pragnienia

Droga

Codziennie podejmujemy tysiące decyzji, tych maluczkich i tych ważniejszych. I choćbyśmy chcieli, nigdy nie przewidzimy jak nawet te najdrobniejsze mogą nagle zmienić nasze życie. Może to być wyjście z domu kilka minut później, bo czegoś zapomnieliśmy albo zmiana drogi do pracy, tak po prostu, żeby zagrać rutynie na nosie. Codziennie takie miliony drobiazgów budują nasze życie, powodują że wybieramy drogę jaką podążamy.

Ponad rok temu miałam w głowie mnóstwo planów i pomysłów. Byłam pewna że wiem czego chcę i dokąd zmierzam. A dziś? Dziś już chyba nie wiem nic. Zmiana pracy kosztowała mnie więcej, niż mogłam przypuszczać. Ciągły brak odpoczynku i wszechobecny stres nadal zbierają żniwo. Ale nie żałuję niczego. Jedyne co mnie smuci to fakt, że nie udało mi się uciec z korporacji, bo trafiłam do kolejnej. Ale pomimo ciężkiej roboty po godzinach i ogromnego przemęczenia czuję satysfakcję. Dostałam się na stanowisku, na które sama nigdy bym nie aplikowała. Dlaczego? Bo po przeczytaniu oferty od razu stwierdziłabym że się nie nadaje, bo jestem za słaba. A kiedy oferta sama do mnie zapukała i nie było odwrotu wycofania się z już umówionej rozmowy, tym większym zaskoczeniem była oferta pracy. Stąd satysfakcja- nie uciekłam, nie poddałam się i wciąż szukam rozwiązań jak okiełznać to co nieznane. Chociaż w tej kwestii na jakiś czas moja sytuacja się ustabilizowała. Jest czym zapłacić za rachunki :D

Potem pomyślałam, ze skoro jest pensja to może uda się coś zaoszczędzić. Wiec kombinowałam jak tu przetrwać miesiąc na minimalnych kosztach i jeszcze skorzystać trochę z uroków tego lata. Wiedziałam, że nie będę miała jak wyjechać na dłużej żeby znaleźć ciszę i ukojenie i spuścić trochę stresu. Ale przecież kilka dni urlopu mi przysługuje :) I tak na głos zaczęłam wypowiadać kolejne życzenia. I tak z moim Zdobywcą pojechaliśmy na tydzień na Mazury. Okazało się że dotarliśmy w te same miejsca gdzie byliśmy razem po raz pierwszy i to w tym samym czasie tylko rok wcześniej :D To był magiczny tydzień…. spaliśmy do południa, zwiedzaliśmy popołudniami, wszystko bez planu, na kompletnym spontanie. Nocami kąpaliśmy się w jeziorze albo chodziliśmy nad rzekę z butelką wina, siedzieliśmy i gadaliśmy. I mogliśmy tak bez końca, o wszystkim i o niczym.

Przy Nim odnajduję spokój, wyciszam się. Robię różne rzeczy które wcześniej były dla mnie ogromnym problemem a teraz nagle stały się nawet przyjemnością. Łatwiej przychodzą mi codzienne zmagania z tymi tysiącami przeciwieństw, które ciągle sypią się jak z rękawa…

Po Mazurach szaleństwa był ciąg dalszy. Zdobywca spełnił moje kolejne marzenie. Kiedyś powiedziałam, ze chciałabym pójść na koncert jednego z zespołów. Chwilę później dostałam sms z informacją, że bilety na koncert załatwione…. jedziemy do…. Berlina :D usiadłam i zaniemówiłam. Od trzech miesięcy każda chwilę gdzieś jeździmy. W tygodniu zostaje w pracy po godzinach żeby zdobyć dodatkowy budżet i ewentualnie odebrać nadgodziny jako wolne dni. Uwielbiam nasze wyjazdy, zawsze na spokojnie, bez pośpiechu, bez dokładnego planu. Nie trzymając się wyznaczonej trasy ani szlaków. Zawsze spotykamy niesamowitych ludzi, znajdujemy wspaniałe miejsca. To jest jak magia. Często w tym samym momencie robimy lub myślimy to samo. Śmiejemy sie, że jeszcze trochę i nie będziemy musieli rozmawiać, wystarczy spojrzenie i wszystko będzie jasne. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie życia bez naszych rozmów.

Mimo wszystko jednak, mimo że czuje się szczęśliwa to z drugiej strony towarzyszy mi ogromna frustracja. Ten rok spowodował, że stałam się inną osobą. Moje wcześniejsze plany, podglądy, zasady, dążenia…. Wszystko runęło. Czuję że od początku poznaję siebie i podejmuje nowe decyzje i jest cholernie trudne. Bo to powoduje również duże zmiany w otoczeniu, ludziach, wiele trudnych decyzji które trzeba podjąć. Poza pracą i naszymi wspólnymi weekendami nie mam czasu na nic. Wracam do domu i padam na pysk. Rano wstaje nieprzytomna. Kręgosłup nadal doskwiera. Próby zrobienia porządków jesiennych na działce ostatnio zakończyły się bardzo niebezpiecznie. Niestety problemy z kręgosłupem wykluczają dźwiganie czegokolwiek i przeciążanie się. Podniesienie cięższej rzeczy powoduje paraliż i ogromny ból. Po 15 minutach nie byłam w stanie się ruszyć. Poryczałam się dosłownie. nie wyobrażam sobie życia bez działki i pracy na niej. To zawsze była moja odskocznia, tam ładowałam bateria, a teraz nawet liści nie jestem w stanie zagrabić. Wciąż jednak wierzę, że jeszcze będzie lepiej. Ze dalsze nastawienia kręgosłupa coraz bardziej będą pomagać.

Nie mam pojęcia w jaki miejscu teraz stoję. Dokąd dotrę. Jak na nowo ukształtuje się moja osobowość. Bo na chwilę obecną nie mam nawet ochoty na spotkania z innymi. Wszyscy znajomi poszli w odstawkę. Ani fizycznie nie mam na to siły ani psychicznie. Mam w głowie mały armageddon i jedyne o czym marzę, to cisza, spokój i odpoczynek.

Rok 2015_ magia i szaleństwo

W tym roku tak wiele rzeczy niesamowicie trudnych wydarzyło się w moim życiu, że nawet ciężko było znaleźć czas na pisanie, a szkoda, bo te wszystkie emocje towarzyszące poszczególnym wydarzeniom… bezcenne były.
Dlaczego dziś postanowiłam napisać? Bo chcę się podzielić w końcu moimi odczuciami i myślami.

Rok 2015… magiczny…

Rozpoczął się od zmiany otoczenia, wizerunku, imprezowania, klubów, flirtów i poznania ludzi którzy dziś są moimi przyjaciółmi. Są nieobliczalni i niesamowici i kocham ich właśnie za to jacy są :D Kilka szalonych wyjazdów ale i wspaniała codzienność, poranne „siema czarownico, co słuchać, miłego dnia :P”.  Zawsze pamiętają, zawsze są.

W międzyczasie również straciłam moją ukochaną babcię. Jeszcze w maju byłam na jej urodzinach. Serce mi się ściskało okropnie jak patrzyłam na tą buzię o szarej cerze, smutne oczy, brak energii i chęci życia. Spojrzenie wołające o pomoc. Rozpacz mnie ogarniała. Od dawna nie dawałam rady jej odwiedzać…. Było to silniejsze ode mnie. Imprezowe życie, alkohol, ciągły pęd pozwalały mi o tym nie myśleć. Żegnając się z babcia w dniu jej urodzin, złapała mnie mocno za rękę… nie chciała mnie puścić… to spojrzenie… błagające… było straszne. Ułamki sekund a serce mi się rozdzierało. Przytuliłam ją mocno po czym wyszłam z mamą, zostawiając ją z jej byłą synową. Kilka dni później w pracy dzwonił mój telefon. Nieznany numer. Bałam sie odebrać…. nie byłam w stanie, sparaliżowało mnie. Potem odezwała sie mama, ze babcia jest w szpitalu i zabrało ją pogotowie. Pędziłam po pracy do domu, żeby pojechać z mama do szpitala. Wysiadałam juz u siebie z windy i zadzwonił telefon. Odebrałam szybko. Dzwonili ze szpitala… babcia zmarła… osunęłam się po ścianie na klatce i łzy leciały mi jak grochy. Nie pamiętam co mówił do mnie lekarz, mimo ze bardzo starałam sie wtedy słuchać. Długo mówił… Kiedy się rozłączył jakoś udało mi się trafić kluczem do zamka i wejść do domu. Podeszłam do mamy i nie wytrzymałam. Wpadłam w rozpacz i nie mogłam przestać łkać… Powiedziałam jej co się stało. Mama tego dnia była twardsza ode mnie. A to przecież chodziło o jej mame…. Nie wiem ile czasu mnie uspokajała. Zanosiłam się płaczem. Następnego dnia to mama się załamała, ja starałam sie jak najwięcej załatwić. Tak, nadal mam wyrzuty sumienia że mnie przy babci nie było. Ze w pewnym momencie się odsunęłam. To jak wtedy chciała mnie zatrzymać… Boli strasznie.  I nie wiem czy kiedykolwiek do końca będę potrafiła sobie  tym poradzić…

W międzyczasie pojawił się On. Wariat który oszalał na moim punkcie tylko dzięki rozmowom na internecie. Poznaliśmy się na grupie mając wspólnych znajomych. Oszalał, zakochał się i przyjechał do mnie ponad 500 km. I mimo ze ja nie chciałam żadnego związku, odpychałam go, raniłam i sama przeżywałam katusze, On wciąż był i twierdził że kocha. Co jakis czas wsiadał w pociąg i przyjeżdżał na kilka dni, bo chciał mnie zobaczyć… Efekt końcowy…? Jakis czas temu spakował się w torbę podróżną, wsiadł w pociąg i przeprowadził się o te 500 km do Warszawy, żeby byc tu przy mnie…. Z jedną torbą… Powiedział że wszystko czego potrzebuje ma tu… czyli mnie….Wynajął mieszkanie, znalazł pracę i został…. Nawet teraz kiedy to pisze, nie wierzę w to wszystko… Może jednak mam szansę na szczęście i miłość w życiu, tylko muszę sobie na to pozwolić…

We wrześniu rzuciłam prace :) Tak po prostu nie podpisałam aneksu. Miałam dość. Od dawna spóźniałam sie codziennie i to coraz bardziej. Udawałam ze pracuje i miałam coraz większą depresję. Korporacje jednak potrafią wykończyć ludzi. Tym bardziej, że mój zespół wyglądał podobnie jak ja, zmęczenie, depresja, zero motywacji do pracy, zagrywki psychologiczne i mobbing…W momencie podjęcia tej decyzji poczułam jak tony ciężaru spadają z moich barków. Oj bałam się jak cholera. No bo co dalej? Jak będę żyć…. Najciekawsze jest to że odkąd nie mam pracy, nie mam na nic czasu. Ucze sie nowych rzeczy do zmiany kwalifikacji i poświęcam czas najbliższym. W tym roku gdzie się nie obejrzę, u każdego dzieją się straszne rzeczy…. Serce ściska. Ale ten rok uświadomił mi, jak ważni są dla mnie ludzie. Ilu mam wokół siebie życzliwych duszków, którzy byli kiedy sie załamałam. Kiedy to wszystko mnie przerosło i chciałam się poddać, przestałam wychodzić z domu i odzywać się do ludzi, kiedy chciałam uciec…. nie pozwolili mi na to. I za to jestem im ogromnie wdzięczna.

A dziś… dziś gratulowałam znajomej na portalu społecznościowym narodzin synka. Nagle zauważyłam, że jedna z osób które również złożyły gratulacje, jest żona mojego byłego, tego z wieloletniego związku. I tu się zdziwiłam. Bo zabolało. A minęlo już tyle lat… Nie wytrzymałam, zajrzałam na jej profil, zobaczyłam ich zdjęcia i ukłuło jeszcze bardziej…. No co za ciort. Powiedziałam sobie, nie! To jest przeszłość. Ja też mam już swoje życie. Dużo osiągnęłam i może nieporadnie ale walczę dalej. Nie minęła godzina i dostałam sms… właśnie od byłego…. nie miałam z nim kontaktu od pół roku i byłam pewna, że już go nie będę miała. Nie chciałam nawet się odzywać. Tym czasem wpadła mi wiadomość z pytaniem co u mnie, jak się czuje, jak zdrowie…..? Poczułam sie z tym dziwnie, nie komfortowo… wręcz źle. I nie do końca wiem co z tym zrobić.

Takie tam refleksyjne przemyślenia…

Poprzedni post był dość osobisty, ale opisanie całej tej sytuacji pozwoliło mi na porządną refleksję. I jak najbardziej teraz mogę potwierdzić, że to nagła potrzeba bliskości kompletnie mnie zaślepiła. Przed dobre dwa tygodnie dosłownie pożerały mnie tak skrajne emocje, że nawet gdybym chciała, nie potrafię ich wyrazić. To niesamowite, że kiedy po tylu latach samotności, kiedy człowiek w końcu się otworzy na inną osobę, może się aż tak zagubić.

Nie, niczego nie żałuję :) Z tych złych chwil wyciągam wnioski dla siebie i naukę na przyszłość. Z tych miłych… uśmiech :) I idę dalej przed siebie.

10410185_877707765607739_8073923310849382353_nDzięki Zauroczonemu nagle zaczęłam chodzić w weekendy do klubów – potańczyć. Przez całe swoje życie chyba nie odwiedziłam tylu klubów co ostatnio. I mimo „rozstania” Zauroczony dalej do mnie pisze  przed imprezami małą grupą znajomych spotykamy się jeszcze na jakieś piwko, pogadać :) Tyle że od momentu wejścia do klubu wchodzimy już do szerszej grupy znajomych i w zasadzie bawimy sie oddzielnie. I szczerze mówiąc nawet mi to odpowiada.

Mimo, że ciągle zadaję sobie pytanie, co ja tam robię? Bo kluby to nie do końca moja bajka. Tłumy, duchota, okropnie głośna muzyka, krzyczące tłumy. To wszystko na dłuższą metę staje się męczące.

Na początku zła i zazdrosna co chwila schodziłam z parkietu i beznamiętnym wzrokiem obserwowałam, jak Zauroczony obtańcowuje po kolei dziewczyny w klubie. Ależ mnie to wkurzało. Nie, nie to że obtańcowuje, tylko to, że mnie to wkurza. Bo co mnie to w końcu interesuje. Co jakiś czas w mojej głowie pojawiał się kolejny plan, żeby zawrócić ponownie w głowie Zauroczonemu. Ale po co do cholery? Niby co miałabym takim zachowaniem sobie udowodnić? Przecież doskonale wiem, że z tym facetem nie stworzę nigdy udanego związku… więc po tracić fajną znajomość i tracić szacunek do samej siebie!?!?! To, co działo się w mojej głowie, bardzo mi się nie podobało!

Przetrwałam jedną okropną imprezę w klubie, gdzie nagle zostałam sama na parkiecie, nie było wokół mnie żadnej znajomej twarzy. Hałas i te obce tłumy, że nawet na milimetr nie można było się ruszyć, powodowały że wszystko we mnie krzyczało żeby uciec. Wytrzymałam do 1 w nocy, w końcu uciekłam, pobiegłam do szatni, odebrałam swoje ubranie z szatni i wyszłam na powietrze. Zachłysnęłam się aż świeżym powietrzem. Miałam gigantycznego doła, wróciłam do domu i próbowałam znaleźć sobie miejsce. Nie potrafiłam… Spałam źle. Kolejny dzień też był ciężki. Ale obiecałam sobie, że się nie poddam, nie tym razem i nie tak łatwo. Muszę w końcu się nauczyć słuchać siebie, funkcjonować w społeczeństwie, dowiedzieć się dokąd zmierzam.

Minął tydzień od tej potwornej imprezy i rozstania. Zauroczony znowu się odezwał z propozycją spotkania. Ponieważ ledwo trzymała się na nogach, zakatarzona i wykończona ledwo wróciłam do domu, zakopałam się pod pierzynę i odpisałam że przepraszam, ale nie dam rady. I to był pierwszy raz, kiedy odmówiłam i nie żałowałam. Nie robiłam wszystkiego, żeby tylko do niego pojechać. Zrobiłam coś czego na prawdę potrzebowałam- poszłam spać. I pierwszy raz w tym roku przespałam dużo więcej niż 5h i było mi z tym cudownie :)

Za to w sobotę juz nie wytrzymałam. Mimo średniego samopoczucia chciało mi się do ludzi. I tutaj ciekawa sytuacja :) Kilka dni wcześniej w ramach relaksu do pracy umówiłam się z inną ekipą znaną już trochę na necie do kina na Pingwiny z Madagaskaru :) Film na prawdę  polecam, płakałam ze śmiechu i na prawde się zrelaksowałam. Zastanawiam się czasem, czy kreskówki na pewno są dla dzieci… :) W każdym razie na film przyszło tylko 2 kumpli, reszta nie dotarła… no to się zapoznaliśmy uściśnięciem dłoni, a po filmie każdy poszedł w swoją stronę. Może kilka słów zamieniliśmy.

No to w sobotę poszliśmy sobie w kilka osób do knajpki na piwko i potańczyć przed klubem, kilka nowych twarzy było. A tu nagle dołączył do nas kolega z kina od Pingwinów :) Zauroczony nagle wielce zdziwiony, że skąd my się znamy i w ogóle posypało się milion pytać, że jak, że gdzie, że kiedy. I wtedy do mnie dotarło, że to jest to, muszę iść dalej, poznawać nowych ludzi, nie oglądać się na przeszłość. Z kolegą od Pingwinów przegadałam z pół wieczoru, rozmowa toczyła się całkowicie naturalnie a humor dopisywał. Kolejna ciekawa osobowość :) Co ciekawe, im bardziej staram się nie patrzeć na facetów jak na facetów, ale ze zwyklej ludzkiej ciekawości próbuje ich poznać, po prostu cały czas ktoś obok mnie jest i uparcie proponuje kolejne spotkanie. Ciekawy mechanizm… Bo nie szukam randek i faceta, w każdym razie nie na siłę. A efekt jest taki, że kilku ostatnio poznanych ludków w dość ciekawych okolicznościach próbuje mnie wyciągnąć a to do kina, a to do pubu, a to do teatru, do klubu….  Kiedyś nawet bym się nie zastanawiała, zmieniała swoje wszystkie plany byleby pójść. Dziś przeprowadzam kalkulację, nie odwołuje swoich zajęć, nie przełożę spotkania z przyjaciółką czy dobrym znajomym lub sprawy waznej dla mnie, trudno. Zaczynam odpowiadać sobie na pytanie, co jest dla mnie ważne. I od momentu kiedy tak podchodzę do sprawy, tym jeszcze bardziej i częściej dostaję kolejne propozycje… Ciekawe zjawisko…

Wracając do tematu – po pubie pojechaliśmy do klubu. Zauroczony z kolegą od Pingwinów nie przypadli sobie do gustu, raczej skakali sobie do gardeł, no ale cóż ja poradzę. w klubie w końcu wyluzowałam, przywitałam się w końcu ze wszystkimi, zamówiłam drinka i poszłam szaleć na parkiecie. Muzyka była super. W końcu czułam że się odnalazłam. Trochę pogadałam trochę potańczyłam iw końcu doceniłam grupę, dzięki nim czułam się bezpiecznie, nie byłam tam sama.

I tak około 2 rano usiadłam w końcu na taborecie, popatrzyłam na grupę i na innych ludków którzy imprezowali. I znowu dotarły do mnie skrajne emocje.

Pierwsza… zamknęłam rozdział Zauroczonego, dotarło do mnie, że udało mi się ogarnąć emocje. Jak razem tańczyliśmy, to już nie było to, było inaczej, ja poczułam się w końcu sobą i szeroko się w duchu uśmiechnęłam. Znowu poczułam się świadomą i wolną kobitką :) Powróciła kontrola, powrócił rozsądek, powróciła chęć walki i poszukiwania siebie, szczęścia, życia, radości.

Druga… patrzyłam na znajomych, tańczących w rytm muzyki. Wielu z nich codziennie uporczywie szuka w życiu szczęścia. Wrzuca na fb na tablice różne motywujące teksty mądrości życiowe. Sama do nich w pewnym stopniu należę. Ale dotarło do mnie czego nie potrafię zaakceptować. Nie chodzę do klubu po to, aby ktoś mnie obmacywał w tańcu, nie szukam uparcie faceta, który ze mną zatańczy, byle jakiego, byleby nie tańczyć sama. Desperacja niektórych osób jest straszna. Aż słabo mi się zrobiło… ja tak nie umiem, choćbym nie wiem ile wypiła, nie umiem. Jeśli idę w takie miejsce, muszę czuć się bezpiecznie. I póki takie poczucie mam, póki otaczają mnie znajomi, którzy nie przekraczają również wobec mnie pewnych granic, jest super :)

 

Trzy bardzo intensywne tygodnie…

Co zostało w mojej głowie po Sylwestrze? Strach, przerażenie, chęć ucieczki, walka z własnymi myślami, pożądanie, ciekawość, zazdrość, zwątpienie i zakłopotanie. Mieszanka iście wybuchowa…

Kiedy kobieta po wielu latach samotności, skrzętnego budowania wokół siebie muru wyznaczania granic i powtarzania sobie, że jak jest sama to tak jest jej najlepiej chociaż na chwilę zwątpi i wpuści chodź na centymetr bliżej mężczyznę, wtedy głupieje kompletnie i wszystko to co budowała latami, sypie się jak domek z kart.

Od samego początku w mojej głowie istniała myśl, że Zauroczony to po prostu jeden z przystanków na nowej drodze mego życia, odrodzenia i powrotu do żywych. Bardziej nauczyciel niż facet czy materiał na poważny związek. I to siedziało w mojej głowie jako fakt!

Zbyt wiele od samego początku nas dzieliło. On wręcz inwazyjnie wtargnął do mojego świata, przekroczył wszelkie moje bariery, wiec ja natychmiast zaczęłam sie dystansować, uśmiechać ale robić krok do tylu, nie odwzajemniając uścisków, buziaków ani bliskości, no bo jak to tak…

Tymczasem całe moje wnętrze krzyczało o jeszcze… I to był ten czynnik, który rozpierdolił cały system…

Odpychałam Go, broniąc swojej cieżkiej wieloletniej pracy nad własnym systemem obronnym, wzniosłych murów i skorupek, a w środku myślałam, że eksploduje i tym bardziej mnie to przerażało, no bo jak tak można????? Powinnam powiedzieć, że NIE!

Nie powiedziałam NIE…

Dzwonił, pisał, tęsknił… mówił o swoich uczuciach otwarcie, co również mnie paraliżowało, no bo jak tak można…

Zabierał mnie do ludzi, wyciągnął do kasyna, zaciągnął na bilarda, do kina… ciągle nowe pomysły. A mimo to nasza komunikacja kulała coraz bardziej. Ja nerwowa, wciąż skrywająca jakieś głupie bolączki z przeszłości, rozchwiana emocjonalnie, On porywczy i impulsywny, nie cierpiący krytyki i po przejściach. Cudownie…

Jedynie te chwile, które spędzaliśmy sami, były cudowne… :roll:

Wystarczyło, że na mnie spojrzał, a nogi uginały się pode mną. Nie pamiętam aby ktokolwiek kiedykolwiek tak na mnie patrzył…

Wewnętrzna walka we mnie ciągle trwała. Pozwoliłam sobie na kolejną chwilę słabości i po jednej imprezie wróciłam z Zauroczonym i Młodym – jego przyjacielem, do niego do domu. W sumie to ja ich przyprowadziłam, bo dali sobie nieźle w palnik :) Młody fajny gość, dużo ostatnio gadaliśmy. Takie dwa krejzole dostające głupawki, śmiejące się ze wszystkiego i z niczego, tematy sie po prostu nie kończyły. Może to dziwnie zabrzmi, ale w pewnym momencie czułam się jakbym odnalazła młodszego brata :D Chcąc nie chcąc taką zażyłością wzbudziłam zazdrość Zauroczonego. Po kilku próbach położenia Młodego spać w końcu zostaliśmy sami i znowu po moim ciele przebiegały ciary kiedy On tak na mnie patrzył… i całował…

Kolejny krok w stronę zguby. Tak dawno nie angażowałam się emocjonalnie, że to, co sie działo w mojej głowie, to był jakis armagedon!

Z jednej strony było mi dobrze, czułam się podziwiana, pożądana, piękna i mądra. Do tego wspierana na każdym kroku, całowana po rękach, uwodzona i zaskakiwana. Z drugiej strony chciałam uciec… Ale zostałam. Przytuliłam się mocno i zasnęłam. I nie spałam zbyt dobrze, wcześnie się obudziłam, akurat Młody sie zawijał. Patrzyłam na Zauroczonego jak śpi… wyglądał niesamowicie bezbronnie i spokojnie :)

A mimo to znowu nie potrafiłam się odnaleźć… ubrałam się, pożegnałam i wróciłam do domu pod pretekstem różnych zajęć.

Każde nasze kolejne spotkanie powodowało, że leciały iskry. Dosłownie… Sprzeczaliśmy się strasznie a i chemia miedzy nami była silna. Dwie skrajności. Ja walczyłam i ze sobą i z Nim…

Perfidnie wykorzystywałam jego słabości :twisted: , nagle się okazało, że kompletnie nie sprawia mi problemu żeby go uwieść, sprawić, żeby nie mógł przestać o mnie myśleć. Nigdy taka nie byłam, wiec jak, skąd… ??????!?!?!

A to przypadkowy dotyk, a to odpowiedni dobór słów, a to mocniejszy makijaż, perfumy i sukienka… tworzyła sie magia chwil, która powodowała, że On po prostu nie mogł mi się oprzeć, a ja coraz bardziej potrzebowałam tej bliskości, dotyku, pożądania… jak narkotyku… ciągle i bez przerwy… nie potrafiłam normalnie funkcjonować, zachowywałam sie irracjonalnie mimo, że to nie był stan zakochania. Czasami siadałam po prostu obok Niego i prowokowałam do rozmowy. Chciałam w końcu dowiedzieć się o Nim czegoś więcej… jaki jest, co lubi, czego nie, o czym marzy, jakie ma wartosci… Lubiłam go słuchać. Doszłam do wniosku że to kawał dobrego faceta a dobrym serduchu.

A mimo to ja nie potrafiłam sie odnaleźć sie w tej relacji, niektóre sytuacje wyprowadzały mnie z równowagi, doprowadzały do łez, potrzeba ciągłej bliskości mnie niszczyła… i to spowodowało, że pewnego dnia dostałam wiadomość „Musimy poważnie porozmawiać” i już wiedziałam, że to jest koniec… koniec naszej relacji, ale też początek czegoś nowego dla mnie :)

Nie myślałam, że ten moment będzie dla mnie tak frustrujący, mimo że w środku czułam, że tak będzie lepiej i dla niego i dla mnie. Jest super facetem i dobrze mu życzę, jak na początku wspomniałam, w pewnym sensie jest moim nauczycielem, dzięki Niemu odkryłam kolejny kawałek siebie i to sie liczy :)

A jak się rozstaliśmy? Chociaż może to zbyt mocne słowo, w końcu to była tylko 3 tygodniowa znajomość a patrząc na  wszystkie wydarzenia i emocje, odnoszę wrażenie, że trwała całe miesiące, tyle się działo. Spotkaliśmy się… prawie po tygodniu od ostatniego spotkania. Ja już dłużej tak nie mogłam. On chyba też nie. Byłam na siebie wściekła, że mnie przerosła ta cała sytuacja, ryczałam jak dziecko. Ale chciałam pogadać, spokojnie wszystko wyjaśnić, bez kłótni, pretensji i chorych oskarżeń.  Zadzwoniłam… spotkaliśmy się… I to była bardzo oczyszczająca rozmowa. Wiele sobie powiedzieliśmy, ja niestety znowu sie rozryczałam, ale starałam sie jak mogłam, aby zapanować nad wszystkim. Straszne są takie emocje skumulowane w środku. Uściskaliśmy się, oboje zgadzając się, że jako para nie mamy szans. Padła propozycja utrzymania znajomości :) Czy realna czy nie czas pokarze.

Na razie jeszcze wszystko układam sobie w głowie.

A tamten wieczór zakończyliśmy dość sympatycznie i w sumie symbolicznie. On zabrał mnie ze sobą na imprezę, nie pozwolił mi samej wrócić do domu… Wytańczyłam wszystkie emocje, o dziwo świetnie się bawiłam, śmiałam się i żartowałam, poczułam ulgę… I przetańczyliśmy kilka naszych ostatnich kawałków, ale w sposób, którego nie potrafię nawet opisać. Już nie razem, a mimo to blisko. Myślę, że to było bardzo miłe pożegnanie :D Po imprezie odwiozłam Go do domu i wróciłam do siebie. Padłam z uśmiechem na twarzy zastanawiając się co przyniesie mi jutro.

Powrót…

Dawno nie pisałam. A szkoda… sporo się wydarzyło w moim życiu i nie do końca nadal potrafię to wszystko zrozumieć.

Zawsze byłam tchórzem, bałam się zmian, bałam się ludzi, bałam się być sobą, oszukiwałam samą siebie. Nie ma nic gorszego niż zrobić sobie coś takiego… zamknąć się w klatce, marzyć o szczęściu i na każdym kroku unieszczęśliwiać się. Takie było całe może życie, nigdy nie wierzyłam w siebie, do całego świata miała żal więc jak cokolwiek mogło się udać?????

W połowie 2014 roku zaczęłam nagle odbierać świat inaczej. Co było powodem? Nie wiem. Wyszłam ze skorupki i nagle oświetliło mnie piękne i jasne słońce i zamiast się ukryć przed nim jak to miałam w zwyczaju, zostałam… Poczułam ciepło na twarzy, zamknęłam oczy i na sekundę oszalałam ze szczęścia.

No i cóż… chłopczyca zaczęła nagle po 30-tce dbać o wygląd, chodzić do fryzjera, kupować sukienki, buty na obcasie, coraz to wymyślniejsze kosmetyki, perfumy… Założone konta na wielu portalach społecznościowych po mału zaczęły w końcu żyć. Zamiast spędzać wszystkie wieczory w zacnym własnym towarzystwie, tudzież przyjaciela kudłatego czworonożnego, miauczącego niemiłosiernie kiedy tylko zajmowałam się istnieniem w sieci. To niesamowite jak człowiek sam tworzy sobie złudny świat i uparcie w niego wierzy. Codziennie powtarzałam sobie że jestem szczęśliwa, że wrócę do mieszkania, w którym wciąż zamieszkuję z rodzicielami… Ileż prób juz przeszłam aby to zmienić- bezskutecznie. Więc po co miałam gdzieś wychodzić, skoro zawsze ktoś za ścianą siedział…

Najpierw obudził się we mnie głos, że mam już dość samotności. Bo długim związku nie zostało już nic. Minęły już 3 lata a ja się w końcu pozbierałam i najwyższy czas aby coś w końcu z tym swoim życiem zrobić. Jak postanowiłam tak zrobiłam, zaczęłam umawiać się na randki z facetami z sieci. Było ciężko…. ciągle mi coś nie pasowało, nie czułam się dobrze we własnej skórze. ciągle zadawałam sobie pytanie, co jest ze mną nie tak. Czy mam az tak cholernie wygórowane wymagania? Z może boję się stracić swoją niezależność, którą uparcie tyle lat budowałam, mówic sobie że jestem szczęśliwa i nie potrzebuję nikogo. A może umawiałam się z niewłaściwymi facetami. nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Praca dodatkowo mnie wykańczała. Korporacji wysysająca z człowieka resztki motywacji i zadowolenia. Uparcie chodziłam na różne spotkanie a to z ludkami z pracy a to czasem ktoś ze znajomych zaprosił do knajpy, ale nie mogłam się odnaleźć. Alko mi nie wchodził, ciągle myślałam żeby już wyjść i wrócić do domu.

I dalej chodziłam na randki, uparcie sobie wmawiając, że nie mogę przestać, że się nie poddam. Szukałam sensu, malutkiego światełka, odpowiedzi na tysiące pytań torpedujących mój umysł każdego dnia.

Potem zapragnęłam urlopu… ale z kim… po wielu trudach i przejsciach udało się wyjechac z kumpela poznana rowniez w sieci do Włoch. Jeden tydzień…. tylko jeden tydzień… Ja całe zycie bojąca sie samolotów, nie cierpiaca latać, narzekająca i ie potafiąca się przystosować, teskniaca za domem ktory mnie dusił, wsiadłam pewnego pieknego dnia do samolotu lecacego do Włoch i myslalam ze zniose strusie jajo ze szczęścia… :D Lot był wspaniały, Włochy piękne, wino szumiało w głowie, widoki zapierały dech w piersiach, słońce parzyło, jedzenie pieściło moje podniebenie, wycieczka objazdowa tylko dodawała energii, chodzenia, podziwiania i delektowania sie miejscem wciaz nie było dosc :) Pierwszy raz w zyciu dosłownie zachłysnęłam się wakacjami. Miałam wrażenie że jestem na non stop na haju… śmieję się, zaczepiam ludzi, smakuje, probuje i nagle nie mam oporow pozawac nowych ludzi, nie czuje sie brzydsza, gorsza, niedowartosciowana… Bojac sie wtody i wstydzac sie wlasnego ciala jakims cudem poszlam na basen poplywac, malo tego, poszlam poplywac w morzu i w kostiumie opalac sie na plazy i bylo mi z tym dobrze. Byłam cholernie szczesliwa i ciagle chcialam wiecej. Włosi… cudowni :) Nawet przezylam krótki ale jakze intrygujacy i namietny romans z Włochem… po cichu w tajemnicy snując intrygi. Pierwszy raz w życiu poszłam do łózka z nieznajomym mężczyzną, nie potrafiąc się z nik kompletnie porozumieć na płaszczyźnie werbalne, za to otwierając się całą sobą na jego osobę. Pierwszy raz dostałam to czego chciałam, niekogo i niczego nie udawałam i potrafiłam dać od siebie dużo wiecej niz to sobie wyobraziłam. To był magiczny czas.Z bólem serca wracałam w środku lata ze słonecznych Włoch do zalanej deszczem Polski.

Potem… potem było źle… Ogromny dół psychiczny, tesknota, żal. Nie byłam w stanie podnieść się z łóżka. Moje obecne życie wydawało mi się nic nie warte, puste, oszukane, bezbarwne i cholenie samotne. Długo dohodziłam do siebie. Po jakims czasie znowu zaczęłam chodzic na randki. Z reguły znajomosci konczyły sie po 2-4 spotkaniach. Nie było tego czegoś… Owszem, była adrenalina, ekscytacja, ciekawość… Do momentu aż znowu to ja zaczynałam ciągle z siebie coś dawać. Ne chciało mi się… Powróciła sinusoida, dni pełen euforii po których następowały dni mroczne. Ale potrzeba akceptacji, poczucie się potrzebną, ważną, wciąż nie malała.

Różnica… mimo wszystko od pół roku w sercu zagościła jakaś dziwna radość. Dużo się działo wokół i były to sytuacje do których nie byłam przyzwyczajona. Ciągle zdawałąm sobie pytanie, o co chodzi, skąd takie uczucie w środku, powodujące stan uniesienia? Moje reakcje na dane sytuacje zaczely sie zmieniać. Zaczal pojawiac sie spokoj i opanowanie po tylu latach. Wyprowadzona w równowagi, szalejąc z wsciekłości po chwili potrafiłam powrócić na ziemię, opanować się.

I tak analizując sobie zdałam sobie sprawę, że wszystkie zmiany miały swój początek po przekroczeniu owej jakże nieoczekiwanej przez kobiety 30-stki :) Kilka lat temu żyłam ze świadomością, że dla związku poświeciłam swoją tożsamość. Dziś mam wrażenie, nie nigdy wcześniej jej nie miałam, byłam jedną wielką kulką strachu i kłamstw. Żyłam życiem innych, robiłam to co wypada, mówiłam to co wypada i czułam to co powinnam. Mimo że w środku wszystko we mnie krzyczało, nie zgadzając sie na moją fałszywą postawę. Tak więc uczę w końcu prawdziwej siebie od początku :) Smakuję swoje emocje i odczucie, przemyślenia i pragnienia. I bardzo mi się to podoba. W końcu w jakimś stopniu czuję, że mogę coś zrobić ze swoim życiem i że tylko ja mam na to tak na prawdę wpływ, póki nie podejmę różnych działań, utknę.

Dlatego żałuję, że nie zaczęłam pisać wcześniej. Umknęło mi wiele niesamowitych myśli, obserwacji i uczuć. No i na wiele mysli straciłam za dużo czasu zamiast je wyrzucić z siebie od tak i iść dalej.

emotions

Matka

Mówi się, że matka jest tylko jedna. Mówi się też, że rodziny się nie wybiera. Nie zamierzam dyskutować z powyższym, bo to prawda.

Nadeszły Święta… radosne Święta, Święta Zmartwychwstania, radości. Zawsze kojarzą się z nowym życiem i wiosną, mimo że pierwszy raz w moim życiu patrzę za okno i mam wątpliwości, obserwując ogromne płatki śniegu lecące z nieba kolejną dobę, patrząc jak cały krajobraz przywdział białe szaty. W Boże Narodzenie nie było tak pięknie i biało jak teraz.

A mimo to, mimo tych jakże radosnych Świąt siedzę i ocieram chusteczką łzy. Kolejny rok z rzędu Święta to dla mnie czas samotności. Nie dość że dopadło mnie choróbsko, z którego nie potrafię się wyleczyć  to jeszcze psychicznie ledwo się trzymam. Matka dniami w pracy, nocami w kuchni zarzyna się do upadłego. Ojciec jak zawsze ma wszystko w dupie. A mi już kompletnie nic się nie chce. Po co mam się zarzynać tak jak matka, to jest jej wybór. I tak rano jak zawsze usiądziemy przy stole we trójkę w ciszy jedząc wielkanocne śniadanie w zasadzie już w południe i kłócąc sie o pilota do tv. Żadnej rozmowy, nic. Każdy tylko wzdycha. Nawet wstawać z łóżka mi się nie chciało, bo po co? Słuchać tylko ciągłych narzekań i pretensji??? Uszami mi już wychodzą. Efekt- prawie całe święta przespałam, próbując nie zwariować. Rodzina? Czym jest rodzina? Co oni tak na prawdę o mnie wiedzą? Pierwszy raz w życiu nie powysyłałam żadnych życzeń, smsów, maili, telefonów, kartek. Kompletnie nie czułam rytmu. Poza tym po co zmuszać się do napisania kilku słów kiedy w sercu pustka i żal. Wtedy to nic z nic nie byłyby szczere słowa.

Rano obudziła mnie matka. Rano… chyba już 13 dochodziła. Przyszła spytać czy żyję i zamierzam wstać. Nie zamierzałam. Ledwo otworzyłam oko, już słyszałam jak mówi tym swoim naturalnie głośnym głosem, że  w wiadomościach mówili… Ani jak się czujesz ani nic. Żadnej rozmowy. Nigdy. Ciągle tylko jak już gada to albo o sobie, bo ona taka biedna, taka chora, taka zmęczona… codziennie to samo, zawsze, kiedy sienie odezwie, dzień w dzień… Cięgle wszystko jest źle, wszystko nie tak i nie ważne ile bym pomogła i ile zrobiła, zawsze dostane za coś opierdol. Rzygać mi się już chce. Kiedy mówi do mnie, mówi z pełnymi ustami, przerywa w pół słowa, przeklina, kiedy nie chce zrobić czegoś w danym momencie, bo akurat nie mogę itp, to się obraża i kiedy jeszcze do niej mówię, wychodzi, zamykając drzwi za sobą. kiedy powiem że mam już dość słuchania jej narzekań i marudzeń bo wróciłam wykończona z pracy i chcę trochę odpocząć a ona po raz kolejny narzeka na to samo, krzyczy do mnie żebym zamknęła ryja… Matka… Przykład do naśladowania… Zero szacunku do innych ale za to z dużymi wymaganiami… Może jestem okrutną córką ale czasem jej nienawidzę za to wszystko. Nigdy nie usłyszałam od niej ani jednego słowa, nigdy mnie nie wsparła, nie pocieszyła, nie przytuliła…

Tak jestem jedynaczką i często bardzo tego żałuję. Tak wiem już, że wiele rzeczy za które sama siebie kiedyś obwiniałam, nie są moją winą ale wyborem matki i ojca. Tak, wiem, że już jej nie zmienię, mało tego, że będzie coraz gorzej, ale też nic na to nie poradzę że to cholernie boli, że nie wiem tak na prawdę co to znaczy rodzina i że nienawidzę Świąt, żadnych Świąt…