sentymentalnie

Rok 2015_ magia i szaleństwo

W tym roku tak wiele rzeczy niesamowicie trudnych wydarzyło się w moim życiu, że nawet ciężko było znaleźć czas na pisanie, a szkoda, bo te wszystkie emocje towarzyszące poszczególnym wydarzeniom… bezcenne były.
Dlaczego dziś postanowiłam napisać? Bo chcę się podzielić w końcu moimi odczuciami i myślami.

Rok 2015… magiczny…

Rozpoczął się od zmiany otoczenia, wizerunku, imprezowania, klubów, flirtów i poznania ludzi którzy dziś są moimi przyjaciółmi. Są nieobliczalni i niesamowici i kocham ich właśnie za to jacy są :D Kilka szalonych wyjazdów ale i wspaniała codzienność, poranne „siema czarownico, co słuchać, miłego dnia :P”.  Zawsze pamiętają, zawsze są.

W międzyczasie również straciłam moją ukochaną babcię. Jeszcze w maju byłam na jej urodzinach. Serce mi się ściskało okropnie jak patrzyłam na tą buzię o szarej cerze, smutne oczy, brak energii i chęci życia. Spojrzenie wołające o pomoc. Rozpacz mnie ogarniała. Od dawna nie dawałam rady jej odwiedzać…. Było to silniejsze ode mnie. Imprezowe życie, alkohol, ciągły pęd pozwalały mi o tym nie myśleć. Żegnając się z babcia w dniu jej urodzin, złapała mnie mocno za rękę… nie chciała mnie puścić… to spojrzenie… błagające… było straszne. Ułamki sekund a serce mi się rozdzierało. Przytuliłam ją mocno po czym wyszłam z mamą, zostawiając ją z jej byłą synową. Kilka dni później w pracy dzwonił mój telefon. Nieznany numer. Bałam sie odebrać…. nie byłam w stanie, sparaliżowało mnie. Potem odezwała sie mama, ze babcia jest w szpitalu i zabrało ją pogotowie. Pędziłam po pracy do domu, żeby pojechać z mama do szpitala. Wysiadałam juz u siebie z windy i zadzwonił telefon. Odebrałam szybko. Dzwonili ze szpitala… babcia zmarła… osunęłam się po ścianie na klatce i łzy leciały mi jak grochy. Nie pamiętam co mówił do mnie lekarz, mimo ze bardzo starałam sie wtedy słuchać. Długo mówił… Kiedy się rozłączył jakoś udało mi się trafić kluczem do zamka i wejść do domu. Podeszłam do mamy i nie wytrzymałam. Wpadłam w rozpacz i nie mogłam przestać łkać… Powiedziałam jej co się stało. Mama tego dnia była twardsza ode mnie. A to przecież chodziło o jej mame…. Nie wiem ile czasu mnie uspokajała. Zanosiłam się płaczem. Następnego dnia to mama się załamała, ja starałam sie jak najwięcej załatwić. Tak, nadal mam wyrzuty sumienia że mnie przy babci nie było. Ze w pewnym momencie się odsunęłam. To jak wtedy chciała mnie zatrzymać… Boli strasznie.  I nie wiem czy kiedykolwiek do końca będę potrafiła sobie  tym poradzić…

W międzyczasie pojawił się On. Wariat który oszalał na moim punkcie tylko dzięki rozmowom na internecie. Poznaliśmy się na grupie mając wspólnych znajomych. Oszalał, zakochał się i przyjechał do mnie ponad 500 km. I mimo ze ja nie chciałam żadnego związku, odpychałam go, raniłam i sama przeżywałam katusze, On wciąż był i twierdził że kocha. Co jakis czas wsiadał w pociąg i przyjeżdżał na kilka dni, bo chciał mnie zobaczyć… Efekt końcowy…? Jakis czas temu spakował się w torbę podróżną, wsiadł w pociąg i przeprowadził się o te 500 km do Warszawy, żeby byc tu przy mnie…. Z jedną torbą… Powiedział że wszystko czego potrzebuje ma tu… czyli mnie….Wynajął mieszkanie, znalazł pracę i został…. Nawet teraz kiedy to pisze, nie wierzę w to wszystko… Może jednak mam szansę na szczęście i miłość w życiu, tylko muszę sobie na to pozwolić…

We wrześniu rzuciłam prace :) Tak po prostu nie podpisałam aneksu. Miałam dość. Od dawna spóźniałam sie codziennie i to coraz bardziej. Udawałam ze pracuje i miałam coraz większą depresję. Korporacje jednak potrafią wykończyć ludzi. Tym bardziej, że mój zespół wyglądał podobnie jak ja, zmęczenie, depresja, zero motywacji do pracy, zagrywki psychologiczne i mobbing…W momencie podjęcia tej decyzji poczułam jak tony ciężaru spadają z moich barków. Oj bałam się jak cholera. No bo co dalej? Jak będę żyć…. Najciekawsze jest to że odkąd nie mam pracy, nie mam na nic czasu. Ucze sie nowych rzeczy do zmiany kwalifikacji i poświęcam czas najbliższym. W tym roku gdzie się nie obejrzę, u każdego dzieją się straszne rzeczy…. Serce ściska. Ale ten rok uświadomił mi, jak ważni są dla mnie ludzie. Ilu mam wokół siebie życzliwych duszków, którzy byli kiedy sie załamałam. Kiedy to wszystko mnie przerosło i chciałam się poddać, przestałam wychodzić z domu i odzywać się do ludzi, kiedy chciałam uciec…. nie pozwolili mi na to. I za to jestem im ogromnie wdzięczna.

A dziś… dziś gratulowałam znajomej na portalu społecznościowym narodzin synka. Nagle zauważyłam, że jedna z osób które również złożyły gratulacje, jest żona mojego byłego, tego z wieloletniego związku. I tu się zdziwiłam. Bo zabolało. A minęlo już tyle lat… Nie wytrzymałam, zajrzałam na jej profil, zobaczyłam ich zdjęcia i ukłuło jeszcze bardziej…. No co za ciort. Powiedziałam sobie, nie! To jest przeszłość. Ja też mam już swoje życie. Dużo osiągnęłam i może nieporadnie ale walczę dalej. Nie minęła godzina i dostałam sms… właśnie od byłego…. nie miałam z nim kontaktu od pół roku i byłam pewna, że już go nie będę miała. Nie chciałam nawet się odzywać. Tym czasem wpadła mi wiadomość z pytaniem co u mnie, jak się czuje, jak zdrowie…..? Poczułam sie z tym dziwnie, nie komfortowo… wręcz źle. I nie do końca wiem co z tym zrobić.

Sobotnie przemyślenia

15.02.2014

Czasem człowiek musi, inaczej się udusi…

Dzisiaj niespodziewanie serducho mi się ścisnęło i postanowiłam podzielić się z wszechświatem swoimi uczuciami.

Dawno nie pisałam, bo niby i o czym, praca zaczęła mnie irytować – może to już zmęczenie… Dalej nikt nie zapukał do mojego serca. Coś tam po prostu się dzieje i śmiga swoim torem.

A dzisiaj rano na zajęciach poznałam dziewczynę. Bardzo młodą – 22 lata. Okazało się, ze od roku zamężna. Śliczna, młodziutka uśmiechnięta. Aż miło było na nią patrzeć, bił od niej blask, młodość, świeżość ale i siła. Patrzyłam na nią z podziwem i nieukrywaną nutką zazdrości. Nie, nie wpadli, po prostu wyszła za mąż za swojego najlepszego przyjaciela u jest szczęśliwa. I mam nadzieję, że nikt nigdy tej sielanki nie zmąci :)

Tymczasem po południu zajrzałam w końcu na jeden z portali społecznościowych, aby sprawdzić co u starych przyjaciół słychać. I wtedy zamarłam, serce mi stanęło i poczułam… hmm… żal… Był kiedyś taki chłopak, który bardzo mi się podobał. Przyjaźniliśmy się – tak na prawdę. Nie było tematów tabu między nami. Mogłam zadzwonić w środku nocy i wiedziałam, że po prostu jest. Każde z nas było już w związku dlatego, pomimo, że z czasem zaczęło między nami iskrzyć, do niczego nie doszło. Dziś zrozumiałam, że to ja byłam opornikiem. Mój związek przeradzał się po mału koszmar, Jego się rozpadł – rozwiódł się. Z czasem nasze drogi się rozeszły. Potem On poznał kolejną przyszłą żonę. Urodziła mu się trójka dzieci. Stara paczka całkiem się rozpadła, wszyscy poszli w swoją stronę. Mój związek również rozleciał się na 1000 drobnych kawałeczków.

A dzisiaj się dowiedziałam że On odszedł od kolejnej żony, zostawiając 3 dzieci i znalazł sobie młodszą… już się zaręczyli…

Nie, nie zamierzam nikogo oceniać. Nie mam do tego prawa. Ja celebrują samotność, bojąc się szczęścia, On rozpaczliwie go szuka po swojemu. Mimo, że nigdy nie przepadałam za jego drugą żoną, dziś poczułam w sercu ból… Myślę dziś o Niej… Przykro mi się zrobiło. Czasem się zastanawiam, dlaczego tak się dzieje…

Tym bardziej trzymam mocno kciuki za młodziutką mężatkę poznaną dziś rano, mając nadzieję, że są w dzisiejszym chorym świecie jeszcze szanse na szczęśliwe życie.

Dzisiaj straciłam resztkę sympatii do Niego. Nie pytajcie dlaczego, nie potrafię tego powiedzieć. To uczucie pojawiło się we mnie i na razie nie próbuje go zrozumieć. Tym bardziej że już od kilku lat nie utrzymujemy kontaktu. Nie myślałam, że coś mogę jeszcze tak silnie odczuć…

W pogoni za… szczęściem…?

22.07.2013

Ostatnio nie pisałam, musiałam wyciszyć ogromny chaos który zapanował w mojej głowie. Tysiące bezsensownych myśli bez ładu i składu, co  z własnej głupoty zafiksowałam się na Szczypiorka. Tak strasznie chciałam wiedzieć że jest ktoś, że  w końcu znalazłam ramię na którym mogę się podeprzeć i wypłakać.

Ale to było tylko w mojej wyobraźni.

On ograniczył spotkania, a ja potrzebowałam ich coraz bardziej. Brak Szczypiorka na co dzień był jak brak tlenu…

Spanikowałam, straciłam grunt pod nogami i cierpiałam.

Może to i głupie, bo zamiast przejmować się operacją, moją głowę zaprzątała bezsensowna gonitwa głupich myśli. A może i nie… Może właśnie w ogóle nie powinnam przejmować się operacją tylko dalej budować swoją duchową podstawę i dalej robić swoje z uśmiechem na twarzy…

W ostatni piątek miałam dzień wolny. Myślałam, że zacznę już radioterapię. Nic bardziej mylnego…

Rano przyleciałam do Onkologii, nie chcąc tracić ani minuty czasu. I standardowo wylądowałam na jednym z krzesełek przed gabinetem, kompletnie nie wiedząc co dalej. Coś tam podsłuchałam jednym uchem, coś drugim. W końcu pojawił się lekarz, wyczytał kilka nazwisk i ruszył przed siebie…

Poderwałam się z krzesła i krzyknęłam „A ja????”

Nazwisko????- zapytał lekarz.

Otworzył swój kajecik i zaczął szukać. Znalazł. Odpowiedział tylko „Za mną” i ruszył w te pędy korytarzami…

Nawet nie wiedziałam dokąd idziemy. Starałam się nie oderwać od grupy i nie zgubić. Wylądowaliśmy przed gabinetem przygotowywania masek do naświetlań. Nawet nie miałam pojęcia, że coś takiego będzie mi robione. Człowiek, póki nie zderzy się z taką rzeczywistością, nie ma o niczym pojęcia, kompletnie nie wie co go czeka.

Doczekałam się swojej tury. Kazali rozebrać się do pasa w górę i położyć się na stole. Nagle na mojej twarzy, ramionach i klatce piersiowej wylądowała gorąca lepka masa w kratkę… Miała tylko wycięte otwory na oczy nos i usta, żeby się nie udusić. Masa szybko zastygała, mocno przywierając do ciała, przy odrobinie stresu i przyspieszonego oddechu człowiek mógłby się udusić. Ostatecznie na końcach maski mocowane były zaczepy, którymi człowiek był przypinamy do stołu, żeby nawet na milimetr się nie ruszyć… Przerażające… Zamknęłam oczy i starałam się spowolnić oddech, uspokoić… Udało się.

Potem jedna z Pań zabierała Ciebie i maskę i goniła kolejnymi korytarzami, tym razem do symulatora naświetlań, gdzie kilkakrotnie ubierali człowieka w ten pancerz i kazali się kłaść, za każdym razem tak samo, żeby przypadkiem żadne inne miejsce nie było naświetlane niż guz… A w moim przypadku jeszcze dodatkowe ryzyko że guz całkiem blisko serca…

Minęła kolejna godzina, jakoś to przetrwałam. Potem kolejna wyprawa kolejnym korytarzem do następnego gabinetu. Zobili mi tomografię.

Po czym po prostu wypuścili, powiedzieli, „Dziękujemy, to wszystko”.

Zaraz, chwila, jakie wszystko, a co dalej, kiedy naświetlania, kiedy operacja, kiedy w końcu będę miała to wszystko za sobą????

Odpowiedź.. „Proszę łapać lekarza na korytarzu, co jakiś czas się tu kręci”

No jakieś żarty chyba! Wtedy już na prawdę się wkurzyłam. Wróciłam w stronę symulatora i złapałam jedną z Pań, które tam ze mną wcześniej były. Dostałam karteczkę z nazwiskiem lekarza, numerem tel i godzinami w jakich mam dzwonić i pytać co dalej.

No i tak próbuję się dodzwonić…. Albo zajęte albo nikt nie odbiera.

Na prawdę jestem już tym zmęczona. Czekaniem, brakiem informacji, brakiem perspektywy choć tygodnia urlopu i wyjechania gdzieś, odpoczęcia, oderwania od tego wszystkiego. Poza tym guz cały czas bardzo szybko rośnie. Coraz bardziej swędzi i pobolewa w miejscu, gdzie uciska. Szczęście w nieszczęściu, że guz wyrósł na mięśniu a nie na kości, bo tak, to część kości by mi usuwali- a to raczej już powoduje jakaś niepełnosprawność. A tak wytną kawałek mięśnia. Powolna i systematyczna praca powinna zregenerować to miejsce po operacji.

Strasznie bym chciała mieć już tą operację za sobą… albo chociaż wiedzieć, że już niedługo będzie jej termin…

545821_395219060574112_2041787079_n

Ciężar

Złość! Wściekłość! Furia! Bezradność! Depresja!

Tak w skrócie wygląda mój urlop:) Cudownie… Nie umiem poradzić sobie z przeszłością i z samotnością.

Jakiś czas temu mój były zaproponował mi, że w ramach remontu mieszkania gdzie kiedyś razem mieszkaliśmy, możemy się spotkać w majówkę żebym zabrała sobie to co chcę z wyposażenia kuchni skoro i tak prawie całą urządzałam w różne sprzęty. Ucieszyłam się, bo akurat na działkę dużo rzeczy mi się przyda i zaoszczędzę kasę na kupowaniu nowych. Zapomniał tylko wspomnieć że wyjeżdża za granicę na jakiś czas. W międzyczasie zadzwoniła do mnie do pracy jego matka. Postawiła mnie pod ścianą oświadczając, że czas nagli i trzeba jak najszybciej zabrać rzeczy bo remont…. Powiedziałam że w najbliższym czasie nie dam rady, nie znajdę czasu, na co ona żebym powiedziała co chcę, to ona mi zakapuje…. Heloł!!!! Ponad dwa lata tam nie mieszkam, skąd do cholery mogę pamiętać. Poza tym nie taka była umowa, miało być na spokojnie i w majówkę. Ależ byłam wściekła. Dawno nikt mi tak humoru nie popsuł bez względu na to czy chciał czy nie. Wkurzona dzwonię do byłego, numer incorect… wysłałam sms… nie dotarł… Fala wściekłości mnie zalała. Po kilku nieudanych dniach próby kontaktu napisałam maila, że nie mam ochoty być stawiana w takich sytuacjach i żeby dogadywał się wcześniej ze swoimi rodzicami. Odpisał na maila że na urlopie jest zagramanica… szkoda że nie uprzedził że będzie nidostępny… a ja tu wychodzę z siebie.

Odpuściłam, wylałam w mailu do niego wszystkie swoje żale i wyjechałam na działkę. Przez cztery dni się zarzynałam, machałam łopatą i czym się dało byle tylko całą złość z siebie wyrzucić. Efekt- połamana i obolała wróciłam na majówkę do domu. Trzy dni przeleżałam z bolącym kręgosłupem i pogłębiającą się depresją. Poumawiałam się wcześniej ze znajomymi ale nagle wszyscy o mnie zapomnieli. Bez sił, zła i zdołowana przeleżałam trzy dni. Wszystko mnie wkurzało, męczyły mnie koszmary senne a były się w ogóle nie odezwał. Majówka już prawie dobiegła końca. A ja znowu wkurwiona bo czuję się oszukana i wystawiona do wiatru. Nie, nie zadzwonię do niego, jeśli zapomniał co mi obiecał, trudno. Głupi burak i debil i tyle. Jakby nie można było wysłać jakiegokolwiek sms typu sorry, nieaktualne albo wrócę parę dni później. Nie mam pojęcia dlaczego się nie odzywa i wkurwia mnie to na maksa. Zapewne zapomniał… a ja tyle nerwów straciłam, przez samą głupotę. Jestem wściekła na niego i na samą siebie. To on, jego laska i matka dręczą mnie ciągle w koszmarach. Jak ja mam się uwolnić od przeszłości? On zawsze będzie już tak na mnie działał, że za każdą pierdołę, głupotę będę robić raban i chodzić wściekła, sama się nakręcać i wpadać w depresję…

Poszłam dziś na 2h trening, zmęczenie i endorfiny poprawiły mi humor. No i przede wszystkim muzyka. Chcę czy nie, jeśli trenuję przy głośnej muzyce, zmieniam świat, przenoszę się gdzie indziej. Pomaga :) Tabliczka czekolady również. Złamałam się i pożarłam całą. Trudno, nie zamierzam pluć sobie w brodę. Liczę teraz na to, że jak wyleję tutaj swoje wszystkie żale, całą złość i wszystkie złe emocje odejdą, odetchnę, przestanę o tym myśleć… Zacznę żyć w końcu swoim życiem. Do cholery to już ponad dwa lata minęły a ja nie potrafię dojść ze sobą do ładu!!!! Pragnę zapomnieć…

734903_504686616243191_2055677389_n

Czyżby to była refleksja?

14 luty 2013

Tak ostatnio jak wracałam z pracy autobusem i myślałam o wszystkim i o niczym gapiąc się nieobecnie w okno, doszło do mnie że od rozstania z byłym minęły prawie dwa lata. A ja w jakiś sposób dalej tkwie w czarnej d…. A dlaczego? A bo najwyraźniej na własne życzenie. Od kiedy to w mojej głowie zakorzeniły się jakieś głupie przekonania???? Na przykład dlaczego brak faceta oznacza nie chodzenie do kawiarni czy do kina????? heloł? Głupota, no nie? I tak dotarło do mnie że nie wiadomo dlaczego sama narzuciłam sobie taki głupi styl życia i przy okazji lenistwa. Więc zdobyłam bilet za 13 zeta i we wtorek po pracy (urwałam się nawet trochę wcześniej, wychodząc z pracy w końcu nie ostatnia) i pojechałam do kina. Kupiłam sobie dodatkowo mega zestaw nachos :)))) A bo kto mi zabroni? :D NIKT :))) Film tytuł ma całkiem fajny -  Podręcznik pozytywnego myślenia. Ale nie nie nie , to był dramat, nie film psychologiczny ani komedia. Rozsiadłam się wygodnie w kinie chrupiac swoje upragnione nachos z sosem serowym i gapiąc się na reklamy a tu wchodzą sobie dwie starsze panie, obstawiam że spokojnie po 50-stce ale mogę się mylić. Wyglądały na przyjaciółki. Jedna z nich mówi – wiesz, ja ostatnio mam jakąs depresję, doła normalnie, wszystko mnie przygnębia i w ogóle jest jakieś bez sensu. Na co druga jej odpowiada- pewnie Cię to nie pocieszy ale ja od jakiegoś czasu też mam depresję… I tak sobie pomyślałam że ostatnio coraz częściej widzę ludi przygnębionych, smutnych, samotnych, zagubionych. Jakieś okropne czasy nadeszły kiedy człowiek nie jest przyjacielem człowiekowi ale obcym albo gorzej, wrogiem. I tak w sumie smutno mi się zrobiło. Tym bardziej, że Panie raczej nie trafiły z doborem filmu na taki nastrój. W każdym razie trzymam za nie kciuki. Koniec był pozytywny więc może choć trochę zmieni ich nastawienie do świata na bardziej kolorowe.