ryzyko

Regeneracja

Kilkakrotnie próbowałam napisać co tam u mnie słychać, jak tam moje stare kości się mają, ale cisnęły mi się na usta tak niecenzuralne słowa przeplatane na zmianę z kompletnym brakiem sił, że odpuściłam.

Dziś postanowiłam znaleźć chwilę wolnego czasu tylko dla siebie :) A że mam całkiem dobry dzień, co rzadko się zdarza, to spięłam poślady i skrobię posta :D

Gdybym nie przeżyła tego wszystkiego na własnej skórze to bym nie uwierzyła… Ale po kolei ;) Pierwsza wizyta u kobitki nastawiającej kości i nie tylko. Wspaniała, ciepła osoba, która wiele lat temu od Ukrainki nauczyła się składać ludzi do kupy. Mówiąc krótko szok i cud.

Ostatnie rentgeny kości i kręgosłupa mam sprzed około 13 lat. Wbite 3 kręgi w kręgosłupie lędźwiowym, zwyrodnienia stawów i garb na plecach- jakże cudowne pamiątki po sporcie :) A kobitka położyła mnie na macie, pomacała, pomacała i mówi, że garb na 3 cm, że łopatki krzywe, miednica przekrzywiona po kręgosłup sobie pętelki wywija przez co jak leże jedna noga wydaje sie dłuższa o 4 centymetry. Wszystko sztywne. Stawy wszystkie powybijane, cały odcinek szyny, piersiowy i lędźwiowy, do tego wszystkie palce u stóp i nóg, nadgarstki również. A kolana to już kompletna tragedia. Kobiecina złapała się za głowę i zapytała jak ja w ogóle funkcjonuję. Więc mówię jej, ze już teraz prawie wcale. Schody stały się przeszkodą nie do pokonania, stać nie mogę, jak siedzę to wszystko napierdziela.

Po kilku minutach wstępu było słychać tylko szczęk kości, tak jakby były łamane…

Po pierwszej wizycie miałam ustawiony odcinek szyjny i piersiowy, wstawione wszystkie paluchy na miejsce no i najgorsza sprawa… kolana…

Takiego bólu nigdy w życiu nie czułam. Darłam się jak zarzynane prosię… prawie aż do utraty przytomności. Zaciskałam zęby, łzy leciały jak grochy, a ja walczyłam, żeby mnie nie odcięło z bólu…

Chwilę później podniosłam się z ziemi i stanęłam przed lustrem. Garb zniknął :) Plecy mniej bolały. Mogłam spokojnie głowę odgiąć do tyłu :D Mogłam zgiąć nogi w kolanach :D To był moment w którym zdałam sobie sprawę, że odmawiając operacji wiele lat temu zrobiłam najlepszą rzecz na świecie. W końcu można zrobić kawał dobrej roboty bez skalpela. Tylko nie każdy zdecydowałby się na coś takiego dobrowolnie i to jeszcze bez znieczulenia.

Na kolejnej wizycie ponownie miałam ustawiony odcinek szyjny i piersiowy, po sporo ponownie wypadło, do tego cały lędźwiowy i dalej kolana. Tym razem było troszkę lepiej, mniejszy ból nie licząc kolan, bo w tym przypadku historia się powtórzyła. Ale na drugi raz znieczuliłam się już dwoma lampkami wina – odrobinkę lepiej było:) Dodatkowo w przypadku odcinka szyjnego zostałam tak ładnie poustawiana, że …. jest szansa że znikną moje migreny :D

Nie mam pojęcia jak ta kobieta odczytała wszystkie moje dolegliwości i miejsca bólu jak z mapy… coś niesamowitego…

Była też trzecia wizyta ;) Ponieważ czułam się średnio tego dnia, nie za bardzo chciałam sięgać po alkohol. Ale wszystkie mięśnie znowu były zbite i sztywne. Zastanawiałam się co tu zrobić, żeby jakoś sobie pomóc. I znalazłam odpowiedź – sex najlepszy jest na wszystko :) Mój mężczyzna wniebowzięty, a ja rozluźniona :D I to był strzał w 10 bo tym razem wszystko poszło gładko. Przy jednym mocniejszym ruchu na całej długości kręgosłupa wszystko pięknie powchodziło. Normalnie jak w masło :) Brak napięć przyspieszył sprawę i spowodował, że nie czułam bólu.  Dzięki temu działy się kolejne cuda…

I tu uwaga… jest szansa że w końcu znikną moje jakże bolesne miesiączki… Tyle lat męki tabletek. Wystarczyło trochę poustawiać organy wewnętrzne i nagle w wielu miejscach zniknął ból :) To na prawdę są cuda. Na razie jestem w fazie obserwowania swojego organizmu. Ponieważ najgorszy ból znika, jestem w stanie normalnie się poruszać, więc przyszedł czas na ćwiczenia i wzmacnianie kręgosłupa. Moge już zaczac wzmacniać sobie mięśnie bez zagryzania zębów :D Jest szansa że odzyskam normalnie życie i może w końcu uda mi się przeżyć cały jeden tydzień bez bólu :)

Jestem pełna nadziei :D A na mojej liście są juz kolejne zdrowotne cele które po mału zaczynam realizować.

Może dzięki temu ta cholerna deprecha pójdzie precz…

 

Rok 2015_ magia i szaleństwo

W tym roku tak wiele rzeczy niesamowicie trudnych wydarzyło się w moim życiu, że nawet ciężko było znaleźć czas na pisanie, a szkoda, bo te wszystkie emocje towarzyszące poszczególnym wydarzeniom… bezcenne były.
Dlaczego dziś postanowiłam napisać? Bo chcę się podzielić w końcu moimi odczuciami i myślami.

Rok 2015… magiczny…

Rozpoczął się od zmiany otoczenia, wizerunku, imprezowania, klubów, flirtów i poznania ludzi którzy dziś są moimi przyjaciółmi. Są nieobliczalni i niesamowici i kocham ich właśnie za to jacy są :D Kilka szalonych wyjazdów ale i wspaniała codzienność, poranne „siema czarownico, co słuchać, miłego dnia :P”.  Zawsze pamiętają, zawsze są.

W międzyczasie również straciłam moją ukochaną babcię. Jeszcze w maju byłam na jej urodzinach. Serce mi się ściskało okropnie jak patrzyłam na tą buzię o szarej cerze, smutne oczy, brak energii i chęci życia. Spojrzenie wołające o pomoc. Rozpacz mnie ogarniała. Od dawna nie dawałam rady jej odwiedzać…. Było to silniejsze ode mnie. Imprezowe życie, alkohol, ciągły pęd pozwalały mi o tym nie myśleć. Żegnając się z babcia w dniu jej urodzin, złapała mnie mocno za rękę… nie chciała mnie puścić… to spojrzenie… błagające… było straszne. Ułamki sekund a serce mi się rozdzierało. Przytuliłam ją mocno po czym wyszłam z mamą, zostawiając ją z jej byłą synową. Kilka dni później w pracy dzwonił mój telefon. Nieznany numer. Bałam sie odebrać…. nie byłam w stanie, sparaliżowało mnie. Potem odezwała sie mama, ze babcia jest w szpitalu i zabrało ją pogotowie. Pędziłam po pracy do domu, żeby pojechać z mama do szpitala. Wysiadałam juz u siebie z windy i zadzwonił telefon. Odebrałam szybko. Dzwonili ze szpitala… babcia zmarła… osunęłam się po ścianie na klatce i łzy leciały mi jak grochy. Nie pamiętam co mówił do mnie lekarz, mimo ze bardzo starałam sie wtedy słuchać. Długo mówił… Kiedy się rozłączył jakoś udało mi się trafić kluczem do zamka i wejść do domu. Podeszłam do mamy i nie wytrzymałam. Wpadłam w rozpacz i nie mogłam przestać łkać… Powiedziałam jej co się stało. Mama tego dnia była twardsza ode mnie. A to przecież chodziło o jej mame…. Nie wiem ile czasu mnie uspokajała. Zanosiłam się płaczem. Następnego dnia to mama się załamała, ja starałam sie jak najwięcej załatwić. Tak, nadal mam wyrzuty sumienia że mnie przy babci nie było. Ze w pewnym momencie się odsunęłam. To jak wtedy chciała mnie zatrzymać… Boli strasznie.  I nie wiem czy kiedykolwiek do końca będę potrafiła sobie  tym poradzić…

W międzyczasie pojawił się On. Wariat który oszalał na moim punkcie tylko dzięki rozmowom na internecie. Poznaliśmy się na grupie mając wspólnych znajomych. Oszalał, zakochał się i przyjechał do mnie ponad 500 km. I mimo ze ja nie chciałam żadnego związku, odpychałam go, raniłam i sama przeżywałam katusze, On wciąż był i twierdził że kocha. Co jakis czas wsiadał w pociąg i przyjeżdżał na kilka dni, bo chciał mnie zobaczyć… Efekt końcowy…? Jakis czas temu spakował się w torbę podróżną, wsiadł w pociąg i przeprowadził się o te 500 km do Warszawy, żeby byc tu przy mnie…. Z jedną torbą… Powiedział że wszystko czego potrzebuje ma tu… czyli mnie….Wynajął mieszkanie, znalazł pracę i został…. Nawet teraz kiedy to pisze, nie wierzę w to wszystko… Może jednak mam szansę na szczęście i miłość w życiu, tylko muszę sobie na to pozwolić…

We wrześniu rzuciłam prace :) Tak po prostu nie podpisałam aneksu. Miałam dość. Od dawna spóźniałam sie codziennie i to coraz bardziej. Udawałam ze pracuje i miałam coraz większą depresję. Korporacje jednak potrafią wykończyć ludzi. Tym bardziej, że mój zespół wyglądał podobnie jak ja, zmęczenie, depresja, zero motywacji do pracy, zagrywki psychologiczne i mobbing…W momencie podjęcia tej decyzji poczułam jak tony ciężaru spadają z moich barków. Oj bałam się jak cholera. No bo co dalej? Jak będę żyć…. Najciekawsze jest to że odkąd nie mam pracy, nie mam na nic czasu. Ucze sie nowych rzeczy do zmiany kwalifikacji i poświęcam czas najbliższym. W tym roku gdzie się nie obejrzę, u każdego dzieją się straszne rzeczy…. Serce ściska. Ale ten rok uświadomił mi, jak ważni są dla mnie ludzie. Ilu mam wokół siebie życzliwych duszków, którzy byli kiedy sie załamałam. Kiedy to wszystko mnie przerosło i chciałam się poddać, przestałam wychodzić z domu i odzywać się do ludzi, kiedy chciałam uciec…. nie pozwolili mi na to. I za to jestem im ogromnie wdzięczna.

A dziś… dziś gratulowałam znajomej na portalu społecznościowym narodzin synka. Nagle zauważyłam, że jedna z osób które również złożyły gratulacje, jest żona mojego byłego, tego z wieloletniego związku. I tu się zdziwiłam. Bo zabolało. A minęlo już tyle lat… Nie wytrzymałam, zajrzałam na jej profil, zobaczyłam ich zdjęcia i ukłuło jeszcze bardziej…. No co za ciort. Powiedziałam sobie, nie! To jest przeszłość. Ja też mam już swoje życie. Dużo osiągnęłam i może nieporadnie ale walczę dalej. Nie minęła godzina i dostałam sms… właśnie od byłego…. nie miałam z nim kontaktu od pół roku i byłam pewna, że już go nie będę miała. Nie chciałam nawet się odzywać. Tym czasem wpadła mi wiadomość z pytaniem co u mnie, jak się czuje, jak zdrowie…..? Poczułam sie z tym dziwnie, nie komfortowo… wręcz źle. I nie do końca wiem co z tym zrobić.

Komfortowo

Zastanawiacie się czasem czego chcecie w życiu, czego szukacie, co Wam przyniesie radość i szczęście??? I nie pytam o to, jak powinniście czuć, co zrobić, ne pytam o zadowolenie przyjaciół, rodziny, środowiska, otoczenia, tylko o to co siedzi w środku, o to wewnętrzne ja.

Na ile potraficie podążać w życiu swoją własną ścieżką? Nie ważne czy dobrą, czy złą ale własną.

Ostatnio kilkukrotnie w moim życiu pojawiło się jedno hasło, jedno zdanie, a mianowicie: „Życie trzeba przeżyć tak, żeby było wstyd opowiadać ale przyjemnie wspominać”. Pokochałam to motto. Dzięki niemu inaczej patrzę na swoje życie. Może przypisuję tu dużą wagę do tego zdania, ale odkąd je przeczytałam, wiele rzeczy nabrało sensu i barw. W takim momencie pojawia się na mojej twarzy ironiczny uśmieszek… bo mam kilka takich chwil i dobrze mi z tym.

Po co tak na prawdę żyjemy? Dla kogo? Czemu tak często zapominamy, że jesteśmy wolnymi ludźmi, mamy prawo mieć własne zdanie, poglądy, uczucia, marzenia i zachcianki. Podporządkowywanie się innym to jak zamykanie się w klatce na własne życzenie.

natureJa miałam ogromną klatkę z grubymi prętami. Na własne życzenie. Nadal ją mam, ale już mniejszą, słabszą :) Radują mnie bardzo takie chwile, kiedy słowo „życie” na prawdę nabiera znaczenia. Każdy kolejny dzień jest inny, każdego dnia to ja decyduję w ogromnym stopniu jaki będzie i jak się skończy.

Jakiś czas temu padł mi akumulator w samochodzie. Ku mojej rozpaczy zorientowałam się w momencie, gdy wbiegłam na parking i chciałam na złamanie karku pędzić po znajomą i jak zwykle byłam już w lekkim niedoczasie. Wkładam kluczyk do stacyjki a tu.. cisza… Ani kaszlnięcia, warknięcia… nic. Zdechł. No to w te pędy do komunikacji miejskiej. Byłam dwie minuty przed czasem na miejscu na drugim końcu miasta, co nie zmienia faktu, że problem samochodu pozostał problemem.

W międzyczasie poznałam na internecie Pana Żyrafę. Skromnie wyjaśnię, że mówimy o wzroście ponad 2 metrów :D Pisaliśmy i pisaliśmy.  Ja ironiczna i złośliwa, czasem zatroskana. On- nieugięty, tajemniczy i zaskakujący. Twardy orzech do zgryzienia. Nie dawał za wygraną. Dawno już nikt mnie tak nie zaintrygował. Oczytany, błyskotliwy, szczery momentami aż do bólu i… samotny, co dało się wyczuć między wierszami. Co było dodatkowym czynnikiem? A no właśnie owe motto o którym wspominałam… Znalazłam je również u Niego w opisie…No to pomyślałam sobie, że w znaki trzeba wierzyć, intuicji słuchać i w końcu się spotkać. A spotkanie zaczęło się klarować od tematu mojego akumulatora. Pan Żyrafa obiecał podjechać do mnie na parking i podrzucić prostownik a potem porwać mnie do kina.

Niestety… Pan Żyrafa dnia następnego skasował samochód… :( Hmm… I postanowił, ze spotkamy się w kinie i On z tym prostownikiem w plecaku do kina…

Moja wyobraźnia nie potrafiła tego ogarnąć… No bo jak… No ale obiecałam i do kina pójdę! A co tam że środek tygodnia późnym wieczorem na drugim końcu miasta. Prostownik się przyda :D Samochód się przyda :D

Byłam kilka minut przed czasem, weszłam po schodkach i usiadłam na kanapie. Po przekątnej siedział jeden gość, podobnego wzrostu, zarośnięty, z wąsem,  sporo starszy i powodował u mnie potrzebę natychmiastowej ucieczki. Miał ze sobą plecak… Nagle naprzeciwko mnie padł na kanapę inny gość. Z mocną nadwagą, tłustą blond czupryną, w pogniecionych ciuchach, szalonym spojrzeniem i … plecakiem…

Obaj panowie co chwila wpatrywali się we mnie i stukali coś na smartphonach… O mamusiu, tego było za wiele, niech tylko Pan Żyrafa teraz do mnie nie zadzwoni, bo nie odbiorę, a jeśli to jeden z tych dwóch. i w tym momencie zadzwonił Pan Żyrafa… Wyciszyłam telefon, poderwałam się i po schodkach na dół w długą… Serce mi waliło jak oszalałe. A intuicja kazała się zatrzymać. Zatrzymałam się… pomyślałam, że tak nie można, oddzwonię. Wybrałam numer Pana Żyrafa i stanęłam przed schodkami. Podniosłam głowę i ujrzałam Go… zbiegał ze schodów w moją stronę uśmiechnięty. Jakaż wielka była moja radość!!!!!! Tak, to nie był żaden z tych dwóch typów…

I na szczęście nie miał plecaka :D Co oznaczało, że mój samochodzik jeszcze trochę pośpi tej zimy :P

I muszę się przyznać, że spędziłam bardzo miły wieczór. Film był super- bardzo stary film, do którego zespół podkładał na scenie muzykę i dubbing. Mistrzostwo świata zrobione z jajem :D Tak więc był humor i dużo śmiechu. I było coś jeszcze. Niby nic takiego, spędziliśmy razem chwilę przed filmem rozmawiając, a potem wspólnie w kinie oglądając film. A ja poczułam się jakbym siedziała w domu, otulona kocem, z lampką dobrego wina w ręku, oglądając film z interesującą osobą u boku. Zrobiło mi się ciepło, w środku poczułam niesamowity spokój i harmonię. Bardzo mi ostatnio brakowało tego uczucia. Czułam się KOMFORTOWO :) Mogłam mówić, milczeć, śmiać się… każdy scenariusz był dobry.

Warto było po raz kolejny podjąć ryzyko, warto było posłuchać intuicji, warto poznawać nowych ludzi, bo uczucie które się potem pojawia, wynagradza wszystko. Uczucie, że żyjesz :D