namiętność

Trzy bardzo intensywne tygodnie…

Co zostało w mojej głowie po Sylwestrze? Strach, przerażenie, chęć ucieczki, walka z własnymi myślami, pożądanie, ciekawość, zazdrość, zwątpienie i zakłopotanie. Mieszanka iście wybuchowa…

Kiedy kobieta po wielu latach samotności, skrzętnego budowania wokół siebie muru wyznaczania granic i powtarzania sobie, że jak jest sama to tak jest jej najlepiej chociaż na chwilę zwątpi i wpuści chodź na centymetr bliżej mężczyznę, wtedy głupieje kompletnie i wszystko to co budowała latami, sypie się jak domek z kart.

Od samego początku w mojej głowie istniała myśl, że Zauroczony to po prostu jeden z przystanków na nowej drodze mego życia, odrodzenia i powrotu do żywych. Bardziej nauczyciel niż facet czy materiał na poważny związek. I to siedziało w mojej głowie jako fakt!

Zbyt wiele od samego początku nas dzieliło. On wręcz inwazyjnie wtargnął do mojego świata, przekroczył wszelkie moje bariery, wiec ja natychmiast zaczęłam sie dystansować, uśmiechać ale robić krok do tylu, nie odwzajemniając uścisków, buziaków ani bliskości, no bo jak to tak…

Tymczasem całe moje wnętrze krzyczało o jeszcze… I to był ten czynnik, który rozpierdolił cały system…

Odpychałam Go, broniąc swojej cieżkiej wieloletniej pracy nad własnym systemem obronnym, wzniosłych murów i skorupek, a w środku myślałam, że eksploduje i tym bardziej mnie to przerażało, no bo jak tak można????? Powinnam powiedzieć, że NIE!

Nie powiedziałam NIE…

Dzwonił, pisał, tęsknił… mówił o swoich uczuciach otwarcie, co również mnie paraliżowało, no bo jak tak można…

Zabierał mnie do ludzi, wyciągnął do kasyna, zaciągnął na bilarda, do kina… ciągle nowe pomysły. A mimo to nasza komunikacja kulała coraz bardziej. Ja nerwowa, wciąż skrywająca jakieś głupie bolączki z przeszłości, rozchwiana emocjonalnie, On porywczy i impulsywny, nie cierpiący krytyki i po przejściach. Cudownie…

Jedynie te chwile, które spędzaliśmy sami, były cudowne… :roll:

Wystarczyło, że na mnie spojrzał, a nogi uginały się pode mną. Nie pamiętam aby ktokolwiek kiedykolwiek tak na mnie patrzył…

Wewnętrzna walka we mnie ciągle trwała. Pozwoliłam sobie na kolejną chwilę słabości i po jednej imprezie wróciłam z Zauroczonym i Młodym – jego przyjacielem, do niego do domu. W sumie to ja ich przyprowadziłam, bo dali sobie nieźle w palnik :) Młody fajny gość, dużo ostatnio gadaliśmy. Takie dwa krejzole dostające głupawki, śmiejące się ze wszystkiego i z niczego, tematy sie po prostu nie kończyły. Może to dziwnie zabrzmi, ale w pewnym momencie czułam się jakbym odnalazła młodszego brata :D Chcąc nie chcąc taką zażyłością wzbudziłam zazdrość Zauroczonego. Po kilku próbach położenia Młodego spać w końcu zostaliśmy sami i znowu po moim ciele przebiegały ciary kiedy On tak na mnie patrzył… i całował…

Kolejny krok w stronę zguby. Tak dawno nie angażowałam się emocjonalnie, że to, co sie działo w mojej głowie, to był jakis armagedon!

Z jednej strony było mi dobrze, czułam się podziwiana, pożądana, piękna i mądra. Do tego wspierana na każdym kroku, całowana po rękach, uwodzona i zaskakiwana. Z drugiej strony chciałam uciec… Ale zostałam. Przytuliłam się mocno i zasnęłam. I nie spałam zbyt dobrze, wcześnie się obudziłam, akurat Młody sie zawijał. Patrzyłam na Zauroczonego jak śpi… wyglądał niesamowicie bezbronnie i spokojnie :)

A mimo to znowu nie potrafiłam się odnaleźć… ubrałam się, pożegnałam i wróciłam do domu pod pretekstem różnych zajęć.

Każde nasze kolejne spotkanie powodowało, że leciały iskry. Dosłownie… Sprzeczaliśmy się strasznie a i chemia miedzy nami była silna. Dwie skrajności. Ja walczyłam i ze sobą i z Nim…

Perfidnie wykorzystywałam jego słabości :twisted: , nagle się okazało, że kompletnie nie sprawia mi problemu żeby go uwieść, sprawić, żeby nie mógł przestać o mnie myśleć. Nigdy taka nie byłam, wiec jak, skąd… ??????!?!?!

A to przypadkowy dotyk, a to odpowiedni dobór słów, a to mocniejszy makijaż, perfumy i sukienka… tworzyła sie magia chwil, która powodowała, że On po prostu nie mogł mi się oprzeć, a ja coraz bardziej potrzebowałam tej bliskości, dotyku, pożądania… jak narkotyku… ciągle i bez przerwy… nie potrafiłam normalnie funkcjonować, zachowywałam sie irracjonalnie mimo, że to nie był stan zakochania. Czasami siadałam po prostu obok Niego i prowokowałam do rozmowy. Chciałam w końcu dowiedzieć się o Nim czegoś więcej… jaki jest, co lubi, czego nie, o czym marzy, jakie ma wartosci… Lubiłam go słuchać. Doszłam do wniosku że to kawał dobrego faceta a dobrym serduchu.

A mimo to ja nie potrafiłam sie odnaleźć sie w tej relacji, niektóre sytuacje wyprowadzały mnie z równowagi, doprowadzały do łez, potrzeba ciągłej bliskości mnie niszczyła… i to spowodowało, że pewnego dnia dostałam wiadomość „Musimy poważnie porozmawiać” i już wiedziałam, że to jest koniec… koniec naszej relacji, ale też początek czegoś nowego dla mnie :)

Nie myślałam, że ten moment będzie dla mnie tak frustrujący, mimo że w środku czułam, że tak będzie lepiej i dla niego i dla mnie. Jest super facetem i dobrze mu życzę, jak na początku wspomniałam, w pewnym sensie jest moim nauczycielem, dzięki Niemu odkryłam kolejny kawałek siebie i to sie liczy :)

A jak się rozstaliśmy? Chociaż może to zbyt mocne słowo, w końcu to była tylko 3 tygodniowa znajomość a patrząc na  wszystkie wydarzenia i emocje, odnoszę wrażenie, że trwała całe miesiące, tyle się działo. Spotkaliśmy się… prawie po tygodniu od ostatniego spotkania. Ja już dłużej tak nie mogłam. On chyba też nie. Byłam na siebie wściekła, że mnie przerosła ta cała sytuacja, ryczałam jak dziecko. Ale chciałam pogadać, spokojnie wszystko wyjaśnić, bez kłótni, pretensji i chorych oskarżeń.  Zadzwoniłam… spotkaliśmy się… I to była bardzo oczyszczająca rozmowa. Wiele sobie powiedzieliśmy, ja niestety znowu sie rozryczałam, ale starałam sie jak mogłam, aby zapanować nad wszystkim. Straszne są takie emocje skumulowane w środku. Uściskaliśmy się, oboje zgadzając się, że jako para nie mamy szans. Padła propozycja utrzymania znajomości :) Czy realna czy nie czas pokarze.

Na razie jeszcze wszystko układam sobie w głowie.

A tamten wieczór zakończyliśmy dość sympatycznie i w sumie symbolicznie. On zabrał mnie ze sobą na imprezę, nie pozwolił mi samej wrócić do domu… Wytańczyłam wszystkie emocje, o dziwo świetnie się bawiłam, śmiałam się i żartowałam, poczułam ulgę… I przetańczyliśmy kilka naszych ostatnich kawałków, ale w sposób, którego nie potrafię nawet opisać. Już nie razem, a mimo to blisko. Myślę, że to było bardzo miłe pożegnanie :D Po imprezie odwiozłam Go do domu i wróciłam do siebie. Padłam z uśmiechem na twarzy zastanawiając się co przyniesie mi jutro.

Powrót…

Dawno nie pisałam. A szkoda… sporo się wydarzyło w moim życiu i nie do końca nadal potrafię to wszystko zrozumieć.

Zawsze byłam tchórzem, bałam się zmian, bałam się ludzi, bałam się być sobą, oszukiwałam samą siebie. Nie ma nic gorszego niż zrobić sobie coś takiego… zamknąć się w klatce, marzyć o szczęściu i na każdym kroku unieszczęśliwiać się. Takie było całe może życie, nigdy nie wierzyłam w siebie, do całego świata miała żal więc jak cokolwiek mogło się udać?????

W połowie 2014 roku zaczęłam nagle odbierać świat inaczej. Co było powodem? Nie wiem. Wyszłam ze skorupki i nagle oświetliło mnie piękne i jasne słońce i zamiast się ukryć przed nim jak to miałam w zwyczaju, zostałam… Poczułam ciepło na twarzy, zamknęłam oczy i na sekundę oszalałam ze szczęścia.

No i cóż… chłopczyca zaczęła nagle po 30-tce dbać o wygląd, chodzić do fryzjera, kupować sukienki, buty na obcasie, coraz to wymyślniejsze kosmetyki, perfumy… Założone konta na wielu portalach społecznościowych po mału zaczęły w końcu żyć. Zamiast spędzać wszystkie wieczory w zacnym własnym towarzystwie, tudzież przyjaciela kudłatego czworonożnego, miauczącego niemiłosiernie kiedy tylko zajmowałam się istnieniem w sieci. To niesamowite jak człowiek sam tworzy sobie złudny świat i uparcie w niego wierzy. Codziennie powtarzałam sobie że jestem szczęśliwa, że wrócę do mieszkania, w którym wciąż zamieszkuję z rodzicielami… Ileż prób juz przeszłam aby to zmienić- bezskutecznie. Więc po co miałam gdzieś wychodzić, skoro zawsze ktoś za ścianą siedział…

Najpierw obudził się we mnie głos, że mam już dość samotności. Bo długim związku nie zostało już nic. Minęły już 3 lata a ja się w końcu pozbierałam i najwyższy czas aby coś w końcu z tym swoim życiem zrobić. Jak postanowiłam tak zrobiłam, zaczęłam umawiać się na randki z facetami z sieci. Było ciężko…. ciągle mi coś nie pasowało, nie czułam się dobrze we własnej skórze. ciągle zadawałam sobie pytanie, co jest ze mną nie tak. Czy mam az tak cholernie wygórowane wymagania? Z może boję się stracić swoją niezależność, którą uparcie tyle lat budowałam, mówic sobie że jestem szczęśliwa i nie potrzebuję nikogo. A może umawiałam się z niewłaściwymi facetami. nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Praca dodatkowo mnie wykańczała. Korporacji wysysająca z człowieka resztki motywacji i zadowolenia. Uparcie chodziłam na różne spotkanie a to z ludkami z pracy a to czasem ktoś ze znajomych zaprosił do knajpy, ale nie mogłam się odnaleźć. Alko mi nie wchodził, ciągle myślałam żeby już wyjść i wrócić do domu.

I dalej chodziłam na randki, uparcie sobie wmawiając, że nie mogę przestać, że się nie poddam. Szukałam sensu, malutkiego światełka, odpowiedzi na tysiące pytań torpedujących mój umysł każdego dnia.

Potem zapragnęłam urlopu… ale z kim… po wielu trudach i przejsciach udało się wyjechac z kumpela poznana rowniez w sieci do Włoch. Jeden tydzień…. tylko jeden tydzień… Ja całe zycie bojąca sie samolotów, nie cierpiaca latać, narzekająca i ie potafiąca się przystosować, teskniaca za domem ktory mnie dusił, wsiadłam pewnego pieknego dnia do samolotu lecacego do Włoch i myslalam ze zniose strusie jajo ze szczęścia… :D Lot był wspaniały, Włochy piękne, wino szumiało w głowie, widoki zapierały dech w piersiach, słońce parzyło, jedzenie pieściło moje podniebenie, wycieczka objazdowa tylko dodawała energii, chodzenia, podziwiania i delektowania sie miejscem wciaz nie było dosc :) Pierwszy raz w zyciu dosłownie zachłysnęłam się wakacjami. Miałam wrażenie że jestem na non stop na haju… śmieję się, zaczepiam ludzi, smakuje, probuje i nagle nie mam oporow pozawac nowych ludzi, nie czuje sie brzydsza, gorsza, niedowartosciowana… Bojac sie wtody i wstydzac sie wlasnego ciala jakims cudem poszlam na basen poplywac, malo tego, poszlam poplywac w morzu i w kostiumie opalac sie na plazy i bylo mi z tym dobrze. Byłam cholernie szczesliwa i ciagle chcialam wiecej. Włosi… cudowni :) Nawet przezylam krótki ale jakze intrygujacy i namietny romans z Włochem… po cichu w tajemnicy snując intrygi. Pierwszy raz w życiu poszłam do łózka z nieznajomym mężczyzną, nie potrafiąc się z nik kompletnie porozumieć na płaszczyźnie werbalne, za to otwierając się całą sobą na jego osobę. Pierwszy raz dostałam to czego chciałam, niekogo i niczego nie udawałam i potrafiłam dać od siebie dużo wiecej niz to sobie wyobraziłam. To był magiczny czas.Z bólem serca wracałam w środku lata ze słonecznych Włoch do zalanej deszczem Polski.

Potem… potem było źle… Ogromny dół psychiczny, tesknota, żal. Nie byłam w stanie podnieść się z łóżka. Moje obecne życie wydawało mi się nic nie warte, puste, oszukane, bezbarwne i cholenie samotne. Długo dohodziłam do siebie. Po jakims czasie znowu zaczęłam chodzic na randki. Z reguły znajomosci konczyły sie po 2-4 spotkaniach. Nie było tego czegoś… Owszem, była adrenalina, ekscytacja, ciekawość… Do momentu aż znowu to ja zaczynałam ciągle z siebie coś dawać. Ne chciało mi się… Powróciła sinusoida, dni pełen euforii po których następowały dni mroczne. Ale potrzeba akceptacji, poczucie się potrzebną, ważną, wciąż nie malała.

Różnica… mimo wszystko od pół roku w sercu zagościła jakaś dziwna radość. Dużo się działo wokół i były to sytuacje do których nie byłam przyzwyczajona. Ciągle zdawałąm sobie pytanie, o co chodzi, skąd takie uczucie w środku, powodujące stan uniesienia? Moje reakcje na dane sytuacje zaczely sie zmieniać. Zaczal pojawiac sie spokoj i opanowanie po tylu latach. Wyprowadzona w równowagi, szalejąc z wsciekłości po chwili potrafiłam powrócić na ziemię, opanować się.

I tak analizując sobie zdałam sobie sprawę, że wszystkie zmiany miały swój początek po przekroczeniu owej jakże nieoczekiwanej przez kobiety 30-stki :) Kilka lat temu żyłam ze świadomością, że dla związku poświeciłam swoją tożsamość. Dziś mam wrażenie, nie nigdy wcześniej jej nie miałam, byłam jedną wielką kulką strachu i kłamstw. Żyłam życiem innych, robiłam to co wypada, mówiłam to co wypada i czułam to co powinnam. Mimo że w środku wszystko we mnie krzyczało, nie zgadzając sie na moją fałszywą postawę. Tak więc uczę w końcu prawdziwej siebie od początku :) Smakuję swoje emocje i odczucie, przemyślenia i pragnienia. I bardzo mi się to podoba. W końcu w jakimś stopniu czuję, że mogę coś zrobić ze swoim życiem i że tylko ja mam na to tak na prawdę wpływ, póki nie podejmę różnych działań, utknę.

Dlatego żałuję, że nie zaczęłam pisać wcześniej. Umknęło mi wiele niesamowitych myśli, obserwacji i uczuć. No i na wiele mysli straciłam za dużo czasu zamiast je wyrzucić z siebie od tak i iść dalej.