samotność

Zagubiona

19 maja 2016

Przez ostatnie kilka lat jak idiotka poświęcałam się dla ludzi których kochałam, którzy byli dla mnie ważni. Rzucałam wszystko, dosłownie wszystko, nawet jeśli przez to sama potem miałam problemy i biegłam, żeby pomóc. Często sama potrzebując rozmowy zagryzałam zęby, bo moja przyjaciółka, przyjaciel potrzebował pogadać… Bolało mnie to bo tłamsiłam w sobie swoje bóle… Przyzwyczaiłam się, że ludzie mnie nie słuchają. A przynajmniej tak myślałam, że się przyzwyczaiłam.

Coś we mnie ciągle narastało. Coraz bardziej i bardziej. Nie potrafiłam odmówić pomocy ale kiedy sama jej potrzebowałam… no cóż, kiedy zaczęłam prosić, ignorancja dobijała mnie coraz bardziej. Czuję w środku cholerny ból. Nie rozumiem tego.

Kiedy uu mnie już na prawdę było źle i wgniatała mnie wręcz w ścianę każda płaszczyzna mojego życia, czułam, że muszę w końcu coś zrobić dla siebie, bo inaczej to będzie mój własny koniec. I zaczęłam odmawiać… wpadłam w wir szaleństwa żeby w końcu coś uratować w swoim życiu, odejść z firmy której zaczęłam nienawidzić, która zaczęła mnie niszczyć. Więc zaczęłam się przekwalifikowywać. Nowe kursy, nawet po kilkanaście godzin dziennie. I… kompletny brak zrozumienia z jakiejkolwiek strony.

Nie spodziewałam się tego… Kompletnego odrzucenia, braku zozumienia, braku wsparcia i chociaż jednego pieprzonego słowa podtrzymującego na duchu. Dziś na prawdę zastanawiam się w jakim świecie żyję i czy jest tak na prawdę chociaż jedna rzecz w życiu o jaką warto walczyć.

Szczerze? Szczerze wątpię…

Krzyk…

Jak już wspominałam, w zeszłym roku straciłam obie babcie. Z odejściem jednej z nich nadal nie mogę się pogodzić. I nie wiem czy kiedykolwiek daruje sobie ostatnie lata, kiedy mnie przy niej nie było. Kiedy złapała mnie w swoje urodziny za rękę i oczami błagała żebym nie wychodziła… A ja mimo tych wszystkich przeczuć i pękającego serca wyszłam z mamą… Dlaczego? Nie potrafię nadal odpowiedzieć sobie na to pytanie ani wybaczyć…

Potem po długiej walce z rakiem zmarł tata mojej przyjaciółki… I to jeszcze w okresie świątecznym działy się najgorsze rzeczy. Z mała grupką znajomych pojechaliśmy na pogrzeb w Święta. To chyba najgorszy okres dla rodziny…. Kilka dni później telefon od kumpla, że przeprasza że go nie będzie na spotkaniu bo… właśnie zmarł mu dziadek…

W moim życiu była jeszcze jedna ważna osoba. Poznałyśmy się w szpitalu onkologicznym. Obie czekałyśmy na operację. Gadałyśmy całe noce. Dużo mnie nauczyła z rękodzieła. Dużo mi tłumaczyła. Była dla nie jak taka prawdziwa babcia…  Ale ostatnio nasze kontakty stały się sporadyczne. Dzwoniła do mnie we wrześniu kiedy próbowałam ogarnąć się jakoś z decyzją odejścia z pracy, czekałam już tylko na koniec okresu wypowiedzenia. Zadzwoniła wtedy do mnie. To był dziwny telefon. Mówiła, że martwi się o mnie, po czym powiedziała że nie chce przeszkadzać i się rozłączyła. Ta rozmowa brzmiała trochę jak pożegnanie, ale tego wtedy nie zauważyłam. Od listopada próbowałam się dodzwonić do niej, do córki… telefon był głuchy…. I znowu to cholerne uczucie w środku jakie miałam z babcią… Ale uparcie je wypierałam. Dalej próbowałam się dodzwonić, chciałam wysłać paczkę na święta… nawet pojechać. Ciągle tyle się działo, tyle złego, smutnego… Dziś nie wytrzymałam, zaczęłam szukać po nekrologach. I znalazłam… msze w intencji sprzed 7 dni… I znowu jestem na siebie wściekła…. Tego też sobie nie wybaczę…  Kolejna osoba którą kochałam ale przez własne głupie sprawy nie miałam czasu… nie pożegnałam się…. Nie dodzwoniłam… nie pojechałam… Rak zbiera potworne żniwo. Jakże jest niesprawiedliwy. Zabiera dobrych ludzi. Gdzie tu do cholery jest sprawiedliwość????? Czemu tyle męd chodzi po świecie i nic się im nie dzieje!!!! Co się do cholery porobiło z tym światem….

Od kilku miesięcy pęka mi serce. Tyle złych rzeczy miało miejsce. Nie tylko w moim życiu, ale w życiu znajomych również. Kilka osób wylądowało w szpitalu, tylu osób straciło kogoś bliskiego, wiele straciło prace, przeszło załamanie nerwowe. Nie pamiętam w swoim życiu takiego roku jak 2015… i niestety 2016 od samego początku nie wygląda lepiej… Czasem mam ochotę wyjść na ulice i zacząć krzyczeć… Nie potrafię się z tym pogodzić i nigdy więcej nie chcę się czuć tak jak ostatnio…. Sfrustrowana, zagubiona, zła, przerażona, pełna bólu…. Niech to się skończy… Niech w końcu szala się odwróci a ludzie zaczną odnajdywać równowagę…. Tak nie można żyć… Cierpieć samemu i jednocześnie nie móc ulżyć najbliższym w cierpieniu….

Takie tam refleksyjne przemyślenia…

Poprzedni post był dość osobisty, ale opisanie całej tej sytuacji pozwoliło mi na porządną refleksję. I jak najbardziej teraz mogę potwierdzić, że to nagła potrzeba bliskości kompletnie mnie zaślepiła. Przed dobre dwa tygodnie dosłownie pożerały mnie tak skrajne emocje, że nawet gdybym chciała, nie potrafię ich wyrazić. To niesamowite, że kiedy po tylu latach samotności, kiedy człowiek w końcu się otworzy na inną osobę, może się aż tak zagubić.

Nie, niczego nie żałuję :) Z tych złych chwil wyciągam wnioski dla siebie i naukę na przyszłość. Z tych miłych… uśmiech :) I idę dalej przed siebie.

10410185_877707765607739_8073923310849382353_nDzięki Zauroczonemu nagle zaczęłam chodzić w weekendy do klubów – potańczyć. Przez całe swoje życie chyba nie odwiedziłam tylu klubów co ostatnio. I mimo „rozstania” Zauroczony dalej do mnie pisze  przed imprezami małą grupą znajomych spotykamy się jeszcze na jakieś piwko, pogadać :) Tyle że od momentu wejścia do klubu wchodzimy już do szerszej grupy znajomych i w zasadzie bawimy sie oddzielnie. I szczerze mówiąc nawet mi to odpowiada.

Mimo, że ciągle zadaję sobie pytanie, co ja tam robię? Bo kluby to nie do końca moja bajka. Tłumy, duchota, okropnie głośna muzyka, krzyczące tłumy. To wszystko na dłuższą metę staje się męczące.

Na początku zła i zazdrosna co chwila schodziłam z parkietu i beznamiętnym wzrokiem obserwowałam, jak Zauroczony obtańcowuje po kolei dziewczyny w klubie. Ależ mnie to wkurzało. Nie, nie to że obtańcowuje, tylko to, że mnie to wkurza. Bo co mnie to w końcu interesuje. Co jakiś czas w mojej głowie pojawiał się kolejny plan, żeby zawrócić ponownie w głowie Zauroczonemu. Ale po co do cholery? Niby co miałabym takim zachowaniem sobie udowodnić? Przecież doskonale wiem, że z tym facetem nie stworzę nigdy udanego związku… więc po tracić fajną znajomość i tracić szacunek do samej siebie!?!?! To, co działo się w mojej głowie, bardzo mi się nie podobało!

Przetrwałam jedną okropną imprezę w klubie, gdzie nagle zostałam sama na parkiecie, nie było wokół mnie żadnej znajomej twarzy. Hałas i te obce tłumy, że nawet na milimetr nie można było się ruszyć, powodowały że wszystko we mnie krzyczało żeby uciec. Wytrzymałam do 1 w nocy, w końcu uciekłam, pobiegłam do szatni, odebrałam swoje ubranie z szatni i wyszłam na powietrze. Zachłysnęłam się aż świeżym powietrzem. Miałam gigantycznego doła, wróciłam do domu i próbowałam znaleźć sobie miejsce. Nie potrafiłam… Spałam źle. Kolejny dzień też był ciężki. Ale obiecałam sobie, że się nie poddam, nie tym razem i nie tak łatwo. Muszę w końcu się nauczyć słuchać siebie, funkcjonować w społeczeństwie, dowiedzieć się dokąd zmierzam.

Minął tydzień od tej potwornej imprezy i rozstania. Zauroczony znowu się odezwał z propozycją spotkania. Ponieważ ledwo trzymała się na nogach, zakatarzona i wykończona ledwo wróciłam do domu, zakopałam się pod pierzynę i odpisałam że przepraszam, ale nie dam rady. I to był pierwszy raz, kiedy odmówiłam i nie żałowałam. Nie robiłam wszystkiego, żeby tylko do niego pojechać. Zrobiłam coś czego na prawdę potrzebowałam- poszłam spać. I pierwszy raz w tym roku przespałam dużo więcej niż 5h i było mi z tym cudownie :)

Za to w sobotę juz nie wytrzymałam. Mimo średniego samopoczucia chciało mi się do ludzi. I tutaj ciekawa sytuacja :) Kilka dni wcześniej w ramach relaksu do pracy umówiłam się z inną ekipą znaną już trochę na necie do kina na Pingwiny z Madagaskaru :) Film na prawdę  polecam, płakałam ze śmiechu i na prawde się zrelaksowałam. Zastanawiam się czasem, czy kreskówki na pewno są dla dzieci… :) W każdym razie na film przyszło tylko 2 kumpli, reszta nie dotarła… no to się zapoznaliśmy uściśnięciem dłoni, a po filmie każdy poszedł w swoją stronę. Może kilka słów zamieniliśmy.

No to w sobotę poszliśmy sobie w kilka osób do knajpki na piwko i potańczyć przed klubem, kilka nowych twarzy było. A tu nagle dołączył do nas kolega z kina od Pingwinów :) Zauroczony nagle wielce zdziwiony, że skąd my się znamy i w ogóle posypało się milion pytać, że jak, że gdzie, że kiedy. I wtedy do mnie dotarło, że to jest to, muszę iść dalej, poznawać nowych ludzi, nie oglądać się na przeszłość. Z kolegą od Pingwinów przegadałam z pół wieczoru, rozmowa toczyła się całkowicie naturalnie a humor dopisywał. Kolejna ciekawa osobowość :) Co ciekawe, im bardziej staram się nie patrzeć na facetów jak na facetów, ale ze zwyklej ludzkiej ciekawości próbuje ich poznać, po prostu cały czas ktoś obok mnie jest i uparcie proponuje kolejne spotkanie. Ciekawy mechanizm… Bo nie szukam randek i faceta, w każdym razie nie na siłę. A efekt jest taki, że kilku ostatnio poznanych ludków w dość ciekawych okolicznościach próbuje mnie wyciągnąć a to do kina, a to do pubu, a to do teatru, do klubu….  Kiedyś nawet bym się nie zastanawiała, zmieniała swoje wszystkie plany byleby pójść. Dziś przeprowadzam kalkulację, nie odwołuje swoich zajęć, nie przełożę spotkania z przyjaciółką czy dobrym znajomym lub sprawy waznej dla mnie, trudno. Zaczynam odpowiadać sobie na pytanie, co jest dla mnie ważne. I od momentu kiedy tak podchodzę do sprawy, tym jeszcze bardziej i częściej dostaję kolejne propozycje… Ciekawe zjawisko…

Wracając do tematu – po pubie pojechaliśmy do klubu. Zauroczony z kolegą od Pingwinów nie przypadli sobie do gustu, raczej skakali sobie do gardeł, no ale cóż ja poradzę. w klubie w końcu wyluzowałam, przywitałam się w końcu ze wszystkimi, zamówiłam drinka i poszłam szaleć na parkiecie. Muzyka była super. W końcu czułam że się odnalazłam. Trochę pogadałam trochę potańczyłam iw końcu doceniłam grupę, dzięki nim czułam się bezpiecznie, nie byłam tam sama.

I tak około 2 rano usiadłam w końcu na taborecie, popatrzyłam na grupę i na innych ludków którzy imprezowali. I znowu dotarły do mnie skrajne emocje.

Pierwsza… zamknęłam rozdział Zauroczonego, dotarło do mnie, że udało mi się ogarnąć emocje. Jak razem tańczyliśmy, to już nie było to, było inaczej, ja poczułam się w końcu sobą i szeroko się w duchu uśmiechnęłam. Znowu poczułam się świadomą i wolną kobitką :) Powróciła kontrola, powrócił rozsądek, powróciła chęć walki i poszukiwania siebie, szczęścia, życia, radości.

Druga… patrzyłam na znajomych, tańczących w rytm muzyki. Wielu z nich codziennie uporczywie szuka w życiu szczęścia. Wrzuca na fb na tablice różne motywujące teksty mądrości życiowe. Sama do nich w pewnym stopniu należę. Ale dotarło do mnie czego nie potrafię zaakceptować. Nie chodzę do klubu po to, aby ktoś mnie obmacywał w tańcu, nie szukam uparcie faceta, który ze mną zatańczy, byle jakiego, byleby nie tańczyć sama. Desperacja niektórych osób jest straszna. Aż słabo mi się zrobiło… ja tak nie umiem, choćbym nie wiem ile wypiła, nie umiem. Jeśli idę w takie miejsce, muszę czuć się bezpiecznie. I póki takie poczucie mam, póki otaczają mnie znajomi, którzy nie przekraczają również wobec mnie pewnych granic, jest super :)

 

Powrót…

Dawno nie pisałam. A szkoda… sporo się wydarzyło w moim życiu i nie do końca nadal potrafię to wszystko zrozumieć.

Zawsze byłam tchórzem, bałam się zmian, bałam się ludzi, bałam się być sobą, oszukiwałam samą siebie. Nie ma nic gorszego niż zrobić sobie coś takiego… zamknąć się w klatce, marzyć o szczęściu i na każdym kroku unieszczęśliwiać się. Takie było całe może życie, nigdy nie wierzyłam w siebie, do całego świata miała żal więc jak cokolwiek mogło się udać?????

W połowie 2014 roku zaczęłam nagle odbierać świat inaczej. Co było powodem? Nie wiem. Wyszłam ze skorupki i nagle oświetliło mnie piękne i jasne słońce i zamiast się ukryć przed nim jak to miałam w zwyczaju, zostałam… Poczułam ciepło na twarzy, zamknęłam oczy i na sekundę oszalałam ze szczęścia.

No i cóż… chłopczyca zaczęła nagle po 30-tce dbać o wygląd, chodzić do fryzjera, kupować sukienki, buty na obcasie, coraz to wymyślniejsze kosmetyki, perfumy… Założone konta na wielu portalach społecznościowych po mału zaczęły w końcu żyć. Zamiast spędzać wszystkie wieczory w zacnym własnym towarzystwie, tudzież przyjaciela kudłatego czworonożnego, miauczącego niemiłosiernie kiedy tylko zajmowałam się istnieniem w sieci. To niesamowite jak człowiek sam tworzy sobie złudny świat i uparcie w niego wierzy. Codziennie powtarzałam sobie że jestem szczęśliwa, że wrócę do mieszkania, w którym wciąż zamieszkuję z rodzicielami… Ileż prób juz przeszłam aby to zmienić- bezskutecznie. Więc po co miałam gdzieś wychodzić, skoro zawsze ktoś za ścianą siedział…

Najpierw obudził się we mnie głos, że mam już dość samotności. Bo długim związku nie zostało już nic. Minęły już 3 lata a ja się w końcu pozbierałam i najwyższy czas aby coś w końcu z tym swoim życiem zrobić. Jak postanowiłam tak zrobiłam, zaczęłam umawiać się na randki z facetami z sieci. Było ciężko…. ciągle mi coś nie pasowało, nie czułam się dobrze we własnej skórze. ciągle zadawałam sobie pytanie, co jest ze mną nie tak. Czy mam az tak cholernie wygórowane wymagania? Z może boję się stracić swoją niezależność, którą uparcie tyle lat budowałam, mówic sobie że jestem szczęśliwa i nie potrzebuję nikogo. A może umawiałam się z niewłaściwymi facetami. nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Praca dodatkowo mnie wykańczała. Korporacji wysysająca z człowieka resztki motywacji i zadowolenia. Uparcie chodziłam na różne spotkanie a to z ludkami z pracy a to czasem ktoś ze znajomych zaprosił do knajpy, ale nie mogłam się odnaleźć. Alko mi nie wchodził, ciągle myślałam żeby już wyjść i wrócić do domu.

I dalej chodziłam na randki, uparcie sobie wmawiając, że nie mogę przestać, że się nie poddam. Szukałam sensu, malutkiego światełka, odpowiedzi na tysiące pytań torpedujących mój umysł każdego dnia.

Potem zapragnęłam urlopu… ale z kim… po wielu trudach i przejsciach udało się wyjechac z kumpela poznana rowniez w sieci do Włoch. Jeden tydzień…. tylko jeden tydzień… Ja całe zycie bojąca sie samolotów, nie cierpiaca latać, narzekająca i ie potafiąca się przystosować, teskniaca za domem ktory mnie dusił, wsiadłam pewnego pieknego dnia do samolotu lecacego do Włoch i myslalam ze zniose strusie jajo ze szczęścia… :D Lot był wspaniały, Włochy piękne, wino szumiało w głowie, widoki zapierały dech w piersiach, słońce parzyło, jedzenie pieściło moje podniebenie, wycieczka objazdowa tylko dodawała energii, chodzenia, podziwiania i delektowania sie miejscem wciaz nie było dosc :) Pierwszy raz w zyciu dosłownie zachłysnęłam się wakacjami. Miałam wrażenie że jestem na non stop na haju… śmieję się, zaczepiam ludzi, smakuje, probuje i nagle nie mam oporow pozawac nowych ludzi, nie czuje sie brzydsza, gorsza, niedowartosciowana… Bojac sie wtody i wstydzac sie wlasnego ciala jakims cudem poszlam na basen poplywac, malo tego, poszlam poplywac w morzu i w kostiumie opalac sie na plazy i bylo mi z tym dobrze. Byłam cholernie szczesliwa i ciagle chcialam wiecej. Włosi… cudowni :) Nawet przezylam krótki ale jakze intrygujacy i namietny romans z Włochem… po cichu w tajemnicy snując intrygi. Pierwszy raz w życiu poszłam do łózka z nieznajomym mężczyzną, nie potrafiąc się z nik kompletnie porozumieć na płaszczyźnie werbalne, za to otwierając się całą sobą na jego osobę. Pierwszy raz dostałam to czego chciałam, niekogo i niczego nie udawałam i potrafiłam dać od siebie dużo wiecej niz to sobie wyobraziłam. To był magiczny czas.Z bólem serca wracałam w środku lata ze słonecznych Włoch do zalanej deszczem Polski.

Potem… potem było źle… Ogromny dół psychiczny, tesknota, żal. Nie byłam w stanie podnieść się z łóżka. Moje obecne życie wydawało mi się nic nie warte, puste, oszukane, bezbarwne i cholenie samotne. Długo dohodziłam do siebie. Po jakims czasie znowu zaczęłam chodzic na randki. Z reguły znajomosci konczyły sie po 2-4 spotkaniach. Nie było tego czegoś… Owszem, była adrenalina, ekscytacja, ciekawość… Do momentu aż znowu to ja zaczynałam ciągle z siebie coś dawać. Ne chciało mi się… Powróciła sinusoida, dni pełen euforii po których następowały dni mroczne. Ale potrzeba akceptacji, poczucie się potrzebną, ważną, wciąż nie malała.

Różnica… mimo wszystko od pół roku w sercu zagościła jakaś dziwna radość. Dużo się działo wokół i były to sytuacje do których nie byłam przyzwyczajona. Ciągle zdawałąm sobie pytanie, o co chodzi, skąd takie uczucie w środku, powodujące stan uniesienia? Moje reakcje na dane sytuacje zaczely sie zmieniać. Zaczal pojawiac sie spokoj i opanowanie po tylu latach. Wyprowadzona w równowagi, szalejąc z wsciekłości po chwili potrafiłam powrócić na ziemię, opanować się.

I tak analizując sobie zdałam sobie sprawę, że wszystkie zmiany miały swój początek po przekroczeniu owej jakże nieoczekiwanej przez kobiety 30-stki :) Kilka lat temu żyłam ze świadomością, że dla związku poświeciłam swoją tożsamość. Dziś mam wrażenie, nie nigdy wcześniej jej nie miałam, byłam jedną wielką kulką strachu i kłamstw. Żyłam życiem innych, robiłam to co wypada, mówiłam to co wypada i czułam to co powinnam. Mimo że w środku wszystko we mnie krzyczało, nie zgadzając sie na moją fałszywą postawę. Tak więc uczę w końcu prawdziwej siebie od początku :) Smakuję swoje emocje i odczucie, przemyślenia i pragnienia. I bardzo mi się to podoba. W końcu w jakimś stopniu czuję, że mogę coś zrobić ze swoim życiem i że tylko ja mam na to tak na prawdę wpływ, póki nie podejmę różnych działań, utknę.

Dlatego żałuję, że nie zaczęłam pisać wcześniej. Umknęło mi wiele niesamowitych myśli, obserwacji i uczuć. No i na wiele mysli straciłam za dużo czasu zamiast je wyrzucić z siebie od tak i iść dalej.

Sobotnie przemyślenia

15.02.2014

Czasem człowiek musi, inaczej się udusi…

Dzisiaj niespodziewanie serducho mi się ścisnęło i postanowiłam podzielić się z wszechświatem swoimi uczuciami.

Dawno nie pisałam, bo niby i o czym, praca zaczęła mnie irytować – może to już zmęczenie… Dalej nikt nie zapukał do mojego serca. Coś tam po prostu się dzieje i śmiga swoim torem.

A dzisiaj rano na zajęciach poznałam dziewczynę. Bardzo młodą – 22 lata. Okazało się, ze od roku zamężna. Śliczna, młodziutka uśmiechnięta. Aż miło było na nią patrzeć, bił od niej blask, młodość, świeżość ale i siła. Patrzyłam na nią z podziwem i nieukrywaną nutką zazdrości. Nie, nie wpadli, po prostu wyszła za mąż za swojego najlepszego przyjaciela u jest szczęśliwa. I mam nadzieję, że nikt nigdy tej sielanki nie zmąci :)

Tymczasem po południu zajrzałam w końcu na jeden z portali społecznościowych, aby sprawdzić co u starych przyjaciół słychać. I wtedy zamarłam, serce mi stanęło i poczułam… hmm… żal… Był kiedyś taki chłopak, który bardzo mi się podobał. Przyjaźniliśmy się – tak na prawdę. Nie było tematów tabu między nami. Mogłam zadzwonić w środku nocy i wiedziałam, że po prostu jest. Każde z nas było już w związku dlatego, pomimo, że z czasem zaczęło między nami iskrzyć, do niczego nie doszło. Dziś zrozumiałam, że to ja byłam opornikiem. Mój związek przeradzał się po mału koszmar, Jego się rozpadł – rozwiódł się. Z czasem nasze drogi się rozeszły. Potem On poznał kolejną przyszłą żonę. Urodziła mu się trójka dzieci. Stara paczka całkiem się rozpadła, wszyscy poszli w swoją stronę. Mój związek również rozleciał się na 1000 drobnych kawałeczków.

A dzisiaj się dowiedziałam że On odszedł od kolejnej żony, zostawiając 3 dzieci i znalazł sobie młodszą… już się zaręczyli…

Nie, nie zamierzam nikogo oceniać. Nie mam do tego prawa. Ja celebrują samotność, bojąc się szczęścia, On rozpaczliwie go szuka po swojemu. Mimo, że nigdy nie przepadałam za jego drugą żoną, dziś poczułam w sercu ból… Myślę dziś o Niej… Przykro mi się zrobiło. Czasem się zastanawiam, dlaczego tak się dzieje…

Tym bardziej trzymam mocno kciuki za młodziutką mężatkę poznaną dziś rano, mając nadzieję, że są w dzisiejszym chorym świecie jeszcze szanse na szczęśliwe życie.

Dzisiaj straciłam resztkę sympatii do Niego. Nie pytajcie dlaczego, nie potrafię tego powiedzieć. To uczucie pojawiło się we mnie i na razie nie próbuje go zrozumieć. Tym bardziej że już od kilku lat nie utrzymujemy kontaktu. Nie myślałam, że coś mogę jeszcze tak silnie odczuć…

Czy ja to przetrwam…?

10.11.2013

A no sporo czasu upłynęło, odkąd nie pisałam. Zmęczenie… trud z wrażeniem myśli… niespodziewane przygnębienie? Chyba wszystko razem. Wydawałoby się, że jak tylko zdejmą mi szwy i rana się zagoi, dużo zmieni się w moim życiu. A tymczasem przyszła jesień a wraz z nią powróciło uczucie zmęczenia, smutku i samotności.Co się stało z moim duchem walki???? Nie wiem. Pojawił się, a po chwili już go nie było :(

Od momentu zdjęcia szwów rana szybko zaczęła się goić. Fakt, blizna jest paskudna, ale ja jakoś się tym zupełnie nie przejmuję. Jedyne, co stwarzało mi problem, to znalezienie bluzek do pracy, że by jednak zachować jakiś profesjonalizm, co nie zawsze mi się udawało. Ale tym jakoś specjalnie też przestałam się przejmować.

Osłabienie organizmu okazało się dużo silniejsze niż myślałam. Nadal szybko się męczę i wiele rzeczy nadal sprawia mi trudność. Do tego z braku ruchu i możliwości wykonywania ćwiczeń zaczęłam znowu tyć… przestałam się mieścić w swoje ciuchy, co dodatkowo mnie dołowało. Nadal nie mogę na siebie patrzeć! Próby podjęcia wysiłku fizycznego nie najlepiej się dla mnie kończyły…

Ciągle sfrustrowana i zmęczona zaczęłam przesiadywać w pracy po godzinach. Nie chciało mi się wracać do domu. Ojciec się zmienił, że szok, ale matka… z każdym dniem coraz bardziej wyprowadza mnie z równowagi….

Przestałam się hamować… Każda wymiana zdań kończyła się awanturą… Nadal tak jest. Dzisiaj również… Wkurza mnie fakt, że nie potrafię po prostu wyjść, albo zignorować, że daję się wyprowadzić z równowagi… Źle się z tym czuje! Ale już nie daje rady! Mam dość jej ciągłego stękania, marudzenia, narzekania, pretensji o wszystko, przeklinania, wulgaryzmów i braku szacunku! Mocne słowa? Może. Ale to nie ja je powoduję.

Czy swoim zachowaniem nie szanuję matki? Możliwe. Czy ona kiedykolwiek szanowała mnie? Wątpię. Nigdy nie było moją przyjaciółką.. ba nigdy nie czułam żeby wspierała mnie jak matka. Może nikt jej tego nie nauczył? Możliwe. Ale ja już potrafię inaczej. Za każdym razem zarzynałam się, żeby jej pomóc, odciążyć, spełnić jej zachcianki nawet jeśli były głupim postawieniem przez nią na swoim i mocno ingerowały z moje plany i życie. Nie potrafiłam jej odmówić i zawsze ciągle coś było nie tak. Nigdy szczerze nie podziękowała, nie powiedziała że kocha, nie wsparła w niczym, nie zmotywowała… Zmarnowała swoje życie. Jest osoba, która dźwiga krzyż z własnej woli, przy czym głośno narzeka i ma do wszystkich pretensje a tak na prawdę nie ma odwagi, żeby cokolwiek zmienić. Ja już przestałam próbować naprawiać jej świat. Teraz ze wszystkich sił próbuję uratować swój i szczerze nienawidzę zarówno jej jak i siebie za te wszystkie podłe sytuacje, o których ciągle dochodzi.

Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam. Jestem zmęczona ciągłym hałasem w tym domu. Znowu nie sypiam po nocach, budzę się wykończona. Kiedy mam dzien wolny przez mieszkanie przechodzi tajfun, w postaci matki walącej w kuchni szafkami, szeleszczacej torebkami i tysiącem innych rzeczy od 7 rano! Budzę się i mam ochotę krzyczeć i walić głową w ścianę.

Dużo był dała, żeby spróbować sama, wyprowadzić się… Niestety ani na wynajem ani na kredyt mnie nie stać. Koleżanka wp racy powiedziała mi, że gdyby udało mi się wyprowadzić, wcale nie byłoby lepiej. Byłabym kompletnie sama w pustym mieszkaniu. Może i ma trochę racji, ale nie wiem na prawdę ile jeszcze zniosę.

Poza tym samotność mnie już dobija, a tak miałabym szanse kogoś poznać.

Czuje że znowu utknęłam w tym gównie i pomimo świadomości, że w jakiś sposób otarłam się o śmierć, nadal nie potrafię podjąć żadnej decyzji. To tak jakby ktoś mnie przywiązał i poruszał za sznureczki jak marionetką.

Coraz częściej dopada mnie uczucie, że toksyczne życie, do w jakim się kisiłam od urodzenia, tak mnie przesiąknęło, że nie potrafię być inna.. że nigdy nie będę potrafiła nic zmienić i najgorsze… że skończę jak moja matka…

Radioterapia

5 sierpnia byłam ostatni dzień w pracy, przynajmniej fizycznie. Na kolejne dni wzięłam pracę w domu. Od 6 sierpnia zaczynałam naświetlania.

6 sierpnia 2013

Jak lekarz nakazał o 8 rano stawiłam się rano w Centrum Onkologii. Okazało się, że po raz kolejny pod symulatorem… Kolejna przymiarka tej paskudnej maski, którą przypinali mnie do łóżka do naświetlań… uciskała całą twarz, nie mogłam przełykać nawet śliny, ciężko było oddychać i nawet o milimetr nie mogłam się ruszyć… Chwila zdenerwowania, szybszy oddech i zaczęłabym się dusić, a od takiego stanu do paniki już niewiele brakuje.

I jak się okazało, maska za bardzo uciskała mi przełyk, po 2 godzinach czekania i pierwszej symulacji zostałam odesłana razem z tą okropną maską do pracowni, celem jej lekkiego poszerzenia. Wróciłam po jakimś czasie i znowu czekałam na swoją kolej. Kolejna symulacja i kolejna…

Już w dupie miałam, że za każdym razem rozbierałam się od pasa w górę przez kolejnymi nieznanymi mi osobami… maska zakrywała mi do połowy piersi, stąd taki wymóg…

Po symulacji lekarz kazał nam czekać na tym razem prawdziwe już naświetlanie. Nam czyli mi i jeszcze kilku innym osobom, które tego dnia rozpoczynały radioterapię. Samo naświetlanie miała jeszcze poprzedzać konsultacja chirurgiczna i pomiar wielkości guza aby określić zakres operacji. Jednak do pomiaru nie doszło. Oczekiwanie na naświetlanie wydłużało się o kolejne godziny. Potem zostaliśmy przeniesienie pod inną salę z innym urządzeniem do naświetlań bo docelowy aparat uległ awarii. Po 3 godzinach wróciliśmy z powrotem, bo został naprawiony…

Byłam wykończona.

Po 15-stej wyszłam w końcu po naświetlaniu, które trwało kilka minut, a czas oczekiwania wynosił 6 godzin jak nie więcej. Konsultacja chirurgiczna została przełożona na kolejny dzień.

7 sierpnia 2013

Wstałam rano i na godzinę 9:30 pojechałam do onkologii na konsultację. Na 13-stą miałam naświetlanie. Zgodnie z wytycznymi lekarza miałam stawić się na pierwszym piętrze na konkretnym oddziale. Pierwsze wyzwanie- znaleźć właściwe schody. Drugie wyzwanie- co dalej…?

Za drzwiami była poczekalnia… mnóstwo ludzi chorych, łysych, z kroplówkami, czekającymi na przyjęcia na oddział, na wypis, na chemię… ciężkie obrazy. Po 11 przyszedł lekarz. Zgarnął wszystkie osoby czekające na konsultację. W końcu weszłam. Zostałam komisyjnie obejrzana przez kilka osób, nawet nie wiem kto był kim. Usłyszałam tylko, że przyjęcie na oddział 12 sierpnia, operacja 13 i wypis 14 sierpnia. Operacja nie będzie długa. Następny…

Do naświetlań miałam godzinę, poszłam zapytać, czy przyjmą mnie wcześniej, żebym nie musiała znowu jechać. A i owszem, przyjęli by mnie, ale karta moja pozostała u lekarza od którego wróciłam, a nie wiadomo kiedy wróci, wiec i tak muszę czekać.

Wróciłam do domu… Przyjechałam przed 14-stą. Czekałam na naświetlanie do 15:30… naświetlali mnie ponad 20 minut…

Ledwo wytrzymałam. Raz, że trafiła mi się fala największych upałów, w samej klinice było sporo ponad 30 stopni, a o klimie w takim miejscu można zapomnieć. Druga sprawa to to, ze ledwo wytrzymałam przykuta do łóżka w masce tyle czasu, dodatkowo tym razem naświetlanie piekło, szczypało, swędziało, bolało… zaciskałam mocno pięści i nie wiedziałam ile jeszcze wytrzymam. Wróciłam do domu wykończona, padłam…Jedyne co mi się udało, to przełożyć naświetlania z 13-stej na 17-tą kiedy jest mniej ludzi i dużo chłodniej.

W nocy nadrabiałam zaległości i pracowałam…

 

8 sierpnia 2013

Po nieprzespanej nocy pojechałam na 7 rano do onkologii aby zrobić przykazaną mi dzień wcześniej morfologię… Tym razem pierwszy raz coś szybko załatwiłam. Chwilę po 8 rano już byłam w domu i zabrałam się za pracę. Na 17-stą pojechałam na naświetlania. Też poszło szybko, aż nie mogłam uwierzyć, bez kolejek, bez czekania… takie sytuacje ostatnio mi się nie przytrafiały. To był dobry i pracowity dzień pomimo zmęczenia. Jedyne co mnie tylko zastanowiło to pytanie- czy robiła p\Pani morfologię i jeśli tak to czy odebrała Pani swoje wyniki? Hmm, a czy ktoś mi powiedział, że w ogóle mam je odebrać i kiedy i gdzie? Jak do tej pory miałam zakaz odbierania jakichkolwiek wyników ponieważ trafiały od razu do mojej karty pacjenta… Generalnie stwierdziłam, że sami znajdą co potrzeba, ja swoje zrobiłam, nie mogę się ciągle o coś martwić, bo zwariuję.

 

9 sierpnia 2013

Kolejna nieprzespana noc… nie pamiętam już od jak dawna nie śpię. Mylą mi się dni, pamiętam tylko o której godzinie co mam załatwić następnego dnia. Nocami wariuję, nie wiem co mam ze sobą zrobić, czym zająć myśli, jak zasnąć, jak odpocząć. A kiedy przychodzi ranek, jestem jak warzywo, głowa mi pęka, nie mam pojęcia co się ze mną dzieje. I te okropne upały…

Tego dnia miałam tylko naświetlania. Czułam się coraz gorzej, już sama nie wiem czy to przez naświetlania, brak snu, nerwy i zmęczenie a najpewniej przez wszystko razem.

Tego dnia również nie widziałam się z lekarzem. Dzień przyjęcia mnie na oddział zbliżał się wielkimi krokami a ja nadal nic nie wiedziałam. Kolejny dzień ciężkich widoków i historii rozrywających serce…

Naświetlanie na szczęście nie trwało długo. Po 5 minutach zostałam uwolniona z tego średniowiecznego narzędzia tortur. Tym razem jednak wracałam do domu, powłócząc nogami na przystanek autobusowy. Cały czas dojeżdżałam autobusem ale pierwszy raz czułam taki silny spadek formy. Pokonanie każdego odcinka 100 metrów stawał się na prawdę ogromnym wyzwaniem. Szczęśliwa za każdym razem przekraczałam próg domu i padałam. Jutro sobota, rano ostatnie naświetlanie. Obym tylko dowiedziała się co dalej, gdzie mam się zgłosić w poniedziałek itd.

10 sierpnia 2013

O 8 rano zgodnie z rozkładem stawiłam się na naświetlaniach. Było kilka osób ale same nieznajome twarze. Nie tak miało być. Myślałam, że spotkam lekarza, osoby które razem ze mną zaczynały naświetlania. Po ostatnim naświetlaniu dziewczyny życzyły mi powodzenia i szybkiego powrotu do zdrowia. A co dalej zapytałam…

Okazało się, że zmiana godziny naświetlań z 13-stej na 17-tą spowodowała, że lekarz szukał mnie od kilku dni ale nie znalazł. Tylko że nikt mnie nie poinformował, że zmiana godziny naświetlań może spowodować, że będę się mijać z lekarzem i nikt lekarza o mojej zmianie nie poinformował. Mało tego, wyniki badań morfologicznych, które robiłam w środę, nadal się nie znalazły i jakoś z tego powodu byłam przez wszystkich wokoło rozpoznawana. Słyszałam – a to Pani, od tej morfologii…

Zapytałam, co dalej, lekarz się ze mną nie skontaktował, nic nie wiem poza tym, ze w poniedziałek na oddział mam się przyjąć… Dziewczyny chciały pomóc, podzwoniły, powiedziały, że Pan Dr dba o swoich pacjentów bardzo. Ok, nie przeczę, ale dlaczego ja ciągle nic nie wiem i ciągle coś ginie… jak nie karta to wyniki badań, to lekarz itd.

Nic więcej się nie dowiedziałam. Przyjęłam do wiadomości, że w poniedziałek muszę się stawić na Oddział do szpitala i tyle. Co będzie to będzie. Niestety pomimo postanowienia nie denerwowania się i nabrania sił przed operacją zafundowały mi kolejne dwie bezsenne noce. Jak spałam godzinę to może maks. Byłam wycieńczona psychicznie i fizycznie…

A impreza dopiero co miała się zacząć…

 

W pogoni za… szczęściem…?

22.07.2013

Ostatnio nie pisałam, musiałam wyciszyć ogromny chaos który zapanował w mojej głowie. Tysiące bezsensownych myśli bez ładu i składu, co  z własnej głupoty zafiksowałam się na Szczypiorka. Tak strasznie chciałam wiedzieć że jest ktoś, że  w końcu znalazłam ramię na którym mogę się podeprzeć i wypłakać.

Ale to było tylko w mojej wyobraźni.

On ograniczył spotkania, a ja potrzebowałam ich coraz bardziej. Brak Szczypiorka na co dzień był jak brak tlenu…

Spanikowałam, straciłam grunt pod nogami i cierpiałam.

Może to i głupie, bo zamiast przejmować się operacją, moją głowę zaprzątała bezsensowna gonitwa głupich myśli. A może i nie… Może właśnie w ogóle nie powinnam przejmować się operacją tylko dalej budować swoją duchową podstawę i dalej robić swoje z uśmiechem na twarzy…

W ostatni piątek miałam dzień wolny. Myślałam, że zacznę już radioterapię. Nic bardziej mylnego…

Rano przyleciałam do Onkologii, nie chcąc tracić ani minuty czasu. I standardowo wylądowałam na jednym z krzesełek przed gabinetem, kompletnie nie wiedząc co dalej. Coś tam podsłuchałam jednym uchem, coś drugim. W końcu pojawił się lekarz, wyczytał kilka nazwisk i ruszył przed siebie…

Poderwałam się z krzesła i krzyknęłam „A ja????”

Nazwisko????- zapytał lekarz.

Otworzył swój kajecik i zaczął szukać. Znalazł. Odpowiedział tylko „Za mną” i ruszył w te pędy korytarzami…

Nawet nie wiedziałam dokąd idziemy. Starałam się nie oderwać od grupy i nie zgubić. Wylądowaliśmy przed gabinetem przygotowywania masek do naświetlań. Nawet nie miałam pojęcia, że coś takiego będzie mi robione. Człowiek, póki nie zderzy się z taką rzeczywistością, nie ma o niczym pojęcia, kompletnie nie wie co go czeka.

Doczekałam się swojej tury. Kazali rozebrać się do pasa w górę i położyć się na stole. Nagle na mojej twarzy, ramionach i klatce piersiowej wylądowała gorąca lepka masa w kratkę… Miała tylko wycięte otwory na oczy nos i usta, żeby się nie udusić. Masa szybko zastygała, mocno przywierając do ciała, przy odrobinie stresu i przyspieszonego oddechu człowiek mógłby się udusić. Ostatecznie na końcach maski mocowane były zaczepy, którymi człowiek był przypinamy do stołu, żeby nawet na milimetr się nie ruszyć… Przerażające… Zamknęłam oczy i starałam się spowolnić oddech, uspokoić… Udało się.

Potem jedna z Pań zabierała Ciebie i maskę i goniła kolejnymi korytarzami, tym razem do symulatora naświetlań, gdzie kilkakrotnie ubierali człowieka w ten pancerz i kazali się kłaść, za każdym razem tak samo, żeby przypadkiem żadne inne miejsce nie było naświetlane niż guz… A w moim przypadku jeszcze dodatkowe ryzyko że guz całkiem blisko serca…

Minęła kolejna godzina, jakoś to przetrwałam. Potem kolejna wyprawa kolejnym korytarzem do następnego gabinetu. Zobili mi tomografię.

Po czym po prostu wypuścili, powiedzieli, „Dziękujemy, to wszystko”.

Zaraz, chwila, jakie wszystko, a co dalej, kiedy naświetlania, kiedy operacja, kiedy w końcu będę miała to wszystko za sobą????

Odpowiedź.. „Proszę łapać lekarza na korytarzu, co jakiś czas się tu kręci”

No jakieś żarty chyba! Wtedy już na prawdę się wkurzyłam. Wróciłam w stronę symulatora i złapałam jedną z Pań, które tam ze mną wcześniej były. Dostałam karteczkę z nazwiskiem lekarza, numerem tel i godzinami w jakich mam dzwonić i pytać co dalej.

No i tak próbuję się dodzwonić…. Albo zajęte albo nikt nie odbiera.

Na prawdę jestem już tym zmęczona. Czekaniem, brakiem informacji, brakiem perspektywy choć tygodnia urlopu i wyjechania gdzieś, odpoczęcia, oderwania od tego wszystkiego. Poza tym guz cały czas bardzo szybko rośnie. Coraz bardziej swędzi i pobolewa w miejscu, gdzie uciska. Szczęście w nieszczęściu, że guz wyrósł na mięśniu a nie na kości, bo tak, to część kości by mi usuwali- a to raczej już powoduje jakaś niepełnosprawność. A tak wytną kawałek mięśnia. Powolna i systematyczna praca powinna zregenerować to miejsce po operacji.

Strasznie bym chciała mieć już tą operację za sobą… albo chociaż wiedzieć, że już niedługo będzie jej termin…

Większy kaliber… walkę czas zacząć

11.07.2013

Nerwy stres od rana, uczucie żeby nie jechać, że może jednak wcale nie chcę znać wyników badań. Całą noc towarzyszył mi płytki sen. Rano zignorowałam wszystkie budziki, chciałam żeby to był tylko sen…

W końcu się zmobilizowałam. Do Onkologii dotarłam chwile po 8 rano. Ku mojemu zdziwieniu do gabinetu czekał już dziki tłum. Zajęłam miejsce w kolejce i czekałam. Nie miałam pojęcia, że lekarz przyjmuje dopiero od 9 rano. Zdenerwowałam się, że spóźnię się do pracy i to dużo bardziej niż planowałam. Przez pierwszą godzinę zjadał mnie masakryczny stres, potem już chyba bardziej ze zmęczenia odpuściłam. Porozsyłałam sms-y, że się spóźnię.

W końcu po 10-tej weszłam do gabinetu. Pani doktor stwierdziła brak mojej karty pacjenta, która podobno utknęła na oddziale patologii… zerknęła na moje wyniki badań w systemie, potem na mnie, po czym oświadczyła że ta konsultacja niestety nie będzie dla mnie dobra…

Po raz kolejny te wszystkie przeczucia w mojej głowie nie były obsesją  chorymi urojeniami tylko intuicją. Wynik- nowotwór, guz złośliwy. Przypadek jeszcze bardziej rzadki niż ten zdiagnozowany poprzednio. Mało tego, te guzy nie pojawiają się nad piersią, jeśli już to albo w jelitach i przewodzie pokarmowym, podbrzuszu, albo na kończynach górnych. Kolejny raz jestem indywidualnym przypadkiem.

I tak oto moja poranna wizyta przerodziła się w całodniową mękę… tym razem wysłałam info do pracy że dziś już nie dotrę…

Najpierw Pani doktor zadzwoniła na Oddział Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków czy mógłby mnie dzisiaj obejrzeć. Chirurg wyraził zgodę wiec moja karta pacjenta została wyrwana z patologii i przekazana na Oddział nowotworów. W sumie fajnie bo nie czekałam za długo.

A więc jednak operacja… Tyle że tym razem wszystko wygląda inaczej. Od razu dostałam kartę do anestezjologa, skierowanie na prześwietlenie płuc, czy przypadkiem nie mam przerzutów, skierowania na badania przedoperacyjne oraz konieczność konsultacji w celu ustaleniu terminu radioterapii przed operacją. Radioterapia w celu paliatywnym, więc powinnam zamknąć się z naświetlaniami w jednym tygodniu do max 3. Po wszystkich informacjach pobiegłam do anestezjologa. 4 osoby przede mną – 3 godziny czekania!!! Dochodziła 4 a ja siedziałam tam, kompletnie bez sił, na czczo, bez śniadania, bez wody… bez świadomości jakiejkolwiek konieczności, potrzeby picia czy jedzenia… Już zapomniałam że tak można, że stres tak może działa na człowieka. Chyba podłamałam się bardziej niż nadal mam tego świadomość.

W końcu dostałam się do anestezjologa, potem pobiegłam na prześwietlenie płuc. Po wszystkim zrobiłam sobie zdroworozsądkową przerwę, kupiłam kanapkę i coś do picia. Kiedy ją zjadłam ,wtedy dopiero poczułam się fatalnie. Poszłam pod następny gabinet… usiadłam zrezygnowana w koncie patrząc na te wszystkie osoby czekające, zmęczone, zdenerwowane… a ja po prostu nie miałam kompletnie sił. Usiadłam gotowa czekać aż wszyscy pacjenci wyjdą o ile w ogóle ja jestem na liście…. Weszłam przed 16-stą. Dostałam kolejne wytyczne, za tydzień zaczynam naświetlenia…

Tak dalej się boję i dalej jestem przerażona i kompletnie bez sił i tak dobija mnie alej fakt, że tkwię w tym wszystkim sama jak palec. Nawet mimo tego, że moja ostatnia randka chce się powtórzyć w przyszłym tygodniu to jakoś dziś mnie to nie cieszy, Czuję że wszystko zaczyna mi się wymykać spod kontroli. Nie dość, że wczoraj pękł mi ząb i mam teraz kieł jakich mało, to jeszcze dziś po powrocie z Onkologii padłam i nie dotarłam na angielski. Zaczyna się kumulować tyle rzeczy i spraw do załatwienia a ja nie mam na to siły :(

Mam tylko nadzieję, że to przetrwam… dodajcie mi sił…

Karuzela

04.07.2013

Ostatnio nie pisałam, mimo że często czułam wewnętrznie taką potrzebę. Miota mną od jakiegoś czasu tyle uczuć, że nie za bardzo ogarniam temat. Powrócił płytki, czujny sen. Budzę się bardziej zmęczona niż się położyłam. W ciągu dnia poruszam się jak za mgłą, nieobecna i przytłumiona. Hektolitry wypitej kawy nic a nic nie pomagają. Każdego dnia walczę z bólem głowy i zmęczeniem, nad niczym nie mogę się skupić, ciągle chce mi się po prostu płakać.

Żeby chociaż roboty było dużo, to akurat bym się czymś z musu zajęła, ale na razie wszystkie projekty zawisły w próżni… stan oczekiwania jest strasznie męczący.

Do tego ciągle się zadręczam tym cholernym guzkiem. Już było wszystko super, perspektywa fajnych wakacji, wyjazdu nawet kosztem wydania całej kasy jaką mam. A tu jedna wielka dupa! Będę miała operację. Guzek z dnia na dzień jest coraz większy. Boli i swędzi… A ja ciągle czekam na potwierdzenie badań.

Pierdolone czekanie!

Cholerna bezsilność! Stan który zawsze mnie rozwalał…

Czuję się jakby przez mój umysł przeszła trąba powietrzna zostawiając jeden wielki pierdolnik. Nie mam pojęcia od czego zacząć, jak to wszystko uporządkować i w ogóle po co to wszystko robić???

Że dla siebie? Nie odczuwam takiej potrzeby. Jestem zdezorientowana i zmęczona.

Więc dla kogo innego?

Nie ma nikogo innego. Całe życie przez każde gówno przechodziłam sama. Tym razem jest dokładnie tak samo.To jak czekanie na wyrok siedząc samotnie w głuchej ciemnej celi. Tylko bezradność, strach i pustka…

Najlepiej żeby już teraz! zaraz! położyli mnie na stół i usunęli to gówno. Dostanę zwolnienie, zakaz forsowania sie, opalania itd i będę miała gotowe usprawiedliwienie dlaczego kolejny rok wakacji spędzam sama w domu. Wtedy będę mogła spokojnie w to uwierzyć i się nie dołować. Wtedy nie będę musiała wisieć w tej bezczynności. Mam dość czekania!

Ostatnio nawet jeszcze walczyłam. Zdechła i bez humoru prawie codziennie po pracy na zajęcia językowe chodziłam. Wracałam do domu na czworaka. Zmęczona, rozdrażniona ale z głową zajętą myślami w innym języku. Zawsze to jakoś inaczej.

W końcu na jednych z zajęć zauważyłam, że każdy czymś mnie wkurza, ten po lewej ciągle się wierci jakby miał stado mrówek w tyłku, laska po prawej ciągle się wyrywa i pierdzieli głupoty, kolejna siedząca obok udaje że rozumie, co sie do niej mówi… Jak wychodziłam z zajęć byłam przekonana że trafiłam na grupę idiotów. Teraz wiem, że to zmęczenie… przewrażliwienie wynikające z permanentnego braku snu od jakiegoś czasu…

Do tego wszystkiego zaczęła mnie irytować i dołować moja ostatnia zawsze działająca deska ratunku… moja działka. Pojechałam tam ostatnio, pomijając już fakt że o mało nie spowodowałam karambolu i zatrzymałam się kilkanaście centymetrów przed słupem na drodze… Dojechałam w końcu na miejsce i… poczułam pustkę, nagle cała praca, jaką tam włożyłam w dom, ogród, przestała mieć znaczenie. Rozryczałam się…

Ale nie… to jeszcze nie koniec…

Jakby tego było mało, po głowie ciągle chodzi mi ostatnio mój „były”. Nie dość że odezwał się w moje urodziny z przeprosinami za nerwy jakie mi jakiś czas temu zaserwował i wielką chęcią naprawienia wszystkiego to jeszcze to…

Dwa dni dochodziłam do siebie po tym smsie, a od jakiegoś czasu ciągle po głowie chodzą mi różne myśli i obrazy. Cały czas wychodzę z założenia, że to moje urojenia i że nie mogę się chyba z niego wyleczyć. Problem w tym, że już kilkakrotnie miewałam takie sytuacje i okazywało się, że to intuicja się do mnie dobijała i wszystko się sprawdzało.

A co mi tak chodzi po głowie? A no ślub byłego z obecną niunią i to całkiem niedługo… skąd się biorą takie myśli??? A druga rzecz to jakieś dziwne uczucie, że chłopak wcale nie jest szczęśliwy…

A czemu o tym pisze? Bo chyba ciągle nie mogę pogodzić się z tym że po ponad 7 latach naszego związku on tak szybko się pocieszył. Bo nie mogę się pogodzić tym bardziej z moją samotnością. Kompletnie sobie z tym nie radzę i normalnie szlag mnie trafia.

Tym bardziej jest mi z tym wszystkim ostatnio tak cholernie źle, że wzięłam dzień wolny w pracy.

Żeby nie było, ze nie walczyłam… chciałam zawalczyć o weekend i zmianę otocznia. Koleżanka z pracy bierze ślub w ten weekend. Nie pojadę- ojciec zabrał mi samochód. W domu znowu wojna psychologiczna – o wszystko!

I jeszcze zajebista kumpla z zespołu złożyła właśnie wypowiedzenie…

Ile jeszcze mam zrobić dla innych żeby przestać walić głową w mur????? Dla siebie nie będę robić już nic, bo nic nie przynosi mi ani ulgi ani nadziei, jest tylko bałagan, smutek, irytacja i brak dalszych widoków na przyszłość… wszystko wskazuje mi ciagle tylko jedno- cholerną samotność!

A w weekend chyba z tej radości napruje się sama – do lustra!