały radioterapię. Samo naświetlanie miała jeszcze poprzedzać konsultacja chirurgiczna i pomiar wielkości guza aby określić zakres operacji. Jednak do pomiaru nie doszło. Oczekiwanie na naświetlanie wydłużało się o kolejne godziny. Potem zostaliśmy przeniesienie pod inną salę z innym urządzeniem do naświetlań bo docelowy aparat uległ awarii. Po 3 godzinach wróciliśmy z powrotem, bo został naprawiony…

Byłam wykończona.

Po 15-stej wyszłam w końcu po naświetlaniu, które trwało kilka minut, a czas oczekiwania wynosił 6 godzin jak nie więcej. Konsultacja chirurgiczna została przełożona na kolejny dzień.

7 sierpnia 2013

Wstałam rano i na godzinę 9:30 pojechałam do onkologii na konsultację. Na 13-stą miałam naświetlanie. Zgodnie z wytycznymi lekarza miałam stawić się na pierwszym piętrze na konkretnym oddziale. Pierwsze wyzwanie- znaleźć właściwe schody. Drugie wyzwanie- co dalej…?

Za drzwiami była poczekalnia… mnóstwo ludzi chorych, łysych, z kroplówkami, czekającymi na przyjęcia na oddział, na wypis, na chemię… ciężkie obrazy. Po 11 przyszedł lekarz. Zgarnął wszystkie osoby czekające na konsultację. W końcu weszłam. Zostałam komisyjnie obejrzana przez kilka osób, nawet nie wiem kto był kim. Usłyszałam tylko, że przyjęcie na oddział 12 sierpnia, operacja 13 i wypis 14 sierpnia. Operacja nie będzie długa. Następny…

Do naświetlań miałam godzinę, poszłam zapytać, czy przyjmą mnie wcześniej, żebym nie musiała znowu jechać. A i owszem, przyjęli by mnie, ale karta moja pozostała u lekarza od którego wróciłam, a nie wiadomo kiedy wróci, wiec i tak muszę czekać.

Wróciłam do domu… Przyjechałam przed 14-stą. Czekałam na naświetlanie do 15:30… naświetlali mnie ponad 20 minut…

Ledwo wytrzymałam. Raz, że trafiła mi się fala największych upałów, w samej klinice było sporo ponad 30 stopni, a o klimie w takim miejscu można zapomnieć. Druga sprawa to to, ze ledwo wytrzymałam przykuta do łóżka w masce tyle czasu, dodatkowo tym razem naświetlanie piekło, szczypało, swędziało, bolało… zaciskałam mocno pięści i nie wiedziałam ile jeszcze wytrzymam. Wróciłam do domu wykończona, padłam…Jedyne co mi się udało, to przełożyć naświetlania z 13-stej na 17-tą kiedy jest mniej ludzi i dużo chłodniej.

W nocy nadrabiałam zaległości i pracowałam…

 

8 sierpnia 2013

Po nieprzespanej nocy pojechałam na 7 rano do onkologii aby zrobić przykazaną mi dzień wcześniej morfologię… Tym razem pierwszy raz coś szybko załatwiłam. Chwilę po 8 rano już byłam w domu i zabrałam się za pracę. Na 17-stą pojechałam na naświetlania. Też poszło szybko, aż nie mogłam uwierzyć, bez kolejek, bez czekania… takie sytuacje ostatnio mi się nie przytrafiały. To był dobry i pracowity dzień pomimo zmęczenia. Jedyne co mnie tylko zastanowiło to pytanie- czy robiła p\Pani morfologię i jeśli tak to czy odebrała Pani swoje wyniki? Hmm, a czy ktoś mi powiedział, że w ogóle mam je odebrać i kiedy i gdzie? Jak do tej pory miałam zakaz odbierania jakichkolwiek wyników ponieważ trafiały od razu do mojej karty pacjenta… Generalnie stwierdziłam, że sami znajdą co potrzeba, ja swoje zrobiłam, nie mogę się ciągle o coś martwić, bo zwariuję.

 

9 sierpnia 2013

Kolejna nieprzespana noc… nie pamiętam już od jak dawna nie śpię. Mylą mi się dni, pamiętam tylko o której godzinie co mam załatwić następnego dnia. Nocami wariuję, nie wiem co mam ze sobą zrobić, czym zająć myśli, jak zasnąć, jak odpocząć. A kiedy przychodzi ranek, jestem jak warzywo, głowa mi pęka, nie mam pojęcia co się ze mną dzieje. I te okropne upały…

Tego dnia miałam tylko naświetlania. Czułam się coraz gorzej, już sama nie wiem czy to przez naświetlania, brak snu, nerwy i zmęczenie a najpewniej przez wszystko razem.

Tego dnia również nie widziałam się z lekarzem. Dzień przyjęcia mnie na oddział zbliżał się wielkimi krokami a ja nadal nic nie wiedziałam. Kolejny dzień ciężkich widoków i historii rozrywających serce…

Naświetlanie na szczęście nie trwało długo. Po 5 minutach zostałam uwolniona z tego średniowiecznego narzędzia tortur. Tym razem jednak wracałam do domu, powłócząc nogami na przystanek autobusowy. Cały czas dojeżdżałam autobusem ale pierwszy raz czułam taki silny spadek formy. Pokonanie każdego odcinka 100 metrów stawał się na prawdę ogromnym wyzwaniem. Szczęśliwa za każdym razem przekraczałam próg domu i padałam. Jutro sobota, rano ostatnie naświetlanie. Obym tylko dowiedziała się co dalej, gdzie mam się zgłosić w poniedziałek itd.

10 sierpnia 2013

O 8 rano zgodnie z rozkładem stawiłam się na naświetlaniach. Było kilka osób ale same nieznajome twarze. Nie tak miało być. Myślałam, że spotkam lekarza, osoby które razem ze mną zaczynały naświetlania. Po ostatnim naświetlaniu dziewczyny życzyły mi powodzenia i szybkiego powrotu do zdrowia. A co dalej zapytałam…

Okazało się, że zmiana godziny naświetlań z 13-stej na 17-tą spowodowała, że lekarz szukał mnie od kilku dni ale nie znalazł. Tylko że nikt mnie nie poinformował, że zmiana godziny naświetlań może spowodować, że będę się mijać z lekarzem i nikt lekarza o mojej zmianie nie poinformował. Mało tego, wyniki badań morfologicznych, które robiłam w środę, nadal się nie znalazły i jakoś z tego powodu byłam przez wszystkich wokoło rozpoznawana. Słyszałam – a to Pani, od tej morfologii…

Zapytałam, co dalej, lekarz się ze mną nie skontaktował, nic nie wiem poza tym, ze w poniedziałek na oddział mam się przyjąć… Dziewczyny chciały pomóc, podzwoniły, powiedziały, że Pan Dr dba o swoich pacjentów bardzo. Ok, nie przeczę, ale dlaczego ja ciągle nic nie wiem i ciągle coś ginie… jak nie karta to wyniki badań, to lekarz itd.

Nic więcej się nie dowiedziałam. Przyjęłam do wiadomości, że w poniedziałek muszę się stawić na Oddział do szpitala i tyle. Co będzie to będzie. Niestety pomimo postanowienia nie denerwowania się i nabrania sił przed operacją zafundowały mi kolejne dwie bezsenne noce. Jak spałam godzinę to może maks. Byłam wycieńczona psychicznie i fizycznie…

A impreza dopiero co miała się zacząć…

 

Większy kaliber… walkę czas zacząć

11.07.2013

Nerwy stres od rana, uczucie żeby nie jechać, że może jednak wcale nie chcę znać wyników badań. Całą noc towarzyszył mi płytki sen. Rano zignorowałam wszystkie budziki, chciałam żeby to był tylko sen…

W końcu się zmobilizowałam. Do Onkologii dotarłam chwile po 8 rano. Ku mojemu zdziwieniu do gabinetu czekał już dziki tłum. Zajęłam miejsce w kolejce i czekałam. Nie miałam pojęcia, że lekarz przyjmuje dopiero od 9 rano. Zdenerwowałam się, że spóźnię się do pracy i to dużo bardziej niż planowałam. Przez pierwszą godzinę zjadał mnie masakryczny stres, potem już chyba bardziej ze zmęczenia odpuściłam. Porozsyłałam sms-y, że się spóźnię.

W końcu po 10-tej weszłam do gabinetu. Pani doktor stwierdziła brak mojej karty pacjenta, która podobno utknęła na oddziale patologii… zerknęła na moje wyniki badań w systemie, potem na mnie, po czym oświadczyła że ta konsultacja niestety nie będzie dla mnie dobra…

Po raz kolejny te wszystkie przeczucia w mojej głowie nie były obsesją  chorymi urojeniami tylko intuicją. Wynik- nowotwór, guz złośliwy. Przypadek jeszcze bardziej rzadki niż ten zdiagnozowany poprzednio. Mało tego, te guzy nie pojawiają się nad piersią, jeśli już to albo w jelitach i przewodzie pokarmowym, podbrzuszu, albo na kończynach górnych. Kolejny raz jestem indywidualnym przypadkiem.

I tak oto moja poranna wizyta przerodziła się w całodniową mękę… tym razem wysłałam info do pracy że dziś już nie dotrę…

Najpierw Pani doktor zadzwoniła na Oddział Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków czy mógłby mnie dzisiaj obejrzeć. Chirurg wyraził zgodę wiec moja karta pacjenta została wyrwana z patologii i przekazana na Oddział nowotworów. W sumie fajnie bo nie czekałam za długo.

A więc jednak operacja… Tyle że tym razem wszystko wygląda inaczej. Od razu dostałam kartę do anestezjologa, skierowanie na prześwietlenie płuc, czy przypadkiem nie mam przerzutów, skierowania na badania przedoperacyjne oraz konieczność konsultacji w celu ustaleniu terminu radioterapii przed operacją. Radioterapia w celu paliatywnym, więc powinnam zamknąć się z naświetlaniami w jednym tygodniu do max 3. Po wszystkich informacjach pobiegłam do anestezjologa. 4 osoby przede mną – 3 godziny czekania!!! Dochodziła 4 a ja siedziałam tam, kompletnie bez sił, na czczo, bez śniadania, bez wody… bez świadomości jakiejkolwiek konieczności, potrzeby picia czy jedzenia… Już zapomniałam że tak można, że stres tak może działa na człowieka. Chyba podłamałam się bardziej niż nadal mam tego świadomość.

W końcu dostałam się do anestezjologa, potem pobiegłam na prześwietlenie płuc. Po wszystkim zrobiłam sobie zdroworozsądkową przerwę, kupiłam kanapkę i coś do picia. Kiedy ją zjadłam ,wtedy dopiero poczułam się fatalnie. Poszłam pod następny gabinet… usiadłam zrezygnowana w koncie patrząc na te wszystkie osoby czekające, zmęczone, zdenerwowane… a ja po prostu nie miałam kompletnie sił. Usiadłam gotowa czekać aż wszyscy pacjenci wyjdą o ile w ogóle ja jestem na liście…. Weszłam przed 16-stą. Dostałam kolejne wytyczne, za tydzień zaczynam naświetlenia…

Tak dalej się boję i dalej jestem przerażona i kompletnie bez sił i tak dobija mnie alej fakt, że tkwię w tym wszystkim sama jak palec. Nawet mimo tego, że moja ostatnia randka chce się powtórzyć w przyszłym tygodniu to jakoś dziś mnie to nie cieszy, Czuję że wszystko zaczyna mi się wymykać spod kontroli. Nie dość, że wczoraj pękł mi ząb i mam teraz kieł jakich mało, to jeszcze dziś po powrocie z Onkologii padłam i nie dotarłam na angielski. Zaczyna się kumulować tyle rzeczy i spraw do załatwienia a ja nie mam na to siły :(

Mam tylko nadzieję, że to przetrwam… dodajcie mi sił…

Test cierpliwości

10.07.2013

Dzisiaj od rana cały dzień w nerwach i na telefonie. Po wielu komplikacjach i zawiłościach przemiła Pani z Onkologii pomimo moich bezskutecznych prób oddzwonienia do niej w kwestii wyników badań immunologicznych zadzwoniła do mnie wieczorem. Była bardzo przejęta, zapisała mnie na jutro na konsultacje.

Denerwuje się…

Boję się, że wyszło coś innego… coś gorszego… że nie skończy się na usunięciu guzka…

Muszę jakoś przetrwać tę noc. Próbowałam dziś zapisać się do „mojego chirurga”, ale patrząc po braku miejsc obstawiam że poszedł na urlop… A nie podejmę żadnej decyzji bez konsultacji z nim.

Wszystkie plany wakacyjne odwołałam, czuję się rozerwana, to jest chyba największy w moim życiu test cierpliwości.

No ale wzięłam się za bary z całą resztą. Pomału wróciłam do żywych. W pracy raz lepiej raz gorzej ale wiem, że nie zamieniłabym tej pracy na żadną inną.

No i poszłam sobie wczoraj na kawową randkę. Chyba sama siebie zaskoczyłam… i przy okazji zostałam zaskoczona :)

Chłopak poznany oczywiście na necie :) Czym ja się zaskoczyłam sama- że młodszy, sporo szczuplejszy ode mnie, jak na niego patrzyłam momentami widziałam „szczypiorek” taki młodziutki.

Czym zostałam zaskoczona? Wszystkie drzwi otwierały się przede mną, krzesła odsuwały, mało tego, zostałam odwieziona do domu i nawet drzwi do samochodu się zostały przede mną otworzone… :) Ależ się dziwnie poczułam…

No a tak poza tym to bardzo sympatyczny chłopak o gołębim sercu, nie wiem czy nie za bardzo gołębim. Z moim charakterem boje się że mogłabym go skrzywdzić… no ale nie oceniajmy książki po okładce, to dopiero pierwsze spotkanie, a ja w końcu po spotkaniu przespałam pierwszy raz od dawna całą noc i to z takim wewnętrznym spokojem. Warto było :)

Trzymajcie kciuki za jutro i za dobre wiadomości :)

 

dieta

Dieta

26marca 2013

Pierwszy dzień walki ze swoimi słabościami okazał się nawet nie najgorszy :) Jak nigdy wstałam godzinę wcześniej, przygotowałam sobie śniadanko wg przepisu, oporządziłam sierściucha (probiotyki, kropelki, pasta na wzmocnienie, czesanie i nakarmienie) no i jeszcze zdążyłam do pracy na 8-mą. Aż mi trudno w to uwierzyć. Pierwszy raz w życiu na prawdę czuję motywację, czuję, że dam radę :)

Godziny posiłków zachowane, jedzenie nawet smaczne, mankamentem jest na razie fakt, że na pierwsze zakupy wydałam majątek. No ale zamiast nie wiadomo na co wydawać, w końcu czas zainwestować  w siebie :) Wiec inwestuje w swoje zdrowie, lepsze samopoczucie i wygląd.

Dzisiaj też miałam pierwszy trening. Matko, emerytka w składzie porcelany. Powyginałam się, postękałam ale samopoczucie duuuużo lepsze:) I endorfinek też więcej. Żeby tylko tak było przez cały czas, żeby mi się chciało i żebym nie odpuszczała…

No i niedługo spotkanie z nieznajomym. Cykor? Obecny! Brak wiary w siebie? Obecny! Rozsądek? Wyszedł na spacer… Ale przyjdzie dzień, że zrobię z tym porządek. Przegonie wszystkie te wredne chochliki, imprezujące na całego w mojej głowie. Krok po kroku i przejmę władzę w głównym centrum dowodzenia :D

A jutro kolejny dzień pełen wyzwań. Trzymajcie kciuki mocno i nie puszczajcie! :D