społeczeństwo

Dalsza droga :)

Odkąd zaczęłam wychodzić do ludzi, nie mogę się nadziwić, ile rzeczy dzieje się w moim życiu, jak wiele różnych emocji, przemyśleń, spostrzeżeń… Wspaniałe jest to, że każdego dnia ktoś jest, są ludzie :) Odzywają się na necie, na telefonie, na maila… jak ja mogłam wcześniej bez tego żyć? Jak to możliwe, że kiedyś ten cały zgiełk i zamieszanie tak mi przeszkadzały, wręcz męczyły?

Wiem, że się powtarzam, ale nadal nie mogę pojąć w jaki sposób człowiek może się nagle aż tak zmienić :)

Jak też ostatnio wspomniałam, uwielbiam poznawać nowych ludzi, każdy wnosi coś nowego do mojego życia. I tak Pana Żyrafy już nie ma. Było tylko to jedno spotkanie, więcej się nie odezwał. Czy żałuję? Oczywiście że nie. Jakiś cudem nauczyłam się po prostu być w danej chwili i w tym momencie cieszyć się tym co jest. Pan Żyrafa tamtego wieczoru wniósł bardzo dużo spokoju. Poczułam się, jakbym przeniosła się do innego wymiaru, innego świata :) I t było fajne. Nie dyskutowałam z tym, nie chciałam nic zmieniać, po prostu w tym byłam i obserwowałam i słuchałam i to było super :) Po dość nerwowym dniu odpoczęłam psychicznie. I nie, nie zastanawiam się, czemu Pan Żyrafa więcej się nie odezwał. Nie mam takiej potrzeby. Cieszę się, że miło spędziłam tamten wieczór i że poznałam istotę z innej galaktyki :) Która nie żyje w pędzie, jest trochę oderwana od całego zgiełku, fałszu i pogonią za kasą, potrafi docenić piękno przyrody i sztukę. Takie wrażenie odniosłam :)

Pomyślałam sobie, idę dalej :) Aby tradycji stało się zadość, kolejny weekend i kolejna impreza w klubie. I po raz kolejny w nowym klubie :Ale do tego jeszcze wrócę…

Po miesiącu styczniu pełnym zwariowanych wydarzeń i dość silnych emocji przyszedł dość chłodny luty. Krótkie kalkulacje, szybkie decyzje. Ileż ja bym dała, żebym zawsze tak potrafiła!!!!! No i przyszła jedna chwila słabości pod piękną i jakże znaną wielu kobietom nazwą CHANDRA. Tak tak, wszystkie dobrze ją znamy. Kiedy się pojawia, albo sieje spustoszenie albo powoduje rzeczy do których się nie chcemy potem przyznać :P Mnie doprowadziła pierwszy raz w życiu do pustego portfela :D Po tylu latach w końcu poszłam do kosmetyczki. Koleżanka w pracy poleciła, że cudowna kobitka, profesjonalna, że salon wyglądem odstrasza, ale jak już wejdziesz, przekroczysz magiczny próg i znajdziesz się w innym świecie :D I tak się stało :) Straciłam poczucie czasu i poczucie rzeczywistości, to było lepsze niż nie jeden seans psychologiczny :D Efekt końcowy? Cudowny!!! Piękne czerwone paznokcie, cudna skóra, zrelaksowane ciało… i powrót z drugiego końca miasta 0 21 do domu w środku tygodnia :D Cóż mi więcej było potrzeba? Prysznic, lampa dobrego wina, odrobina ulubionej muzyki i ciepły koc :D

No dobrze, pomyślałam, to skoro już tak szaleję to czemu nie pójść dalej? No to poszłam. Weekend… wyspana i rześka wstalam przed południem, ogarnęłam kawę i słuchając wewnętrznego głosu pobiegłam na bazarek do ulubionego butiku z ciuchami. Połowa miesiąca a ja oszalałam, wydając ostatnie pieniądze z pensji. Ale warto było. W końcu kupiłam sobie świetne ciuchy w których mogę chodzić na imprezy :D i miałam gdzieś, że do końca miesiąca o chlebie i wodzie, a co tam warto!

No to skoro już czuję się zrelaksowana, mam zajebiste paznokcie, wypoczęta buźkę i zajebiste ciuchy no to w końcu jak tu nie iść do klubu :) I to był chyba najfajniejszy wieczór jaki mi się przytrafił. Sporo znajomych już pyszczków, sporo nowych do poznania. Poszliśmy kilkuosobową ekipą, wiec od samego początku było mi raźniej. Pierwsze wrażenie dość… hmmm… zaskakujące. A czemu? A bo średnia wieku mocno przekraczała 50 lat ( jak nie sporo więcej) co było ciekawym doświadczeniem. Zamówiłam drinka i zrobiłam mały research ;) No to pomyślałam, że trzeba wyluzować i się wyszaleć. W końcu fajnie, ze i takie osoby chodzą się pobawić :D Tylko muzyka średnio mi pasowała. Ledwo ulokowałam swoje cztery litery na pufie, popijając ulubionego drineczka, zaraz znalazł się znajomy Pan od pingwinów :) No to się przysiadł i tak gadaliśmy drinkując. Ledwo kolega odszedł zapalić, drugi się przysiadł. Ale temat rozmowy mocno mnie irytował (jak można gadać o tabletkach gwałtu jeszcze do tego życząc dziewczynie takiego zakończenia wieczoru…). Popukałam się w czoło i poszłam na parkiet. I wywijałam ostro przy podrygujących obok mnie całkiem niezłych 50-tkach :) A znajomi sączyli sobie % odpoczywając :) No to pomyślałam sobie no i co że ja tu sama, muza fajna, nogi podrygują, trzeba się wyluzować :) i się udało :D Nie nie nie , nigdy nie mówiłam, że ja umiem tańczyć. Ale przecież taniec to ekspresyjne wyrażanie siebie :) Tak więc wyrażałam siebie tak jak to czułam i było mi tak dobrze, w dupie miałam wszystkie kompleksy, to miał być mój wieczór. I był :) Nowo poznany kolega co chwila jak przechodził obok, całował mnie po rękach :D Miłe uczucie, nie powiem… ;) A to inny kolega wpadł pożartować. A to inny porwał na parkiet gdzie wywijaliśmy jak szaleni :) A to Zauroczony się pojawił, przyszedł i przytulił i ucałował w czoło i pogadał…

Najciekawsze jest to, ze dopiero po imprezie zdałam sobie sprawę, że prawie całą noc spędziłam na pogaduchach i tańczeniu z jedną osobą. I to chyba wzbudziło ponownie zainteresowanie miedzy innymi Zauroczonego. Ale nie chcę na razie więcej pisać ani zdradzać, bo nie chciałabym zapeszać. Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że odzyskuję wiarę w dobrych ludzi. Oraz w ludzi z podobną wrażliwością do mojej :D I pomimo tego, że uparcie od tamtego czasu się dystansowałam, zamykałam, zaprzeczałam, każda wiadomość od tej osoby przyspiesza bicie mojego serca. Nie, nie zakochałam się. wiedziałabym o tym. Gadam ostatnio z moim rozsądkiem i nie są to łatwe rozmowy. Wiem, że Rozsądek mnie nie oszukuje. Intuicja też nie. Nie rozumiem jednak czemu moje ciało reaguje inaczej niż mój Rozsądek podpowiada… I pomimo mojej ignorancji, wycofania, braku inicjatywy On ciągle się pojawia na chwilę i przynosi uśmiech :) Ot tak po prostu… Chciałabym cieszyć się tym uczuciem jak najdłużej :D

I jeszcze jedno… patrząc na to wszystko co się dzieje ostatnio na prawdę zaczynam wierzyć, że nie ważne jest moje kilka dodatkowych kilogramów i chomikowe pućki na twarzy. Pięknością też nie jestem. Ale skoro potrafię zaintrygować faceta, skoro potrafię wywołać uśmiech na jego twarzy, wysłuchać go od tak, bo faceci potrafią opowiadać ciekawe historie, i jeśli to powoduje, że oni dzwonią, piszą, a niektórzy nawet się zakochują, ta na prawdę te kilka kg nie ma znaczenia :D Tak chcę się ich pozbyć, ale już tylko dla siebie, dla własnej kondycji i samopoczucia a nie dla żadnego faceta :D

Od kilku dni leżę w domu z jakiś paskudnym grypskiem, ale w głębi ducha szczęśliwa :) Bo mimo, że zamknięta w 4 ścianach to jednak nie sama… Pierwszy raz w moim życiu okazało się, że jak zaufasz ludziom to oni się odwdzięczą. Nie ma chwili, żeby ktoś się nie odezwał, nie zapytał czy nie pomóc, lub nie życzył zdrowia, nie pożartował lub przesłał przepisu na jakieś paskudne ale uzdrawiające ochydztwo do wypicia. Pomimo wielu wyrzeczeń związanych z planami na weekend i nie tylko jestem szczęśliwa :) Wiem, że idę teraz dobrą drogą. Pozostaje tylko jeszcze jedne kluczowy element do zmiany w moim życiu aby było jeszcze lepiej. Co to takiego? A no praca… Trudne decyzje :( Ale w tym roku musi się udać :D

Takie tam refleksyjne przemyślenia…

Poprzedni post był dość osobisty, ale opisanie całej tej sytuacji pozwoliło mi na porządną refleksję. I jak najbardziej teraz mogę potwierdzić, że to nagła potrzeba bliskości kompletnie mnie zaślepiła. Przed dobre dwa tygodnie dosłownie pożerały mnie tak skrajne emocje, że nawet gdybym chciała, nie potrafię ich wyrazić. To niesamowite, że kiedy po tylu latach samotności, kiedy człowiek w końcu się otworzy na inną osobę, może się aż tak zagubić.

Nie, niczego nie żałuję :) Z tych złych chwil wyciągam wnioski dla siebie i naukę na przyszłość. Z tych miłych… uśmiech :) I idę dalej przed siebie.

10410185_877707765607739_8073923310849382353_nDzięki Zauroczonemu nagle zaczęłam chodzić w weekendy do klubów – potańczyć. Przez całe swoje życie chyba nie odwiedziłam tylu klubów co ostatnio. I mimo „rozstania” Zauroczony dalej do mnie pisze  przed imprezami małą grupą znajomych spotykamy się jeszcze na jakieś piwko, pogadać :) Tyle że od momentu wejścia do klubu wchodzimy już do szerszej grupy znajomych i w zasadzie bawimy sie oddzielnie. I szczerze mówiąc nawet mi to odpowiada.

Mimo, że ciągle zadaję sobie pytanie, co ja tam robię? Bo kluby to nie do końca moja bajka. Tłumy, duchota, okropnie głośna muzyka, krzyczące tłumy. To wszystko na dłuższą metę staje się męczące.

Na początku zła i zazdrosna co chwila schodziłam z parkietu i beznamiętnym wzrokiem obserwowałam, jak Zauroczony obtańcowuje po kolei dziewczyny w klubie. Ależ mnie to wkurzało. Nie, nie to że obtańcowuje, tylko to, że mnie to wkurza. Bo co mnie to w końcu interesuje. Co jakiś czas w mojej głowie pojawiał się kolejny plan, żeby zawrócić ponownie w głowie Zauroczonemu. Ale po co do cholery? Niby co miałabym takim zachowaniem sobie udowodnić? Przecież doskonale wiem, że z tym facetem nie stworzę nigdy udanego związku… więc po tracić fajną znajomość i tracić szacunek do samej siebie!?!?! To, co działo się w mojej głowie, bardzo mi się nie podobało!

Przetrwałam jedną okropną imprezę w klubie, gdzie nagle zostałam sama na parkiecie, nie było wokół mnie żadnej znajomej twarzy. Hałas i te obce tłumy, że nawet na milimetr nie można było się ruszyć, powodowały że wszystko we mnie krzyczało żeby uciec. Wytrzymałam do 1 w nocy, w końcu uciekłam, pobiegłam do szatni, odebrałam swoje ubranie z szatni i wyszłam na powietrze. Zachłysnęłam się aż świeżym powietrzem. Miałam gigantycznego doła, wróciłam do domu i próbowałam znaleźć sobie miejsce. Nie potrafiłam… Spałam źle. Kolejny dzień też był ciężki. Ale obiecałam sobie, że się nie poddam, nie tym razem i nie tak łatwo. Muszę w końcu się nauczyć słuchać siebie, funkcjonować w społeczeństwie, dowiedzieć się dokąd zmierzam.

Minął tydzień od tej potwornej imprezy i rozstania. Zauroczony znowu się odezwał z propozycją spotkania. Ponieważ ledwo trzymała się na nogach, zakatarzona i wykończona ledwo wróciłam do domu, zakopałam się pod pierzynę i odpisałam że przepraszam, ale nie dam rady. I to był pierwszy raz, kiedy odmówiłam i nie żałowałam. Nie robiłam wszystkiego, żeby tylko do niego pojechać. Zrobiłam coś czego na prawdę potrzebowałam- poszłam spać. I pierwszy raz w tym roku przespałam dużo więcej niż 5h i było mi z tym cudownie :)

Za to w sobotę juz nie wytrzymałam. Mimo średniego samopoczucia chciało mi się do ludzi. I tutaj ciekawa sytuacja :) Kilka dni wcześniej w ramach relaksu do pracy umówiłam się z inną ekipą znaną już trochę na necie do kina na Pingwiny z Madagaskaru :) Film na prawdę  polecam, płakałam ze śmiechu i na prawde się zrelaksowałam. Zastanawiam się czasem, czy kreskówki na pewno są dla dzieci… :) W każdym razie na film przyszło tylko 2 kumpli, reszta nie dotarła… no to się zapoznaliśmy uściśnięciem dłoni, a po filmie każdy poszedł w swoją stronę. Może kilka słów zamieniliśmy.

No to w sobotę poszliśmy sobie w kilka osób do knajpki na piwko i potańczyć przed klubem, kilka nowych twarzy było. A tu nagle dołączył do nas kolega z kina od Pingwinów :) Zauroczony nagle wielce zdziwiony, że skąd my się znamy i w ogóle posypało się milion pytać, że jak, że gdzie, że kiedy. I wtedy do mnie dotarło, że to jest to, muszę iść dalej, poznawać nowych ludzi, nie oglądać się na przeszłość. Z kolegą od Pingwinów przegadałam z pół wieczoru, rozmowa toczyła się całkowicie naturalnie a humor dopisywał. Kolejna ciekawa osobowość :) Co ciekawe, im bardziej staram się nie patrzeć na facetów jak na facetów, ale ze zwyklej ludzkiej ciekawości próbuje ich poznać, po prostu cały czas ktoś obok mnie jest i uparcie proponuje kolejne spotkanie. Ciekawy mechanizm… Bo nie szukam randek i faceta, w każdym razie nie na siłę. A efekt jest taki, że kilku ostatnio poznanych ludków w dość ciekawych okolicznościach próbuje mnie wyciągnąć a to do kina, a to do pubu, a to do teatru, do klubu….  Kiedyś nawet bym się nie zastanawiała, zmieniała swoje wszystkie plany byleby pójść. Dziś przeprowadzam kalkulację, nie odwołuje swoich zajęć, nie przełożę spotkania z przyjaciółką czy dobrym znajomym lub sprawy waznej dla mnie, trudno. Zaczynam odpowiadać sobie na pytanie, co jest dla mnie ważne. I od momentu kiedy tak podchodzę do sprawy, tym jeszcze bardziej i częściej dostaję kolejne propozycje… Ciekawe zjawisko…

Wracając do tematu – po pubie pojechaliśmy do klubu. Zauroczony z kolegą od Pingwinów nie przypadli sobie do gustu, raczej skakali sobie do gardeł, no ale cóż ja poradzę. w klubie w końcu wyluzowałam, przywitałam się w końcu ze wszystkimi, zamówiłam drinka i poszłam szaleć na parkiecie. Muzyka była super. W końcu czułam że się odnalazłam. Trochę pogadałam trochę potańczyłam iw końcu doceniłam grupę, dzięki nim czułam się bezpiecznie, nie byłam tam sama.

I tak około 2 rano usiadłam w końcu na taborecie, popatrzyłam na grupę i na innych ludków którzy imprezowali. I znowu dotarły do mnie skrajne emocje.

Pierwsza… zamknęłam rozdział Zauroczonego, dotarło do mnie, że udało mi się ogarnąć emocje. Jak razem tańczyliśmy, to już nie było to, było inaczej, ja poczułam się w końcu sobą i szeroko się w duchu uśmiechnęłam. Znowu poczułam się świadomą i wolną kobitką :) Powróciła kontrola, powrócił rozsądek, powróciła chęć walki i poszukiwania siebie, szczęścia, życia, radości.

Druga… patrzyłam na znajomych, tańczących w rytm muzyki. Wielu z nich codziennie uporczywie szuka w życiu szczęścia. Wrzuca na fb na tablice różne motywujące teksty mądrości życiowe. Sama do nich w pewnym stopniu należę. Ale dotarło do mnie czego nie potrafię zaakceptować. Nie chodzę do klubu po to, aby ktoś mnie obmacywał w tańcu, nie szukam uparcie faceta, który ze mną zatańczy, byle jakiego, byleby nie tańczyć sama. Desperacja niektórych osób jest straszna. Aż słabo mi się zrobiło… ja tak nie umiem, choćbym nie wiem ile wypiła, nie umiem. Jeśli idę w takie miejsce, muszę czuć się bezpiecznie. I póki takie poczucie mam, póki otaczają mnie znajomi, którzy nie przekraczają również wobec mnie pewnych granic, jest super :)

 

Powrót…

Dawno nie pisałam. A szkoda… sporo się wydarzyło w moim życiu i nie do końca nadal potrafię to wszystko zrozumieć.

Zawsze byłam tchórzem, bałam się zmian, bałam się ludzi, bałam się być sobą, oszukiwałam samą siebie. Nie ma nic gorszego niż zrobić sobie coś takiego… zamknąć się w klatce, marzyć o szczęściu i na każdym kroku unieszczęśliwiać się. Takie było całe może życie, nigdy nie wierzyłam w siebie, do całego świata miała żal więc jak cokolwiek mogło się udać?????

W połowie 2014 roku zaczęłam nagle odbierać świat inaczej. Co było powodem? Nie wiem. Wyszłam ze skorupki i nagle oświetliło mnie piękne i jasne słońce i zamiast się ukryć przed nim jak to miałam w zwyczaju, zostałam… Poczułam ciepło na twarzy, zamknęłam oczy i na sekundę oszalałam ze szczęścia.

No i cóż… chłopczyca zaczęła nagle po 30-tce dbać o wygląd, chodzić do fryzjera, kupować sukienki, buty na obcasie, coraz to wymyślniejsze kosmetyki, perfumy… Założone konta na wielu portalach społecznościowych po mału zaczęły w końcu żyć. Zamiast spędzać wszystkie wieczory w zacnym własnym towarzystwie, tudzież przyjaciela kudłatego czworonożnego, miauczącego niemiłosiernie kiedy tylko zajmowałam się istnieniem w sieci. To niesamowite jak człowiek sam tworzy sobie złudny świat i uparcie w niego wierzy. Codziennie powtarzałam sobie że jestem szczęśliwa, że wrócę do mieszkania, w którym wciąż zamieszkuję z rodzicielami… Ileż prób juz przeszłam aby to zmienić- bezskutecznie. Więc po co miałam gdzieś wychodzić, skoro zawsze ktoś za ścianą siedział…

Najpierw obudził się we mnie głos, że mam już dość samotności. Bo długim związku nie zostało już nic. Minęły już 3 lata a ja się w końcu pozbierałam i najwyższy czas aby coś w końcu z tym swoim życiem zrobić. Jak postanowiłam tak zrobiłam, zaczęłam umawiać się na randki z facetami z sieci. Było ciężko…. ciągle mi coś nie pasowało, nie czułam się dobrze we własnej skórze. ciągle zadawałam sobie pytanie, co jest ze mną nie tak. Czy mam az tak cholernie wygórowane wymagania? Z może boję się stracić swoją niezależność, którą uparcie tyle lat budowałam, mówic sobie że jestem szczęśliwa i nie potrzebuję nikogo. A może umawiałam się z niewłaściwymi facetami. nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Praca dodatkowo mnie wykańczała. Korporacji wysysająca z człowieka resztki motywacji i zadowolenia. Uparcie chodziłam na różne spotkanie a to z ludkami z pracy a to czasem ktoś ze znajomych zaprosił do knajpy, ale nie mogłam się odnaleźć. Alko mi nie wchodził, ciągle myślałam żeby już wyjść i wrócić do domu.

I dalej chodziłam na randki, uparcie sobie wmawiając, że nie mogę przestać, że się nie poddam. Szukałam sensu, malutkiego światełka, odpowiedzi na tysiące pytań torpedujących mój umysł każdego dnia.

Potem zapragnęłam urlopu… ale z kim… po wielu trudach i przejsciach udało się wyjechac z kumpela poznana rowniez w sieci do Włoch. Jeden tydzień…. tylko jeden tydzień… Ja całe zycie bojąca sie samolotów, nie cierpiaca latać, narzekająca i ie potafiąca się przystosować, teskniaca za domem ktory mnie dusił, wsiadłam pewnego pieknego dnia do samolotu lecacego do Włoch i myslalam ze zniose strusie jajo ze szczęścia… :D Lot był wspaniały, Włochy piękne, wino szumiało w głowie, widoki zapierały dech w piersiach, słońce parzyło, jedzenie pieściło moje podniebenie, wycieczka objazdowa tylko dodawała energii, chodzenia, podziwiania i delektowania sie miejscem wciaz nie było dosc :) Pierwszy raz w zyciu dosłownie zachłysnęłam się wakacjami. Miałam wrażenie że jestem na non stop na haju… śmieję się, zaczepiam ludzi, smakuje, probuje i nagle nie mam oporow pozawac nowych ludzi, nie czuje sie brzydsza, gorsza, niedowartosciowana… Bojac sie wtody i wstydzac sie wlasnego ciala jakims cudem poszlam na basen poplywac, malo tego, poszlam poplywac w morzu i w kostiumie opalac sie na plazy i bylo mi z tym dobrze. Byłam cholernie szczesliwa i ciagle chcialam wiecej. Włosi… cudowni :) Nawet przezylam krótki ale jakze intrygujacy i namietny romans z Włochem… po cichu w tajemnicy snując intrygi. Pierwszy raz w życiu poszłam do łózka z nieznajomym mężczyzną, nie potrafiąc się z nik kompletnie porozumieć na płaszczyźnie werbalne, za to otwierając się całą sobą na jego osobę. Pierwszy raz dostałam to czego chciałam, niekogo i niczego nie udawałam i potrafiłam dać od siebie dużo wiecej niz to sobie wyobraziłam. To był magiczny czas.Z bólem serca wracałam w środku lata ze słonecznych Włoch do zalanej deszczem Polski.

Potem… potem było źle… Ogromny dół psychiczny, tesknota, żal. Nie byłam w stanie podnieść się z łóżka. Moje obecne życie wydawało mi się nic nie warte, puste, oszukane, bezbarwne i cholenie samotne. Długo dohodziłam do siebie. Po jakims czasie znowu zaczęłam chodzic na randki. Z reguły znajomosci konczyły sie po 2-4 spotkaniach. Nie było tego czegoś… Owszem, była adrenalina, ekscytacja, ciekawość… Do momentu aż znowu to ja zaczynałam ciągle z siebie coś dawać. Ne chciało mi się… Powróciła sinusoida, dni pełen euforii po których następowały dni mroczne. Ale potrzeba akceptacji, poczucie się potrzebną, ważną, wciąż nie malała.

Różnica… mimo wszystko od pół roku w sercu zagościła jakaś dziwna radość. Dużo się działo wokół i były to sytuacje do których nie byłam przyzwyczajona. Ciągle zdawałąm sobie pytanie, o co chodzi, skąd takie uczucie w środku, powodujące stan uniesienia? Moje reakcje na dane sytuacje zaczely sie zmieniać. Zaczal pojawiac sie spokoj i opanowanie po tylu latach. Wyprowadzona w równowagi, szalejąc z wsciekłości po chwili potrafiłam powrócić na ziemię, opanować się.

I tak analizując sobie zdałam sobie sprawę, że wszystkie zmiany miały swój początek po przekroczeniu owej jakże nieoczekiwanej przez kobiety 30-stki :) Kilka lat temu żyłam ze świadomością, że dla związku poświeciłam swoją tożsamość. Dziś mam wrażenie, nie nigdy wcześniej jej nie miałam, byłam jedną wielką kulką strachu i kłamstw. Żyłam życiem innych, robiłam to co wypada, mówiłam to co wypada i czułam to co powinnam. Mimo że w środku wszystko we mnie krzyczało, nie zgadzając sie na moją fałszywą postawę. Tak więc uczę w końcu prawdziwej siebie od początku :) Smakuję swoje emocje i odczucie, przemyślenia i pragnienia. I bardzo mi się to podoba. W końcu w jakimś stopniu czuję, że mogę coś zrobić ze swoim życiem i że tylko ja mam na to tak na prawdę wpływ, póki nie podejmę różnych działań, utknę.

Dlatego żałuję, że nie zaczęłam pisać wcześniej. Umknęło mi wiele niesamowitych myśli, obserwacji i uczuć. No i na wiele mysli straciłam za dużo czasu zamiast je wyrzucić z siebie od tak i iść dalej.

laleczka-voodoo.gif

Wkurw przed duże W

12 marca 2013

Szala goryczy przelewała się we mnie ie przelewała, aż w końcu się przelała. Złość, irytacja to za mało powiedziane. Uczucie które mi ostatnio towarzyszy jest dużo silniejsze. Rok 2013 zaczął się dla mnie niezbyt łaskawie. I pomimo upartego dążenia do celu pomimo ciągłych wkurzających wydarzeń prę do przodu. Zapisuję na kartkach i w kalendarzach kolejne cele, małe i duże kroki i pomimo ciągłego dostawania po głowie idę dalej. Niestety w towarzystwie gigantycznych rozmiarów wkurwa.  Całe życie wszyscy mi powtarzali, bądź dobra dla innych, jeśli dajesz dobrą energię na pewno powróci ona do Ciebie… Bujda!!! Ogłaszam wszem i wobec że mam serdecznie dość uzdrawiania tego popierdzielonego świata i przyjmowania policzków w twarz z przyklejonym uśmiechem na gębie. Pierdolę nie robię. Od dziś zaczynam mieć w szerokim poważaniu potrzeby innych i zamierzam skupić się na swoim. Tak- zamierzam zostać egoistką, koniec z z altruizmem. Nie wiem do czego to ostatnio dochodzi ale mam serdecznie dość ludzi plujących jadem, toksycznych sytuacji, irytacji, powstrzymywania się od wygłaszania własnego zdania. Mam dość ludzi zapatrzonych w siebie albo uznających swoje racje za święta i mam dość podporządkowywania się. Jak się wkurzę to się wkurzę, jak strzelę focha to strzelę i już! Dawka jadu ludzkiego skierowanego od początku tego roku przelała się.
Najpierw bosze poratuj wielka przyjaciółka od lat wykrzykująca mi, że jej unikam i mam jakieś chore jazdy bo nie oddzwaniam i nie odpisuje na smsy – których od kilku miesięcy nawet nie dostałam więc na co niby miałabym odpowiedzieć, zapatrzona tylko w swoje ciągłe problemy i swoje własne ego. Miałam dość wysłuchiwania niekończących się pretensji skierowanych w moją stronę i niekończących się stękań. Szalę przelała jej pretensja że jak ja przechodziłam bardzo kiepski okres w swoim życiu to tylko raz się do niej odezwałam przez ponad rok. Szkoda tylko, że widząc co się ze mną dzieje, nawet ani razu nie zadzwoniła i sama się nie odezwała. No więc moja cierpliwość powiedziała dość! Po cholerę człowiek uparcie pielęgnuje takie fałszywe, toksyczne przyjaźnie? Nie wiem, ale w końcu powiedziałam stop!
No więc pomyślałam, czas pogrzebać przeszłość, czas zacząć żyć a nie wspominać. No wiec poszłam na jedną randkę, drugą… fajni faceci, dobrze się bawiłam, w końcu uśmiech, swoboda, odpoczynek… i co? jeden wpada w dziką obsesje a drugi nagle znika! Nie chcę być sama, samotność jest okropna ale te ciągi dziwnych wydarzeń… troszkę zaczynają mnie przerażać. Nie wiem czy tak potrafię, czy mam na to wszystko siłę… Pierwszy raz od już długiego czasu jak wracałam do domu z pracy, poleciała mi łezka. Ciężko wracać do domu z perspektywą, że nie ma się nawet do kogo przytulić. W końcu wykończona po 12h pracy zasnęłam wtulona w chrapiącego sierściucha. No cóż, tylko to mi pozostało.
Ale na tym nie skończyła się wredota i złośliwość ludzka kierowana całymi pakietami w moją stronę. Normalnie gól człowiekowi skacze. Cokolwiek nie zrobię dostaję po głowie. Ok, zmiana pracy, zespołu, kierownika, lokalizacji środków transportu niby też ma wpływ. Nerwowy okres w robocie, wszystko ciągle się pali, ale wydaje mi się że ostatnie zmiany zniosłam dużo lepiej niż reszta tkwiących w tym ze mną ludzi. Najlepszy był nowy kolega w pracy. W końcu stwierdziłam że choć raz nie zrobię wszystkiego sama, wiec poprosiłam kolegę o pomoc w kilku technicznych rzeczach. W końcu z tym samym przed chwilą pomagał innej koleżance. Taką wiąchę mi puścił, że to nie leży w jego zakresie obowiązków, że panienka się znalazła, że usługi kosztują i że co ja sobie myślę że za darmo będzie robił takie rzeczy… Ciśnienie skoczyło mi w sekundę. A że nie spodziewałam się kompletnie takiej reakcji, zatkało mnie jak nic. A zła byłam. I po co tu się prosić, niestety jak nie uporam się z czymś sama to dupa blada. No to co, odreagować chciałam. Piwo po pracy ze znajomymi to jest to czego mi było potrzeba. Efekt- nikt nie miał dla mnie czasu!!! Jak człowiek w potrzebie, może biegać nago po ulicy a i tak nikt nie zareaguje…
Ale nie, to jeszcze nie koniec, kilka dni później wracałam do domu samochodem. Zmęczona bo zmęczona podjechałam jeszcze do centrum handlowego. No i bach. Pierwsza w moim życiu stłuczka. Tak z mojej winy, cofałam i nie zauważyłam jadącego za mną samochodu, wyjechał nagle nie wiadomo skąd. Zdenerwowana wybiegłam zapytałam czy wszystko w porządku z małżeństwem z dzieckiem (małe w foteliku), czy coś się stało z samochodem. I to nawet nie moim ale ich. A ta wredna baba jak do mnie z mordą wyskoczyła, jak mi tu zaczęła na środku parkingu jechać no normalnie myślałam że ja zaraz złapie za te hery i przywale w tej szczekaty pysk. Zero szacunku do człowieka. Sorry, nie ma ideałów, każdy czasem popełnia błędy a ja nie należę do osób które uciekają i się wypierają. No ale taki pindol to już przesada. Przynajmniej jej mąż był normalny. Na odczepnego podałam im numer polisy bo jeszcze chwila i posadzili by mnie za kratki za napaść na człowieka. Aż dziwne że byłam w stanie potem dalej prowadzić. I dzień w dzień wydarza się kolejna taka sytuacja kiedy mam ochotę potrząsnąć tymi ludźmi. Chyba że wcześniej wykończę się nerwowo… Szczerze- nie mam ochoty funkcjonować w takim świecie pełnym takich złych emocji i takiej wrogości międzyludzkiej i szczerze odechciało mi się wyciągać już do ludzi pomocną dłoń. Jeśli ten rok ma dla mnie kolejne takie niespodzianki to ja dziękuję. Wyprowadzam się na drugą półkulę. A jak komuś się nie podoba to co tu piszę to niech nie czyta. To mój blog! Mój kawałek podłogi. I nikt nie będzie mi mówił co mam robić!!!

 

Wkurwiona