wyzwanie

Droga

Codziennie podejmujemy tysiące decyzji, tych maluczkich i tych ważniejszych. I choćbyśmy chcieli, nigdy nie przewidzimy jak nawet te najdrobniejsze mogą nagle zmienić nasze życie. Może to być wyjście z domu kilka minut później, bo czegoś zapomnieliśmy albo zmiana drogi do pracy, tak po prostu, żeby zagrać rutynie na nosie. Codziennie takie miliony drobiazgów budują nasze życie, powodują że wybieramy drogę jaką podążamy.

Ponad rok temu miałam w głowie mnóstwo planów i pomysłów. Byłam pewna że wiem czego chcę i dokąd zmierzam. A dziś? Dziś już chyba nie wiem nic. Zmiana pracy kosztowała mnie więcej, niż mogłam przypuszczać. Ciągły brak odpoczynku i wszechobecny stres nadal zbierają żniwo. Ale nie żałuję niczego. Jedyne co mnie smuci to fakt, że nie udało mi się uciec z korporacji, bo trafiłam do kolejnej. Ale pomimo ciężkiej roboty po godzinach i ogromnego przemęczenia czuję satysfakcję. Dostałam się na stanowisku, na które sama nigdy bym nie aplikowała. Dlaczego? Bo po przeczytaniu oferty od razu stwierdziłabym że się nie nadaje, bo jestem za słaba. A kiedy oferta sama do mnie zapukała i nie było odwrotu wycofania się z już umówionej rozmowy, tym większym zaskoczeniem była oferta pracy. Stąd satysfakcja- nie uciekłam, nie poddałam się i wciąż szukam rozwiązań jak okiełznać to co nieznane. Chociaż w tej kwestii na jakiś czas moja sytuacja się ustabilizowała. Jest czym zapłacić za rachunki :D

Potem pomyślałam, ze skoro jest pensja to może uda się coś zaoszczędzić. Wiec kombinowałam jak tu przetrwać miesiąc na minimalnych kosztach i jeszcze skorzystać trochę z uroków tego lata. Wiedziałam, że nie będę miała jak wyjechać na dłużej żeby znaleźć ciszę i ukojenie i spuścić trochę stresu. Ale przecież kilka dni urlopu mi przysługuje :) I tak na głos zaczęłam wypowiadać kolejne życzenia. I tak z moim Zdobywcą pojechaliśmy na tydzień na Mazury. Okazało się że dotarliśmy w te same miejsca gdzie byliśmy razem po raz pierwszy i to w tym samym czasie tylko rok wcześniej :D To był magiczny tydzień…. spaliśmy do południa, zwiedzaliśmy popołudniami, wszystko bez planu, na kompletnym spontanie. Nocami kąpaliśmy się w jeziorze albo chodziliśmy nad rzekę z butelką wina, siedzieliśmy i gadaliśmy. I mogliśmy tak bez końca, o wszystkim i o niczym.

Przy Nim odnajduję spokój, wyciszam się. Robię różne rzeczy które wcześniej były dla mnie ogromnym problemem a teraz nagle stały się nawet przyjemnością. Łatwiej przychodzą mi codzienne zmagania z tymi tysiącami przeciwieństw, które ciągle sypią się jak z rękawa…

Po Mazurach szaleństwa był ciąg dalszy. Zdobywca spełnił moje kolejne marzenie. Kiedyś powiedziałam, ze chciałabym pójść na koncert jednego z zespołów. Chwilę później dostałam sms z informacją, że bilety na koncert załatwione…. jedziemy do…. Berlina :D usiadłam i zaniemówiłam. Od trzech miesięcy każda chwilę gdzieś jeździmy. W tygodniu zostaje w pracy po godzinach żeby zdobyć dodatkowy budżet i ewentualnie odebrać nadgodziny jako wolne dni. Uwielbiam nasze wyjazdy, zawsze na spokojnie, bez pośpiechu, bez dokładnego planu. Nie trzymając się wyznaczonej trasy ani szlaków. Zawsze spotykamy niesamowitych ludzi, znajdujemy wspaniałe miejsca. To jest jak magia. Często w tym samym momencie robimy lub myślimy to samo. Śmiejemy sie, że jeszcze trochę i nie będziemy musieli rozmawiać, wystarczy spojrzenie i wszystko będzie jasne. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie życia bez naszych rozmów.

Mimo wszystko jednak, mimo że czuje się szczęśliwa to z drugiej strony towarzyszy mi ogromna frustracja. Ten rok spowodował, że stałam się inną osobą. Moje wcześniejsze plany, podglądy, zasady, dążenia…. Wszystko runęło. Czuję że od początku poznaję siebie i podejmuje nowe decyzje i jest cholernie trudne. Bo to powoduje również duże zmiany w otoczeniu, ludziach, wiele trudnych decyzji które trzeba podjąć. Poza pracą i naszymi wspólnymi weekendami nie mam czasu na nic. Wracam do domu i padam na pysk. Rano wstaje nieprzytomna. Kręgosłup nadal doskwiera. Próby zrobienia porządków jesiennych na działce ostatnio zakończyły się bardzo niebezpiecznie. Niestety problemy z kręgosłupem wykluczają dźwiganie czegokolwiek i przeciążanie się. Podniesienie cięższej rzeczy powoduje paraliż i ogromny ból. Po 15 minutach nie byłam w stanie się ruszyć. Poryczałam się dosłownie. nie wyobrażam sobie życia bez działki i pracy na niej. To zawsze była moja odskocznia, tam ładowałam bateria, a teraz nawet liści nie jestem w stanie zagrabić. Wciąż jednak wierzę, że jeszcze będzie lepiej. Ze dalsze nastawienia kręgosłupa coraz bardziej będą pomagać.

Nie mam pojęcia w jaki miejscu teraz stoję. Dokąd dotrę. Jak na nowo ukształtuje się moja osobowość. Bo na chwilę obecną nie mam nawet ochoty na spotkania z innymi. Wszyscy znajomi poszli w odstawkę. Ani fizycznie nie mam na to siły ani psychicznie. Mam w głowie mały armageddon i jedyne o czym marzę, to cisza, spokój i odpoczynek.

Regeneracja

Kilkakrotnie próbowałam napisać co tam u mnie słychać, jak tam moje stare kości się mają, ale cisnęły mi się na usta tak niecenzuralne słowa przeplatane na zmianę z kompletnym brakiem sił, że odpuściłam.

Dziś postanowiłam znaleźć chwilę wolnego czasu tylko dla siebie :) A że mam całkiem dobry dzień, co rzadko się zdarza, to spięłam poślady i skrobię posta :D

Gdybym nie przeżyła tego wszystkiego na własnej skórze to bym nie uwierzyła… Ale po kolei ;) Pierwsza wizyta u kobitki nastawiającej kości i nie tylko. Wspaniała, ciepła osoba, która wiele lat temu od Ukrainki nauczyła się składać ludzi do kupy. Mówiąc krótko szok i cud.

Ostatnie rentgeny kości i kręgosłupa mam sprzed około 13 lat. Wbite 3 kręgi w kręgosłupie lędźwiowym, zwyrodnienia stawów i garb na plecach- jakże cudowne pamiątki po sporcie :) A kobitka położyła mnie na macie, pomacała, pomacała i mówi, że garb na 3 cm, że łopatki krzywe, miednica przekrzywiona po kręgosłup sobie pętelki wywija przez co jak leże jedna noga wydaje sie dłuższa o 4 centymetry. Wszystko sztywne. Stawy wszystkie powybijane, cały odcinek szyny, piersiowy i lędźwiowy, do tego wszystkie palce u stóp i nóg, nadgarstki również. A kolana to już kompletna tragedia. Kobiecina złapała się za głowę i zapytała jak ja w ogóle funkcjonuję. Więc mówię jej, ze już teraz prawie wcale. Schody stały się przeszkodą nie do pokonania, stać nie mogę, jak siedzę to wszystko napierdziela.

Po kilku minutach wstępu było słychać tylko szczęk kości, tak jakby były łamane…

Po pierwszej wizycie miałam ustawiony odcinek szyjny i piersiowy, wstawione wszystkie paluchy na miejsce no i najgorsza sprawa… kolana…

Takiego bólu nigdy w życiu nie czułam. Darłam się jak zarzynane prosię… prawie aż do utraty przytomności. Zaciskałam zęby, łzy leciały jak grochy, a ja walczyłam, żeby mnie nie odcięło z bólu…

Chwilę później podniosłam się z ziemi i stanęłam przed lustrem. Garb zniknął :) Plecy mniej bolały. Mogłam spokojnie głowę odgiąć do tyłu :D Mogłam zgiąć nogi w kolanach :D To był moment w którym zdałam sobie sprawę, że odmawiając operacji wiele lat temu zrobiłam najlepszą rzecz na świecie. W końcu można zrobić kawał dobrej roboty bez skalpela. Tylko nie każdy zdecydowałby się na coś takiego dobrowolnie i to jeszcze bez znieczulenia.

Na kolejnej wizycie ponownie miałam ustawiony odcinek szyjny i piersiowy, po sporo ponownie wypadło, do tego cały lędźwiowy i dalej kolana. Tym razem było troszkę lepiej, mniejszy ból nie licząc kolan, bo w tym przypadku historia się powtórzyła. Ale na drugi raz znieczuliłam się już dwoma lampkami wina – odrobinkę lepiej było:) Dodatkowo w przypadku odcinka szyjnego zostałam tak ładnie poustawiana, że …. jest szansa że znikną moje migreny :D

Nie mam pojęcia jak ta kobieta odczytała wszystkie moje dolegliwości i miejsca bólu jak z mapy… coś niesamowitego…

Była też trzecia wizyta ;) Ponieważ czułam się średnio tego dnia, nie za bardzo chciałam sięgać po alkohol. Ale wszystkie mięśnie znowu były zbite i sztywne. Zastanawiałam się co tu zrobić, żeby jakoś sobie pomóc. I znalazłam odpowiedź – sex najlepszy jest na wszystko :) Mój mężczyzna wniebowzięty, a ja rozluźniona :D I to był strzał w 10 bo tym razem wszystko poszło gładko. Przy jednym mocniejszym ruchu na całej długości kręgosłupa wszystko pięknie powchodziło. Normalnie jak w masło :) Brak napięć przyspieszył sprawę i spowodował, że nie czułam bólu.  Dzięki temu działy się kolejne cuda…

I tu uwaga… jest szansa że w końcu znikną moje jakże bolesne miesiączki… Tyle lat męki tabletek. Wystarczyło trochę poustawiać organy wewnętrzne i nagle w wielu miejscach zniknął ból :) To na prawdę są cuda. Na razie jestem w fazie obserwowania swojego organizmu. Ponieważ najgorszy ból znika, jestem w stanie normalnie się poruszać, więc przyszedł czas na ćwiczenia i wzmacnianie kręgosłupa. Moge już zaczac wzmacniać sobie mięśnie bez zagryzania zębów :D Jest szansa że odzyskam normalnie życie i może w końcu uda mi się przeżyć cały jeden tydzień bez bólu :)

Jestem pełna nadziei :D A na mojej liście są juz kolejne zdrowotne cele które po mału zaczynam realizować.

Może dzięki temu ta cholerna deprecha pójdzie precz…

 

Siła podświadomości.

Czasami przychodzą takie dni, kiedy czuję, że spadam… z niebotyczną prędkością. Czuję dyskomfort ale nie widzę nigdzie dna, końca spadania. Wstaję rano, i mam ochotę zakopać się pod kołdrę, ale przewinąć fil do przodu, do momentu, kiedy poczuję się stabilnie.

Obecny rok zaczął się dla mnie ciężko. Dużo trudnych decyzji, frustracji, ogólnie jedna wielka dołówka w otoczeniu. Pomimo ogromnego zmęczenia głównie psychicznego, uparcie postanowiłam iść dalej. Kasy na życie coraz mniej, pracy brak… A nawet nie zaczęłam jej szukać. Bo na poprzednie stanowisko ani myślę wracać. Zaczęłam szukać kursów, które pozwolą mi się przekwalifikować. I jakimś cudem z cen 3500 zeszłam do 500 pln. W czym haczyk? Szkolenia są on-line więc większość materiału przerabiam sama. Ale egzamin końcowy muszę zdać. Więc walczę… prawie codziennie. Czasami zdarza się taki dzień, kiedy mój własny dół mnie przerasta i odpuszczam. Pozwalam sobie na bezczynność, gonitwę myśli, trwanie, przeczekanie.

Ale nie tylko na warsztaty rozwoju kariery ostatnio mnie naszło. Postanowiłam zadbać w końcu o przeszłość, a dokładniej o trzaśnięcie niektórymi drzwiami. Zaczął się dopiero luty a pierwszy raz od dawien dawna nie robiłam żadnych postanowień noworocznych tylko podjęłam działania na podstawie tego co mi w głowie grało. Staram się żyć chwilą, mieć oczy szeroko otwarte. Ponownie nieco zmieniło się moje otoczenie. Jedni ludzie odchodzą inni się pojawiają więc obserwuje uważnie. Znajoma przysłała mi maila o warsztatach jogi mózgu. Psychotronika… hmmm, pomyślałam czemu nie. Kurs normalnie dwudniowy tym razem zamieniony w 5h warsztat.  Poszłam.

Pierwsze zdziwienie- nie miałam problemu z medytacją, potrafiłam szybko wejść w stan alfa i się zrelaksować. Gonitwa myśli, która nawet nie pozwalała mi o medytacji pomyśleć, zniknęła nagle. A na pewno straciła bardzo na sile. Ciekawe warsztaty bardzo. Chwilę później kolejne 2-dniowe warsztaty z kochania siebie. Hmmm… pomyślałam drogo, a kasy brak, pracy na razie też… ale czułam że muszę iść. Było cholernie ciężko, dużo łez, dużo skrajnych emocji, walka z usuwaniem brudów w głowie, przełamywanie własnych barier. Ciągle się dziwię skąd ja ich tyle mam, kiedy postawiłam tyle murów. Kolejna praca z przeszłością, dzieciństwem, rodzicami, brakiem poczucia własnej wartości, asertywności… Mój organizm tak się buntował, że rano dostałam gorączki. Normalnie w jedną chwilę dopadło mnie osłabienie i przeziębienie. A mimo to wstałam w sobotę o 6 rano, przygotowałam się, zjadłam śniadanie i usiadłam za kółkiem co jeszcze jakiś czas temu było nie do pomyślenia. Nigdy nie dawałam sobie przyzwolenia na prowadzenia auta w takim stanie.

Poznałam wiele wspaniałych kobiet. Płakałam, krzyczałam i robiłam i mówiłam tyle niesamowitych rzeczy, o które nigdy bym się nie posądziła. Po 2 dniach byłam skrajnie wykończona, ale w środku pełna energii. Obserwuję siebie od tamtego czasu i widzę, że jestem silniejsza. Z ciekawością obserwuję dalej co się będzie działo.

Dodatkowo, dzięki trafieniu na dość ciekawą ankietę w internecie również dzięki innej osobie (wszystko po coś się dzieję) w końcu zrobiłam badania, które coś wykazały. Przerażały mnie już moje coraz poważniejsze problemy z koncentracją, roztargnieniem, ciągłym zapominaniem dosłownie o wszystkim, gdzie położyłam telefon, a gdzie klucze, a gdzie portfel… po co wyszłam z domu, jakim cudem zaniosłam cukier do łazienki, po co dzwonie do koleżanki, jaki dziś jest dzień, co miałam kupić – po wejściu do sklepu. Miliony takich sytuacji dziennie. Natężenie takich sytuacji potęgowało tylko mój stres i frustracje. Przestawałam panować nad emocjami… z kim o tym nie rozmawiałam, pukał się w czoło. Słyszałam tylko „nie przesadzaj” albo „ja też tak mam, to norma”. Więc przestałam o tym mówić, w końcu każdy zawsze ma większy problem. Zaczęłam szukać… I tak trafiłam do prywatnego gabinetu neurologicznego, gdzie wykryto u mnie tężyczkę… Wyjaśniły się kurcze mięśni, paraliże, drętwienia, złe samopoczucie, ciągłe zmęczenie a co za tym idzie problemy z koncentracja i pamięcią. Coś w końcu się ruszyło… Tyle że leczenie znowu mnie trzepnęło po kieszeni. A mimo to jestem spokojna. Czuję się jakbym realizowała całkiem dobry i mądry plan. Ryzykowny, a i owszem, ale jednak prowadzący do celu, który mnie usatysfakcjonuje :)

Teraz na spokojnie analizuje wszystko, starając się wyciągać wnioski ze stanowiska obserwatora… Wszystko się zmienia…

10400140_1309609182388771_6562273495353560848_nSukienki były moim kompletnym wrogiem, a tymczasem jeszcze nie tak dawno wyciągnęłam z szafy najbardziej kobiecą kieckę, którą założyłam na siebie, wsiadłam w pociąg i pojechałam na drugi koniec Polski do faceta, którego prawie nie znałam. Nie chciałam nawet go poznać, chciałam uciec… A im bardziej chciałam uciec, tym bardziej mnie coś tam ciągnęło. Nie cierpię wody, a będąc z Nim na Mazurach naszych pięknych, wlazłam ze skręconą kostką do jeziora… I na basen poszłam… I za kółko usiadłam w środku nocy i pojechałam w nieznane jeszcze żeby odebrać Go z dworca. I ból skręconej kostki znosiłam… I w ogóle ostatnio robię rzeczy, który były dla mnie nie do pomyślenia, trudne, graniczące z cudem. Ktoś powie miłość… Niestety, nie czuję motyli w brzuchu, nie jestem zakochana. Ostatnio nawet zadaje sobie pytanie czy jestem zdolna do miłości. Do współczucia, empatii tak. Ale do miłości… nie wiem.

A On… Tak, On kocha jak wariat, jak nie powinien, szalenie, mocno i bezgranicznie. Ne ważne, że krzyczę, awanturuję się, ubliżam, wylewam wiadra pomyj na głowę, oceniam, komentuję…. On jest… Czeka aż i przejdzie, smutny, przerażony, zagubiony, ale czeka. A jak skończę już krzyczeć i warczeć, to mówi że kocha… A ja wciąż nie wierzę, że taka miłość może istnieć… A ja szaleję… Dlaczego? Bo sprawia że od początku naszej znajomości nagle staję do walki ze swoimi wszystkimi demonami…. Jest ich dużo, za dużo. Są silne. Zawsze myślałam, ze muszę mieć kontrolę nad wszystkim co robię, co się dzieje w moim życiu. Teraz twierdzę, że to budziły się zawsze te demony w mojej głowie i za każdym razem, kiedy czuły, że tracą siłę, przejmowały nade mną kontrolę. I wtedy stawałam się agresywną, wredną suką, albo przerażoną, skuloną malutką istotą. Odkąd mam tego świadomość pierwszy raz w życiu czuję, że dopiero teraz przejmuję kontrolę nad własnym życiem. Oczywiście, nie na wszystko mam wpływ, ale na wiele rzeczy mam. Ode mnie zależy czy podejmę działanie, oszacuję ryzyko, świadomie wykonam jakiś krok czy zdam się na los, na innych. Ale nie chce być już zależna. Chcę zmian, kolejnych. To dopiero początek drogi.

Odkąd nie pracuję, wstaję jeszcze wcześniej niż pracowałam. Ale wiedząc, że czeka mnie dzień 14h warsztatów, wstaję pełna motywacji, nie zakopuję się pod kołdrą, idę bez bata nad głową i bez frustracji. Pomału zaczynam spać. Czasem parę godzin, ale jak nie mam następnego dnia rano zajęć, to pozwalam sobie na głęboki sen bez budzika, nawet 9h. Regeneruję się. Chaos w głowie znika. Myśli dalej biegają po głowie, ale już bez ucisku, przytłoczenia. Gdyby ktoś mi powiedział jakiś czas temu, że w tak krótkim czasie tyle rzeczy w moim życiu się zmieni, nie uwierzyłabym. Dziś jestem z tego powodu szczęśliwa pomimo przeciwności losu.

 

Rok 2015_ magia i szaleństwo

W tym roku tak wiele rzeczy niesamowicie trudnych wydarzyło się w moim życiu, że nawet ciężko było znaleźć czas na pisanie, a szkoda, bo te wszystkie emocje towarzyszące poszczególnym wydarzeniom… bezcenne były.
Dlaczego dziś postanowiłam napisać? Bo chcę się podzielić w końcu moimi odczuciami i myślami.

Rok 2015… magiczny…

Rozpoczął się od zmiany otoczenia, wizerunku, imprezowania, klubów, flirtów i poznania ludzi którzy dziś są moimi przyjaciółmi. Są nieobliczalni i niesamowici i kocham ich właśnie za to jacy są :D Kilka szalonych wyjazdów ale i wspaniała codzienność, poranne „siema czarownico, co słuchać, miłego dnia :P”.  Zawsze pamiętają, zawsze są.

W międzyczasie również straciłam moją ukochaną babcię. Jeszcze w maju byłam na jej urodzinach. Serce mi się ściskało okropnie jak patrzyłam na tą buzię o szarej cerze, smutne oczy, brak energii i chęci życia. Spojrzenie wołające o pomoc. Rozpacz mnie ogarniała. Od dawna nie dawałam rady jej odwiedzać…. Było to silniejsze ode mnie. Imprezowe życie, alkohol, ciągły pęd pozwalały mi o tym nie myśleć. Żegnając się z babcia w dniu jej urodzin, złapała mnie mocno za rękę… nie chciała mnie puścić… to spojrzenie… błagające… było straszne. Ułamki sekund a serce mi się rozdzierało. Przytuliłam ją mocno po czym wyszłam z mamą, zostawiając ją z jej byłą synową. Kilka dni później w pracy dzwonił mój telefon. Nieznany numer. Bałam sie odebrać…. nie byłam w stanie, sparaliżowało mnie. Potem odezwała sie mama, ze babcia jest w szpitalu i zabrało ją pogotowie. Pędziłam po pracy do domu, żeby pojechać z mama do szpitala. Wysiadałam juz u siebie z windy i zadzwonił telefon. Odebrałam szybko. Dzwonili ze szpitala… babcia zmarła… osunęłam się po ścianie na klatce i łzy leciały mi jak grochy. Nie pamiętam co mówił do mnie lekarz, mimo ze bardzo starałam sie wtedy słuchać. Długo mówił… Kiedy się rozłączył jakoś udało mi się trafić kluczem do zamka i wejść do domu. Podeszłam do mamy i nie wytrzymałam. Wpadłam w rozpacz i nie mogłam przestać łkać… Powiedziałam jej co się stało. Mama tego dnia była twardsza ode mnie. A to przecież chodziło o jej mame…. Nie wiem ile czasu mnie uspokajała. Zanosiłam się płaczem. Następnego dnia to mama się załamała, ja starałam sie jak najwięcej załatwić. Tak, nadal mam wyrzuty sumienia że mnie przy babci nie było. Ze w pewnym momencie się odsunęłam. To jak wtedy chciała mnie zatrzymać… Boli strasznie.  I nie wiem czy kiedykolwiek do końca będę potrafiła sobie  tym poradzić…

W międzyczasie pojawił się On. Wariat który oszalał na moim punkcie tylko dzięki rozmowom na internecie. Poznaliśmy się na grupie mając wspólnych znajomych. Oszalał, zakochał się i przyjechał do mnie ponad 500 km. I mimo ze ja nie chciałam żadnego związku, odpychałam go, raniłam i sama przeżywałam katusze, On wciąż był i twierdził że kocha. Co jakis czas wsiadał w pociąg i przyjeżdżał na kilka dni, bo chciał mnie zobaczyć… Efekt końcowy…? Jakis czas temu spakował się w torbę podróżną, wsiadł w pociąg i przeprowadził się o te 500 km do Warszawy, żeby byc tu przy mnie…. Z jedną torbą… Powiedział że wszystko czego potrzebuje ma tu… czyli mnie….Wynajął mieszkanie, znalazł pracę i został…. Nawet teraz kiedy to pisze, nie wierzę w to wszystko… Może jednak mam szansę na szczęście i miłość w życiu, tylko muszę sobie na to pozwolić…

We wrześniu rzuciłam prace :) Tak po prostu nie podpisałam aneksu. Miałam dość. Od dawna spóźniałam sie codziennie i to coraz bardziej. Udawałam ze pracuje i miałam coraz większą depresję. Korporacje jednak potrafią wykończyć ludzi. Tym bardziej, że mój zespół wyglądał podobnie jak ja, zmęczenie, depresja, zero motywacji do pracy, zagrywki psychologiczne i mobbing…W momencie podjęcia tej decyzji poczułam jak tony ciężaru spadają z moich barków. Oj bałam się jak cholera. No bo co dalej? Jak będę żyć…. Najciekawsze jest to że odkąd nie mam pracy, nie mam na nic czasu. Ucze sie nowych rzeczy do zmiany kwalifikacji i poświęcam czas najbliższym. W tym roku gdzie się nie obejrzę, u każdego dzieją się straszne rzeczy…. Serce ściska. Ale ten rok uświadomił mi, jak ważni są dla mnie ludzie. Ilu mam wokół siebie życzliwych duszków, którzy byli kiedy sie załamałam. Kiedy to wszystko mnie przerosło i chciałam się poddać, przestałam wychodzić z domu i odzywać się do ludzi, kiedy chciałam uciec…. nie pozwolili mi na to. I za to jestem im ogromnie wdzięczna.

A dziś… dziś gratulowałam znajomej na portalu społecznościowym narodzin synka. Nagle zauważyłam, że jedna z osób które również złożyły gratulacje, jest żona mojego byłego, tego z wieloletniego związku. I tu się zdziwiłam. Bo zabolało. A minęlo już tyle lat… Nie wytrzymałam, zajrzałam na jej profil, zobaczyłam ich zdjęcia i ukłuło jeszcze bardziej…. No co za ciort. Powiedziałam sobie, nie! To jest przeszłość. Ja też mam już swoje życie. Dużo osiągnęłam i może nieporadnie ale walczę dalej. Nie minęła godzina i dostałam sms… właśnie od byłego…. nie miałam z nim kontaktu od pół roku i byłam pewna, że już go nie będę miała. Nie chciałam nawet się odzywać. Tym czasem wpadła mi wiadomość z pytaniem co u mnie, jak się czuje, jak zdrowie…..? Poczułam sie z tym dziwnie, nie komfortowo… wręcz źle. I nie do końca wiem co z tym zrobić.

Test wytrzymałości

Ostatnie 3 tygodnie to jakiś koszmar… najpierw grypsko, potem ogólny spadek formy. Ledwo wróciłam do pracy i wróciły problemy z żołądkiem i migreny. Nie wytrzymywałam z bólu… znowu zaczęłam łykać garściami tabletki przeciwbólowe, wychodzić do toalety, bo nie dawałam rady usiedzieć przy biurku. Wróciły te paskudne dni, które przez tyle lat uprzykrzały mi życie. Życie… co to za życie… Z bólu tracisz przytomność i traktujesz to jako zbawienie bo wtedy chociaż nie czujesz bólu… światłowstręt, dźwiękowstręt, mdlości, zaburzenia widzenia, równowagi i do tego przeszywający ból brzucha… taki stan utrzymywał mi się przez ostatni tydzień non stop aż do dzisiejszego dnia do południa. Kolejny zmarnowany czas, niewykorzystany weekend… brak sił…  Zamykasz oczy i pragniesz tylko o własnych siłach dotrzeć do domu i położyć się we własnym łóżku.

Jeśli tak dalej ma to wszystko wyglądać to ja dziękuję, wysiadam…

Znajomi polecili mi jakiś czas temu lekarkę mongołkę… poszłam, przepisała zioła. To było w październiku zeszłego roku. Nie wierzyłam że coś pomoże… pomogło… po 2 miesiącach łykania i picia tych świństw pierwszy raz od wielu lat przeżyłam całe dwa miesiące mogąc normalnie jeść, bez migren!!! Nagle miałam energie, mogłam się skoncentrować, miałam siły i chęci do działania. Chciało mi się żyć, to było cudowne… Jak nie wiele potrzeba czasem…

Ale przestałam łykać zioła i przyszedł luty, samopoczucie zaczęło sie znowu pogarszać, aż doszło do stanu, który przestał być dla mnie granicą bólu do zniesienia. Poszłam znowu po te magiczne zioła. Od tygodnia znowu siłą je w siebie wlewam, bo są obrzydliwe… ale walczę. Jest odrobinę lepiej, żołądek juz tak nie boli, ale migreny nadal dają popalić.

Do tego dołożyć ostatnią pełnię i przesileni wiosenne, które dopadło większość znajomych…

W takich momentach tracę wiarę na lepsze jutro, nie mam siły walczyć każdego dnia i każdej nocy, prosząc bo cichu, żeby sobie już było lepiej, znośniej… mam nadzieje, ze ostatnie dwa miesiące nie będą jedynymi które bedę tak dobrze wspominać. Walcze dalej, ale nie wiem, ile jeszcze sił mi starczy :(

A jak byłam mała, to wydawało mi się, że każdy tak się czuje… że taki stan jest normalny… oby zioła okazały się skuteczne skoro medycyna nie daje rady :( I jak tu mieć siłę na normalne czynności?

Za tydzień wyjazd, chce w końcu odpocząć, w sobotę z fajnymi znajomymi jedziemy do trójmiasta, zapowiada sie fajna wycieczka. Modlę sie w duchu i jak mantrę powtarzam „będzie dobrze”. Bardzo chcę żeby było…. bardzo… potrzebuję odpoczynku od pracy. Dzięki nim odliczam już dni, wspierają mnie cały czas, nie wiedząc nawet do końca co się dzieje. Ale to nie ważne, codziennie ktoś pisze, dzwoni, pyta – to strasznie miłe :) Zawsze sie broniłam przed tym, zgrywałam twardzielkę, bo przecież dam sobie radę sama. Dziś czuję, że to nie prawda, bo już nie daję rady sama. Więc już nie odrzucam i nie ignoruję takich telefonów, na prawde doceniam troskę, nawet jak opowiadają mi kompletnie beznadziejne historie z imprez na które nie dotarłam, to potrafia sprawić że chociaż na chwilę się uśmiechnę, albo pomyśle o czym inny i nie ważne że czasem przerywam rozmowę, bo muszę zniknąć w ciszy… oni tam po prostu są :) Bezcenne :)

Dlatego teraz z całej siły ściskam mocno kciuki tym razem sama za siebie, żeby w końcu znów się polepszyło, żeby wyjazd się udał, żeby wrócił spokój ducha i ból zniknął… kiedyś myślałam, że ból psychiczny jest silniejszy, dziś już nie jestem tego taka pewna.

No to za lepsze jutro ;)

Trzy bardzo intensywne tygodnie…

Co zostało w mojej głowie po Sylwestrze? Strach, przerażenie, chęć ucieczki, walka z własnymi myślami, pożądanie, ciekawość, zazdrość, zwątpienie i zakłopotanie. Mieszanka iście wybuchowa…

Kiedy kobieta po wielu latach samotności, skrzętnego budowania wokół siebie muru wyznaczania granic i powtarzania sobie, że jak jest sama to tak jest jej najlepiej chociaż na chwilę zwątpi i wpuści chodź na centymetr bliżej mężczyznę, wtedy głupieje kompletnie i wszystko to co budowała latami, sypie się jak domek z kart.

Od samego początku w mojej głowie istniała myśl, że Zauroczony to po prostu jeden z przystanków na nowej drodze mego życia, odrodzenia i powrotu do żywych. Bardziej nauczyciel niż facet czy materiał na poważny związek. I to siedziało w mojej głowie jako fakt!

Zbyt wiele od samego początku nas dzieliło. On wręcz inwazyjnie wtargnął do mojego świata, przekroczył wszelkie moje bariery, wiec ja natychmiast zaczęłam sie dystansować, uśmiechać ale robić krok do tylu, nie odwzajemniając uścisków, buziaków ani bliskości, no bo jak to tak…

Tymczasem całe moje wnętrze krzyczało o jeszcze… I to był ten czynnik, który rozpierdolił cały system…

Odpychałam Go, broniąc swojej cieżkiej wieloletniej pracy nad własnym systemem obronnym, wzniosłych murów i skorupek, a w środku myślałam, że eksploduje i tym bardziej mnie to przerażało, no bo jak tak można????? Powinnam powiedzieć, że NIE!

Nie powiedziałam NIE…

Dzwonił, pisał, tęsknił… mówił o swoich uczuciach otwarcie, co również mnie paraliżowało, no bo jak tak można…

Zabierał mnie do ludzi, wyciągnął do kasyna, zaciągnął na bilarda, do kina… ciągle nowe pomysły. A mimo to nasza komunikacja kulała coraz bardziej. Ja nerwowa, wciąż skrywająca jakieś głupie bolączki z przeszłości, rozchwiana emocjonalnie, On porywczy i impulsywny, nie cierpiący krytyki i po przejściach. Cudownie…

Jedynie te chwile, które spędzaliśmy sami, były cudowne… :roll:

Wystarczyło, że na mnie spojrzał, a nogi uginały się pode mną. Nie pamiętam aby ktokolwiek kiedykolwiek tak na mnie patrzył…

Wewnętrzna walka we mnie ciągle trwała. Pozwoliłam sobie na kolejną chwilę słabości i po jednej imprezie wróciłam z Zauroczonym i Młodym – jego przyjacielem, do niego do domu. W sumie to ja ich przyprowadziłam, bo dali sobie nieźle w palnik :) Młody fajny gość, dużo ostatnio gadaliśmy. Takie dwa krejzole dostające głupawki, śmiejące się ze wszystkiego i z niczego, tematy sie po prostu nie kończyły. Może to dziwnie zabrzmi, ale w pewnym momencie czułam się jakbym odnalazła młodszego brata :D Chcąc nie chcąc taką zażyłością wzbudziłam zazdrość Zauroczonego. Po kilku próbach położenia Młodego spać w końcu zostaliśmy sami i znowu po moim ciele przebiegały ciary kiedy On tak na mnie patrzył… i całował…

Kolejny krok w stronę zguby. Tak dawno nie angażowałam się emocjonalnie, że to, co sie działo w mojej głowie, to był jakis armagedon!

Z jednej strony było mi dobrze, czułam się podziwiana, pożądana, piękna i mądra. Do tego wspierana na każdym kroku, całowana po rękach, uwodzona i zaskakiwana. Z drugiej strony chciałam uciec… Ale zostałam. Przytuliłam się mocno i zasnęłam. I nie spałam zbyt dobrze, wcześnie się obudziłam, akurat Młody sie zawijał. Patrzyłam na Zauroczonego jak śpi… wyglądał niesamowicie bezbronnie i spokojnie :)

A mimo to znowu nie potrafiłam się odnaleźć… ubrałam się, pożegnałam i wróciłam do domu pod pretekstem różnych zajęć.

Każde nasze kolejne spotkanie powodowało, że leciały iskry. Dosłownie… Sprzeczaliśmy się strasznie a i chemia miedzy nami była silna. Dwie skrajności. Ja walczyłam i ze sobą i z Nim…

Perfidnie wykorzystywałam jego słabości :twisted: , nagle się okazało, że kompletnie nie sprawia mi problemu żeby go uwieść, sprawić, żeby nie mógł przestać o mnie myśleć. Nigdy taka nie byłam, wiec jak, skąd… ??????!?!?!

A to przypadkowy dotyk, a to odpowiedni dobór słów, a to mocniejszy makijaż, perfumy i sukienka… tworzyła sie magia chwil, która powodowała, że On po prostu nie mogł mi się oprzeć, a ja coraz bardziej potrzebowałam tej bliskości, dotyku, pożądania… jak narkotyku… ciągle i bez przerwy… nie potrafiłam normalnie funkcjonować, zachowywałam sie irracjonalnie mimo, że to nie był stan zakochania. Czasami siadałam po prostu obok Niego i prowokowałam do rozmowy. Chciałam w końcu dowiedzieć się o Nim czegoś więcej… jaki jest, co lubi, czego nie, o czym marzy, jakie ma wartosci… Lubiłam go słuchać. Doszłam do wniosku że to kawał dobrego faceta a dobrym serduchu.

A mimo to ja nie potrafiłam sie odnaleźć sie w tej relacji, niektóre sytuacje wyprowadzały mnie z równowagi, doprowadzały do łez, potrzeba ciągłej bliskości mnie niszczyła… i to spowodowało, że pewnego dnia dostałam wiadomość „Musimy poważnie porozmawiać” i już wiedziałam, że to jest koniec… koniec naszej relacji, ale też początek czegoś nowego dla mnie :)

Nie myślałam, że ten moment będzie dla mnie tak frustrujący, mimo że w środku czułam, że tak będzie lepiej i dla niego i dla mnie. Jest super facetem i dobrze mu życzę, jak na początku wspomniałam, w pewnym sensie jest moim nauczycielem, dzięki Niemu odkryłam kolejny kawałek siebie i to sie liczy :)

A jak się rozstaliśmy? Chociaż może to zbyt mocne słowo, w końcu to była tylko 3 tygodniowa znajomość a patrząc na  wszystkie wydarzenia i emocje, odnoszę wrażenie, że trwała całe miesiące, tyle się działo. Spotkaliśmy się… prawie po tygodniu od ostatniego spotkania. Ja już dłużej tak nie mogłam. On chyba też nie. Byłam na siebie wściekła, że mnie przerosła ta cała sytuacja, ryczałam jak dziecko. Ale chciałam pogadać, spokojnie wszystko wyjaśnić, bez kłótni, pretensji i chorych oskarżeń.  Zadzwoniłam… spotkaliśmy się… I to była bardzo oczyszczająca rozmowa. Wiele sobie powiedzieliśmy, ja niestety znowu sie rozryczałam, ale starałam sie jak mogłam, aby zapanować nad wszystkim. Straszne są takie emocje skumulowane w środku. Uściskaliśmy się, oboje zgadzając się, że jako para nie mamy szans. Padła propozycja utrzymania znajomości :) Czy realna czy nie czas pokarze.

Na razie jeszcze wszystko układam sobie w głowie.

A tamten wieczór zakończyliśmy dość sympatycznie i w sumie symbolicznie. On zabrał mnie ze sobą na imprezę, nie pozwolił mi samej wrócić do domu… Wytańczyłam wszystkie emocje, o dziwo świetnie się bawiłam, śmiałam się i żartowałam, poczułam ulgę… I przetańczyliśmy kilka naszych ostatnich kawałków, ale w sposób, którego nie potrafię nawet opisać. Już nie razem, a mimo to blisko. Myślę, że to było bardzo miłe pożegnanie :D Po imprezie odwiozłam Go do domu i wróciłam do siebie. Padłam z uśmiechem na twarzy zastanawiając się co przyniesie mi jutro.

Powrót…

Dawno nie pisałam. A szkoda… sporo się wydarzyło w moim życiu i nie do końca nadal potrafię to wszystko zrozumieć.

Zawsze byłam tchórzem, bałam się zmian, bałam się ludzi, bałam się być sobą, oszukiwałam samą siebie. Nie ma nic gorszego niż zrobić sobie coś takiego… zamknąć się w klatce, marzyć o szczęściu i na każdym kroku unieszczęśliwiać się. Takie było całe może życie, nigdy nie wierzyłam w siebie, do całego świata miała żal więc jak cokolwiek mogło się udać?????

W połowie 2014 roku zaczęłam nagle odbierać świat inaczej. Co było powodem? Nie wiem. Wyszłam ze skorupki i nagle oświetliło mnie piękne i jasne słońce i zamiast się ukryć przed nim jak to miałam w zwyczaju, zostałam… Poczułam ciepło na twarzy, zamknęłam oczy i na sekundę oszalałam ze szczęścia.

No i cóż… chłopczyca zaczęła nagle po 30-tce dbać o wygląd, chodzić do fryzjera, kupować sukienki, buty na obcasie, coraz to wymyślniejsze kosmetyki, perfumy… Założone konta na wielu portalach społecznościowych po mału zaczęły w końcu żyć. Zamiast spędzać wszystkie wieczory w zacnym własnym towarzystwie, tudzież przyjaciela kudłatego czworonożnego, miauczącego niemiłosiernie kiedy tylko zajmowałam się istnieniem w sieci. To niesamowite jak człowiek sam tworzy sobie złudny świat i uparcie w niego wierzy. Codziennie powtarzałam sobie że jestem szczęśliwa, że wrócę do mieszkania, w którym wciąż zamieszkuję z rodzicielami… Ileż prób juz przeszłam aby to zmienić- bezskutecznie. Więc po co miałam gdzieś wychodzić, skoro zawsze ktoś za ścianą siedział…

Najpierw obudził się we mnie głos, że mam już dość samotności. Bo długim związku nie zostało już nic. Minęły już 3 lata a ja się w końcu pozbierałam i najwyższy czas aby coś w końcu z tym swoim życiem zrobić. Jak postanowiłam tak zrobiłam, zaczęłam umawiać się na randki z facetami z sieci. Było ciężko…. ciągle mi coś nie pasowało, nie czułam się dobrze we własnej skórze. ciągle zadawałam sobie pytanie, co jest ze mną nie tak. Czy mam az tak cholernie wygórowane wymagania? Z może boję się stracić swoją niezależność, którą uparcie tyle lat budowałam, mówic sobie że jestem szczęśliwa i nie potrzebuję nikogo. A może umawiałam się z niewłaściwymi facetami. nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Praca dodatkowo mnie wykańczała. Korporacji wysysająca z człowieka resztki motywacji i zadowolenia. Uparcie chodziłam na różne spotkanie a to z ludkami z pracy a to czasem ktoś ze znajomych zaprosił do knajpy, ale nie mogłam się odnaleźć. Alko mi nie wchodził, ciągle myślałam żeby już wyjść i wrócić do domu.

I dalej chodziłam na randki, uparcie sobie wmawiając, że nie mogę przestać, że się nie poddam. Szukałam sensu, malutkiego światełka, odpowiedzi na tysiące pytań torpedujących mój umysł każdego dnia.

Potem zapragnęłam urlopu… ale z kim… po wielu trudach i przejsciach udało się wyjechac z kumpela poznana rowniez w sieci do Włoch. Jeden tydzień…. tylko jeden tydzień… Ja całe zycie bojąca sie samolotów, nie cierpiaca latać, narzekająca i ie potafiąca się przystosować, teskniaca za domem ktory mnie dusił, wsiadłam pewnego pieknego dnia do samolotu lecacego do Włoch i myslalam ze zniose strusie jajo ze szczęścia… :D Lot był wspaniały, Włochy piękne, wino szumiało w głowie, widoki zapierały dech w piersiach, słońce parzyło, jedzenie pieściło moje podniebenie, wycieczka objazdowa tylko dodawała energii, chodzenia, podziwiania i delektowania sie miejscem wciaz nie było dosc :) Pierwszy raz w zyciu dosłownie zachłysnęłam się wakacjami. Miałam wrażenie że jestem na non stop na haju… śmieję się, zaczepiam ludzi, smakuje, probuje i nagle nie mam oporow pozawac nowych ludzi, nie czuje sie brzydsza, gorsza, niedowartosciowana… Bojac sie wtody i wstydzac sie wlasnego ciala jakims cudem poszlam na basen poplywac, malo tego, poszlam poplywac w morzu i w kostiumie opalac sie na plazy i bylo mi z tym dobrze. Byłam cholernie szczesliwa i ciagle chcialam wiecej. Włosi… cudowni :) Nawet przezylam krótki ale jakze intrygujacy i namietny romans z Włochem… po cichu w tajemnicy snując intrygi. Pierwszy raz w życiu poszłam do łózka z nieznajomym mężczyzną, nie potrafiąc się z nik kompletnie porozumieć na płaszczyźnie werbalne, za to otwierając się całą sobą na jego osobę. Pierwszy raz dostałam to czego chciałam, niekogo i niczego nie udawałam i potrafiłam dać od siebie dużo wiecej niz to sobie wyobraziłam. To był magiczny czas.Z bólem serca wracałam w środku lata ze słonecznych Włoch do zalanej deszczem Polski.

Potem… potem było źle… Ogromny dół psychiczny, tesknota, żal. Nie byłam w stanie podnieść się z łóżka. Moje obecne życie wydawało mi się nic nie warte, puste, oszukane, bezbarwne i cholenie samotne. Długo dohodziłam do siebie. Po jakims czasie znowu zaczęłam chodzic na randki. Z reguły znajomosci konczyły sie po 2-4 spotkaniach. Nie było tego czegoś… Owszem, była adrenalina, ekscytacja, ciekawość… Do momentu aż znowu to ja zaczynałam ciągle z siebie coś dawać. Ne chciało mi się… Powróciła sinusoida, dni pełen euforii po których następowały dni mroczne. Ale potrzeba akceptacji, poczucie się potrzebną, ważną, wciąż nie malała.

Różnica… mimo wszystko od pół roku w sercu zagościła jakaś dziwna radość. Dużo się działo wokół i były to sytuacje do których nie byłam przyzwyczajona. Ciągle zdawałąm sobie pytanie, o co chodzi, skąd takie uczucie w środku, powodujące stan uniesienia? Moje reakcje na dane sytuacje zaczely sie zmieniać. Zaczal pojawiac sie spokoj i opanowanie po tylu latach. Wyprowadzona w równowagi, szalejąc z wsciekłości po chwili potrafiłam powrócić na ziemię, opanować się.

I tak analizując sobie zdałam sobie sprawę, że wszystkie zmiany miały swój początek po przekroczeniu owej jakże nieoczekiwanej przez kobiety 30-stki :) Kilka lat temu żyłam ze świadomością, że dla związku poświeciłam swoją tożsamość. Dziś mam wrażenie, nie nigdy wcześniej jej nie miałam, byłam jedną wielką kulką strachu i kłamstw. Żyłam życiem innych, robiłam to co wypada, mówiłam to co wypada i czułam to co powinnam. Mimo że w środku wszystko we mnie krzyczało, nie zgadzając sie na moją fałszywą postawę. Tak więc uczę w końcu prawdziwej siebie od początku :) Smakuję swoje emocje i odczucie, przemyślenia i pragnienia. I bardzo mi się to podoba. W końcu w jakimś stopniu czuję, że mogę coś zrobić ze swoim życiem i że tylko ja mam na to tak na prawdę wpływ, póki nie podejmę różnych działań, utknę.

Dlatego żałuję, że nie zaczęłam pisać wcześniej. Umknęło mi wiele niesamowitych myśli, obserwacji i uczuć. No i na wiele mysli straciłam za dużo czasu zamiast je wyrzucić z siebie od tak i iść dalej.

Nowy dzień

Obudziłam się…

Ktoś uparcie cały czas powtarzał moje imię. Otworzyłam oczy. Po mału do moich oczu zaczynało się wdzierać światło a z nim ten cholerny ból… ależ bolało, nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam gdzie jestem… Próbowałam coś powiedzieć, ale język stał mi kołkiem, tak jakbym zapomniała jak się mówi. Nie byłam w stanie wypowiedzieć poprawnie ani jednego słowa więc tylko kiwałam po mału głową.  Na szczęście dość szybko dostałam kroplówkę z czymś przeciwbólowym. Nie pomagało…  Dostałam kolejna. W sali wybudzeń przeleżałam dobrą godzinę, nasłuchując co się dzieje dookoła. Przywozili i zabierali kolejne osoby.

Słyszałam jak próbowali przekładać kolejnych pacjentów na ich własne łóżka. Strasznie się tego bałam… Wszystko mnie bolało, mało nie ważyłam, tak mnie to przerażało że nie potrafiłam myśleć o niczym innym! A tu po jakimś czasie zjawia się praktykant z jedną z pielęgniarek i mówią że przyszli mnie zabrać bo dziewczyny już się o mnie dopytują w pokoju :) Hahaha, to mnie rozbawiło.

Kolejna fajna podróż windą z bardzo sympatycznymi osobami których nie znałam. Dziwnie się czułam, leżąc naga pod przykryciem na łóżku w windzie i patrząc z dołu na te wszystkie osoby :D Ledwo się wybudziłam a już złapałam głupawkę :D

Wszystko było fajnie do 15-stej. Akurat wtedy mama przyszła mnie odwiedzić. Posiedziała dosłownie chwilę, tak kiepsko się czułam. Kręciło mi się w głowie, robiło niedobrze, oczy mi się zamykały ale nie mogłam zasnąć, czuwałam z zamkniętymi powiekami. Potem co 2 godziny dostawałam tabletki przeciwbólowe. Łykałam nawet nie pytając co to. Nie mogłam się ułożyć, bolało, rwało, mdliło…

Potem zaczęłam wymiotować. Nawet nie wiem czym, w końcu dobę już miałam pusty żołądek. Straszne to było.. jakiś szary płyn się ze mnie wydobywał. Rzygałam i opadałam bez sił i tak w kółko… do rana.

Pani Wandzia cały czas się mną opiekowała, nawet nazwała mnie Gwiazdeczką :) Normalnie jak prawdziwa babcia :)

Dzień wcześniej to ja przynosiłam jej wodę, gazety i pomagałam co mogłam. Tym razem było odwrotnie. Ale czułam się tak paskudnie że nawet nie protestowałam, próbowałam się tylko do niej uśmiechnąć.

Wieczorem telefon mój się rozdzwonił, ale nie byłam w stanie podnieść się i odebrać. O nie! Dopiero później oddzwoniłam do ojca. I tutaj mnie zaskoczył!!! Ale tak na prawdę. Powiedział że wziął dzień wolny aby odebrać mnie ze szpitala i zebym dzwoniła kiedy trzeba to od razu przyjedzie… Tego się nie spodziewałam. Liczyłam na mamę i taksówkę a tu proszę :)

Potem około 19 dostałam kolację… popatrzyłam na nią krzywym wzrokiem ale nic nie tknęłam, nie byłam w stanie. I to była bardzo decyzja bo jeszcze się męczyłam w nocy całując kibelek…

Niestety tej nocy również nie przespałam. Wymęczyłam się jak diabli. Rano ledwo żywa podniosłam oczy a tu obchód lekarski… Wyglądałam jak śmierć. Był mój radiolog, patrzył na mnie ciepło i współczująca, uśmiechając się z do mnie z tyłu i jedna z pielęgniarek która przyjęła mnie na oddział:) Reszta działała maszynowo. Biegłam jeszcze za lekarzem z dokumentami żeby wypisał mi zwolnienie. Lekarz, który mnie operował poświęcił mi 20 sekund… litości…

Kiedy się wypisywałam ze szpitala, żegnając się z Pania Wandzią, poryczałam się jak głupia, wyściskałam ją i wycałowałam na pożegnanie. Wymieniłyśmy się numerami telefonów. Będzie niedługo w Warszawie na kolejne chemioterapii i na pewno przyjadę ja nie raz odwiedzić :) Już nie mogę się doczekać :)

To dzięki Pani Wandzi zrozumiałam jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Znajomi pytają mnie teraz, dlaczego nic nie powiedziałam, nie dzwoniłam, dlaczego sama zamknęłam się z tym problem, przechodziłam przez wszystko sama. Na początku mówiłam, że tak mi było łatwiej przetrwać ten czas. Ale to nie prawda. Nie byłam sama. Był Szczypiorek :) Pojawił się w momencie kiedy temat nowotwór zaczął mnie przerastać. Pojawił się i tak po prostu wszedł z butami w moje życie. Nie pozwolił mi się zadręczać. Pokazał mi mnóstwo fajnych miejsc, przespacerował ze mną wiele kilometrów gadając o niesamowitych rzeczach, tak po prostu. Był moją terapią. Zniknął chwilę przed operacją, I mimo że nic nie wiedział, był moim lekiem na to wszystko. Tak jakby anioł stróż zesłał go i postawił w tym czasie i w tym miejscu na mojej drodze :) I nawet jeśli byłam nim zauroczona, wspaniale wspominam ten czas. Jest super chłopakiem i mam nadzieję że znajdzie swoją wymarzoną dziewczynę i będzie szczęśliwy :) Zrobił dla mnie więcej niż jestem w stanie wyrazić. Nawet nie potrafię tego opisać. Szczypiorku, gdziekolwiek teraz jesteś, bardzo Ci dziękuję i życzę Ci duuużo szczęścia i miłości w życiu i spełnienia tego najważniejszego marzenia :)

Wracając do tematu. Potem odebrałam papiery i zadzwoniłam po tatę. Przyjechał w 15 minut…

W tym czasie spotkałam jeszcze małżeństwo które od początku mi towarzyszyło w onkologii z tym samym przypadkiem co ja. Wymieniłam się z nimi adresem e-mail na w razie czego, żeby dzielić się obserwacjami przebiegu operacji i choroby :) Super ludzie.

No i zostałam przywieziona do domu… czułam się… dziwnie… jakbym była kimś innym, w miejscu mi obcym w obcej skórze… wszystko wydawało się dziwne. Ale to był jeden z tych piękniejszych dni w moim życiu, poznałam cudownych ludzi z którymi ciężko mi było się pożegnać, nagle rodzice, chyba pierwszy raz byli przy mnie. Ojciec się ucieszył, matka też, a mój kocurek… o matko taki taniec radości odtańczyła, merdała ogonem jak pies i wskoczyła na mnie piszcząc niesamowicie :) Takiego powitanie się nie spodziewałam :)

Od teraz miałam stawić czoła nowej mnie :)

Szpital

Dzień przed pójściem do szpitala, to była niedziela, 11 sierpnia… To był jeden z tych gorszych dni w moim życiu. Dzień w którym strach wygrał z moim opanowaniem. Nie mogłam spać już kolejną dobę, nie mogłam patrzeć na jedzenie, nie chciało mi się nawet wstać z łóżka. Przerażona zakopałam się pod kołdrą, wyobrażając sobie, że pstryknę w palce i znajdę się gdzie indziej, w zdrowym ciele z nową nadzieją na lepsze jutro…

To niestety było niemożliwe. Puściły mi wszystkie zawory, przeryczałam cały dzień jak głupia, nie mogąc tego opanować…

Następnego dnia moment pojechania do szpitala odkładałam ile mogłam… wiedziałam że przed tym nie ucieknę, a jednak nie potrafiłam inaczej, nogi ciężki jak z ołowiu utrudniały mi zrobienie choć jednego kroku… umysł odrętwiał, w środku pojawiła się cholerna pustka, po prostu pustka…

Po dwóch godzinach zebrałam się w końcu. Znalazłam tzw „ruch chorych” gdzie zarejestrowałam się do szpitala. Dochodziła 1o rano…

Rejestracja trwała 1,5 h, troche osób czekało do pokoju z torbami, walizkami i różnymi dokumentami. Niektóre twarze już rozpoznawałam :) Zaprowadzono mnie następnie na Oddział, wręczono plik dokumentów i kazano czekać. NA Oddziale wszyscy biegali jak kot z pęcherzem, Jedni chcieli się wypisać inni wpisać i ulokować w pokoju. Po kolejnej godzinie poznałam numer pokoju, ale nadal był problem z łóżkiem, kazali czekać. Zostawiłam torbę z rzeczami i wyszłam z oddziału. Poszłam nacieszyć się słońce, usiadłam na schodach przed głównym wejściem i po prostu oddychałam… chłonęłam promienie słońca, powiewy wiatru, świat zewnętrzny…

Kolejne zapytanie o pokój niestety ponownie zakończyło się irytującym „proszę czekać”. Ehh, więc poszłam na stołówkę, dochodziła 13-sta a ja jeszcze nic nie jadłam. Nawet nie byłam głodna, ale posłuchałam się głosu rozsądku. Zamówiłam sobie pierogi ze szpinakiem i fetą. Nawet nie były złe.

O 15-stej znalazło się dla mnie łóżko :) Więc poszłam zapoznać się z moimi współlokatorkami :)

Przyznać muszę, że towarzystwo miałam niezłe :) Pierwsza Pani po lewej- Pani Apolonia. Prababcia :) Jak bum cyk cyk nie wyglądała. Moja babcia wygląda starzej. A ona doczekała się 4 prawnucząt… podziwiam. Kobieta już zrezygnowana, przerażona, narzekająca, która dostała szansę na dalsze leczenie i niestety wyrok – amputacja prawej nogi… :( Pomimo odmowy leczeni przez inne ośrodki tutaj lekarze podjęli wyzwanie, dostała chemię… Niestety zbyt słabe żyły mogą tego nie wytrzymać…

Druga Pani, Pani Grażynka, na pewno mama, przypuszczam że mniej więcej w wieku mojej mamy. Z Warszawy z Żoliboża. Kobieta zniszczona przez życie- tak wyglądała. Zapadła twarz, policzki, sine worki pod oczami. Pierwsza myśl- alkoholiczka. Co wcale nie musi być prawdą. Ale na pewno łatwo jej w życiu nie jest. Wyglądała na bardzo samotną. Podobnie jak ja miała guza, tyle tylko że na ręku nad nadgarstkiem. Tak jak ja czekała na operację.

No i moja ulubienica. Pani Wandzia :) Przyjechała tu kawał drogi PKSem. Jechała ponad 9 godzin. Kobieta która duzo w życiu przeszła i nigdy nikomu nie pokazała, że jest jej źle, nigdy przy nikim nie zapłakała, zawsze walczyła do końca tak jak i teraz aby żyć… Podobnie jak pierwsza Pani, dostała chemię i walczyła o nogę, tutaj decyzja o amputacji jeszcze nie zapadła, była szansa na jej ocalenie. Pani Wandzia szybko stała mi się bardzo bliska, dużo rozmawiałyśmy i poczułam jakbym odnalazła swoją życiową bratnią duszę, osobę bardzo ciepłą i bardzo silną psychicznie, która w końcu przy mnie się otworzyła, mało tego doprowadziła mnie do łez, ale o tym później :)

Radioterapia

5 sierpnia byłam ostatni dzień w pracy, przynajmniej fizycznie. Na kolejne dni wzięłam pracę w domu. Od 6 sierpnia zaczynałam naświetlania.

6 sierpnia 2013

Jak lekarz nakazał o 8 rano stawiłam się rano w Centrum Onkologii. Okazało się, że po raz kolejny pod symulatorem… Kolejna przymiarka tej paskudnej maski, którą przypinali mnie do łóżka do naświetlań… uciskała całą twarz, nie mogłam przełykać nawet śliny, ciężko było oddychać i nawet o milimetr nie mogłam się ruszyć… Chwila zdenerwowania, szybszy oddech i zaczęłabym się dusić, a od takiego stanu do paniki już niewiele brakuje.

I jak się okazało, maska za bardzo uciskała mi przełyk, po 2 godzinach czekania i pierwszej symulacji zostałam odesłana razem z tą okropną maską do pracowni, celem jej lekkiego poszerzenia. Wróciłam po jakimś czasie i znowu czekałam na swoją kolej. Kolejna symulacja i kolejna…

Już w dupie miałam, że za każdym razem rozbierałam się od pasa w górę przez kolejnymi nieznanymi mi osobami… maska zakrywała mi do połowy piersi, stąd taki wymóg…

Po symulacji lekarz kazał nam czekać na tym razem prawdziwe już naświetlanie. Nam czyli mi i jeszcze kilku innym osobom, które tego dnia rozpoczynały radioterapię. Samo naświetlanie miała jeszcze poprzedzać konsultacja chirurgiczna i pomiar wielkości guza aby określić zakres operacji. Jednak do pomiaru nie doszło. Oczekiwanie na naświetlanie wydłużało się o kolejne godziny. Potem zostaliśmy przeniesienie pod inną salę z innym urządzeniem do naświetlań bo docelowy aparat uległ awarii. Po 3 godzinach wróciliśmy z powrotem, bo został naprawiony…

Byłam wykończona.

Po 15-stej wyszłam w końcu po naświetlaniu, które trwało kilka minut, a czas oczekiwania wynosił 6 godzin jak nie więcej. Konsultacja chirurgiczna została przełożona na kolejny dzień.

7 sierpnia 2013

Wstałam rano i na godzinę 9:30 pojechałam do onkologii na konsultację. Na 13-stą miałam naświetlanie. Zgodnie z wytycznymi lekarza miałam stawić się na pierwszym piętrze na konkretnym oddziale. Pierwsze wyzwanie- znaleźć właściwe schody. Drugie wyzwanie- co dalej…?

Za drzwiami była poczekalnia… mnóstwo ludzi chorych, łysych, z kroplówkami, czekającymi na przyjęcia na oddział, na wypis, na chemię… ciężkie obrazy. Po 11 przyszedł lekarz. Zgarnął wszystkie osoby czekające na konsultację. W końcu weszłam. Zostałam komisyjnie obejrzana przez kilka osób, nawet nie wiem kto był kim. Usłyszałam tylko, że przyjęcie na oddział 12 sierpnia, operacja 13 i wypis 14 sierpnia. Operacja nie będzie długa. Następny…

Do naświetlań miałam godzinę, poszłam zapytać, czy przyjmą mnie wcześniej, żebym nie musiała znowu jechać. A i owszem, przyjęli by mnie, ale karta moja pozostała u lekarza od którego wróciłam, a nie wiadomo kiedy wróci, wiec i tak muszę czekać.

Wróciłam do domu… Przyjechałam przed 14-stą. Czekałam na naświetlanie do 15:30… naświetlali mnie ponad 20 minut…

Ledwo wytrzymałam. Raz, że trafiła mi się fala największych upałów, w samej klinice było sporo ponad 30 stopni, a o klimie w takim miejscu można zapomnieć. Druga sprawa to to, ze ledwo wytrzymałam przykuta do łóżka w masce tyle czasu, dodatkowo tym razem naświetlanie piekło, szczypało, swędziało, bolało… zaciskałam mocno pięści i nie wiedziałam ile jeszcze wytrzymam. Wróciłam do domu wykończona, padłam…Jedyne co mi się udało, to przełożyć naświetlania z 13-stej na 17-tą kiedy jest mniej ludzi i dużo chłodniej.

W nocy nadrabiałam zaległości i pracowałam…

 

8 sierpnia 2013

Po nieprzespanej nocy pojechałam na 7 rano do onkologii aby zrobić przykazaną mi dzień wcześniej morfologię… Tym razem pierwszy raz coś szybko załatwiłam. Chwilę po 8 rano już byłam w domu i zabrałam się za pracę. Na 17-stą pojechałam na naświetlania. Też poszło szybko, aż nie mogłam uwierzyć, bez kolejek, bez czekania… takie sytuacje ostatnio mi się nie przytrafiały. To był dobry i pracowity dzień pomimo zmęczenia. Jedyne co mnie tylko zastanowiło to pytanie- czy robiła p\Pani morfologię i jeśli tak to czy odebrała Pani swoje wyniki? Hmm, a czy ktoś mi powiedział, że w ogóle mam je odebrać i kiedy i gdzie? Jak do tej pory miałam zakaz odbierania jakichkolwiek wyników ponieważ trafiały od razu do mojej karty pacjenta… Generalnie stwierdziłam, że sami znajdą co potrzeba, ja swoje zrobiłam, nie mogę się ciągle o coś martwić, bo zwariuję.

 

9 sierpnia 2013

Kolejna nieprzespana noc… nie pamiętam już od jak dawna nie śpię. Mylą mi się dni, pamiętam tylko o której godzinie co mam załatwić następnego dnia. Nocami wariuję, nie wiem co mam ze sobą zrobić, czym zająć myśli, jak zasnąć, jak odpocząć. A kiedy przychodzi ranek, jestem jak warzywo, głowa mi pęka, nie mam pojęcia co się ze mną dzieje. I te okropne upały…

Tego dnia miałam tylko naświetlania. Czułam się coraz gorzej, już sama nie wiem czy to przez naświetlania, brak snu, nerwy i zmęczenie a najpewniej przez wszystko razem.

Tego dnia również nie widziałam się z lekarzem. Dzień przyjęcia mnie na oddział zbliżał się wielkimi krokami a ja nadal nic nie wiedziałam. Kolejny dzień ciężkich widoków i historii rozrywających serce…

Naświetlanie na szczęście nie trwało długo. Po 5 minutach zostałam uwolniona z tego średniowiecznego narzędzia tortur. Tym razem jednak wracałam do domu, powłócząc nogami na przystanek autobusowy. Cały czas dojeżdżałam autobusem ale pierwszy raz czułam taki silny spadek formy. Pokonanie każdego odcinka 100 metrów stawał się na prawdę ogromnym wyzwaniem. Szczęśliwa za każdym razem przekraczałam próg domu i padałam. Jutro sobota, rano ostatnie naświetlanie. Obym tylko dowiedziała się co dalej, gdzie mam się zgłosić w poniedziałek itd.

10 sierpnia 2013

O 8 rano zgodnie z rozkładem stawiłam się na naświetlaniach. Było kilka osób ale same nieznajome twarze. Nie tak miało być. Myślałam, że spotkam lekarza, osoby które razem ze mną zaczynały naświetlania. Po ostatnim naświetlaniu dziewczyny życzyły mi powodzenia i szybkiego powrotu do zdrowia. A co dalej zapytałam…

Okazało się, że zmiana godziny naświetlań z 13-stej na 17-tą spowodowała, że lekarz szukał mnie od kilku dni ale nie znalazł. Tylko że nikt mnie nie poinformował, że zmiana godziny naświetlań może spowodować, że będę się mijać z lekarzem i nikt lekarza o mojej zmianie nie poinformował. Mało tego, wyniki badań morfologicznych, które robiłam w środę, nadal się nie znalazły i jakoś z tego powodu byłam przez wszystkich wokoło rozpoznawana. Słyszałam – a to Pani, od tej morfologii…

Zapytałam, co dalej, lekarz się ze mną nie skontaktował, nic nie wiem poza tym, ze w poniedziałek na oddział mam się przyjąć… Dziewczyny chciały pomóc, podzwoniły, powiedziały, że Pan Dr dba o swoich pacjentów bardzo. Ok, nie przeczę, ale dlaczego ja ciągle nic nie wiem i ciągle coś ginie… jak nie karta to wyniki badań, to lekarz itd.

Nic więcej się nie dowiedziałam. Przyjęłam do wiadomości, że w poniedziałek muszę się stawić na Oddział do szpitala i tyle. Co będzie to będzie. Niestety pomimo postanowienia nie denerwowania się i nabrania sił przed operacją zafundowały mi kolejne dwie bezsenne noce. Jak spałam godzinę to może maks. Byłam wycieńczona psychicznie i fizycznie…

A impreza dopiero co miała się zacząć…