zdrowie

Regeneracja

Kilkakrotnie próbowałam napisać co tam u mnie słychać, jak tam moje stare kości się mają, ale cisnęły mi się na usta tak niecenzuralne słowa przeplatane na zmianę z kompletnym brakiem sił, że odpuściłam.

Dziś postanowiłam znaleźć chwilę wolnego czasu tylko dla siebie :) A że mam całkiem dobry dzień, co rzadko się zdarza, to spięłam poślady i skrobię posta :D

Gdybym nie przeżyła tego wszystkiego na własnej skórze to bym nie uwierzyła… Ale po kolei ;) Pierwsza wizyta u kobitki nastawiającej kości i nie tylko. Wspaniała, ciepła osoba, która wiele lat temu od Ukrainki nauczyła się składać ludzi do kupy. Mówiąc krótko szok i cud.

Ostatnie rentgeny kości i kręgosłupa mam sprzed około 13 lat. Wbite 3 kręgi w kręgosłupie lędźwiowym, zwyrodnienia stawów i garb na plecach- jakże cudowne pamiątki po sporcie :) A kobitka położyła mnie na macie, pomacała, pomacała i mówi, że garb na 3 cm, że łopatki krzywe, miednica przekrzywiona po kręgosłup sobie pętelki wywija przez co jak leże jedna noga wydaje sie dłuższa o 4 centymetry. Wszystko sztywne. Stawy wszystkie powybijane, cały odcinek szyny, piersiowy i lędźwiowy, do tego wszystkie palce u stóp i nóg, nadgarstki również. A kolana to już kompletna tragedia. Kobiecina złapała się za głowę i zapytała jak ja w ogóle funkcjonuję. Więc mówię jej, ze już teraz prawie wcale. Schody stały się przeszkodą nie do pokonania, stać nie mogę, jak siedzę to wszystko napierdziela.

Po kilku minutach wstępu było słychać tylko szczęk kości, tak jakby były łamane…

Po pierwszej wizycie miałam ustawiony odcinek szyjny i piersiowy, wstawione wszystkie paluchy na miejsce no i najgorsza sprawa… kolana…

Takiego bólu nigdy w życiu nie czułam. Darłam się jak zarzynane prosię… prawie aż do utraty przytomności. Zaciskałam zęby, łzy leciały jak grochy, a ja walczyłam, żeby mnie nie odcięło z bólu…

Chwilę później podniosłam się z ziemi i stanęłam przed lustrem. Garb zniknął :) Plecy mniej bolały. Mogłam spokojnie głowę odgiąć do tyłu :D Mogłam zgiąć nogi w kolanach :D To był moment w którym zdałam sobie sprawę, że odmawiając operacji wiele lat temu zrobiłam najlepszą rzecz na świecie. W końcu można zrobić kawał dobrej roboty bez skalpela. Tylko nie każdy zdecydowałby się na coś takiego dobrowolnie i to jeszcze bez znieczulenia.

Na kolejnej wizycie ponownie miałam ustawiony odcinek szyjny i piersiowy, po sporo ponownie wypadło, do tego cały lędźwiowy i dalej kolana. Tym razem było troszkę lepiej, mniejszy ból nie licząc kolan, bo w tym przypadku historia się powtórzyła. Ale na drugi raz znieczuliłam się już dwoma lampkami wina – odrobinkę lepiej było:) Dodatkowo w przypadku odcinka szyjnego zostałam tak ładnie poustawiana, że …. jest szansa że znikną moje migreny :D

Nie mam pojęcia jak ta kobieta odczytała wszystkie moje dolegliwości i miejsca bólu jak z mapy… coś niesamowitego…

Była też trzecia wizyta ;) Ponieważ czułam się średnio tego dnia, nie za bardzo chciałam sięgać po alkohol. Ale wszystkie mięśnie znowu były zbite i sztywne. Zastanawiałam się co tu zrobić, żeby jakoś sobie pomóc. I znalazłam odpowiedź – sex najlepszy jest na wszystko :) Mój mężczyzna wniebowzięty, a ja rozluźniona :D I to był strzał w 10 bo tym razem wszystko poszło gładko. Przy jednym mocniejszym ruchu na całej długości kręgosłupa wszystko pięknie powchodziło. Normalnie jak w masło :) Brak napięć przyspieszył sprawę i spowodował, że nie czułam bólu.  Dzięki temu działy się kolejne cuda…

I tu uwaga… jest szansa że w końcu znikną moje jakże bolesne miesiączki… Tyle lat męki tabletek. Wystarczyło trochę poustawiać organy wewnętrzne i nagle w wielu miejscach zniknął ból :) To na prawdę są cuda. Na razie jestem w fazie obserwowania swojego organizmu. Ponieważ najgorszy ból znika, jestem w stanie normalnie się poruszać, więc przyszedł czas na ćwiczenia i wzmacnianie kręgosłupa. Moge już zaczac wzmacniać sobie mięśnie bez zagryzania zębów :D Jest szansa że odzyskam normalnie życie i może w końcu uda mi się przeżyć cały jeden tydzień bez bólu :)

Jestem pełna nadziei :D A na mojej liście są juz kolejne zdrowotne cele które po mału zaczynam realizować.

Może dzięki temu ta cholerna deprecha pójdzie precz…

 

Magia wypowiadanych życzeń na głos… :)

14 czerwca 2016

Nie mam pojęcia jak to się dzieje, ale od jakiegoś czasu spełniają się ważne dla mnie rzeczy, które wypowiadam na głos. Zarówno życzenia jak i odpowiedzi na pytania, które mnie przerastają.
Moje samopoczucie ostatnio ostro znów daje mi do wiwatu. Wróciły problemy z kręgosłupem i stawami. Czasami nawet wejście po schodach to prawdziwe utrapienie… Ostatnio nie wytrzymałam i kompletnie sie rozkleiłam z bezradności. Ileż można znosić ten ból…? Do tego powróciły migreny ze zdwojoną siłą i wiele innych starych dolegliwości. Przetrwanie każdego kolejnego dnia stało się wyzwaniem, które coraz bardziej mnie przerastało. Zaczęłam sobie zadawać pytanie, co zrobić, co mi pomoże, bo do kolejnego mordercy lekarza nie pójdę.
Ostatni weekend- ognicho z przyjaciółmi których już dawno nie widziałam, kilka dobrych miesięcy. Przyszło sporo nowych osób, których nie znałam. A wraz z nimi jedna wspaniała kobieta, która być może rozwiąże większość moich problemów zdrowotnych. Jestem przerażona, będzie bolało, ale jest szansa że zacznę normalnie prosperować. Na razie szczegółów nie zdradzę, jestem zbyt przerażona. Ale chce spróbować, chwycę się każdej szansy która mżę uwolnić mnie od tej katorgi. I wierze, że się uda :D Musi się udać :)

Dodatkowo na tym ognisku spełniło się jeszcze kilka życzeń, wręcz marzeń :) A dokładniej pojawiła się ogromna szansa ich realizacji. Ale nie chcę zapeszać, szczegóły wkrótce ;)

Test wytrzymałości

Ostatnie 3 tygodnie to jakiś koszmar… najpierw grypsko, potem ogólny spadek formy. Ledwo wróciłam do pracy i wróciły problemy z żołądkiem i migreny. Nie wytrzymywałam z bólu… znowu zaczęłam łykać garściami tabletki przeciwbólowe, wychodzić do toalety, bo nie dawałam rady usiedzieć przy biurku. Wróciły te paskudne dni, które przez tyle lat uprzykrzały mi życie. Życie… co to za życie… Z bólu tracisz przytomność i traktujesz to jako zbawienie bo wtedy chociaż nie czujesz bólu… światłowstręt, dźwiękowstręt, mdlości, zaburzenia widzenia, równowagi i do tego przeszywający ból brzucha… taki stan utrzymywał mi się przez ostatni tydzień non stop aż do dzisiejszego dnia do południa. Kolejny zmarnowany czas, niewykorzystany weekend… brak sił…  Zamykasz oczy i pragniesz tylko o własnych siłach dotrzeć do domu i położyć się we własnym łóżku.

Jeśli tak dalej ma to wszystko wyglądać to ja dziękuję, wysiadam…

Znajomi polecili mi jakiś czas temu lekarkę mongołkę… poszłam, przepisała zioła. To było w październiku zeszłego roku. Nie wierzyłam że coś pomoże… pomogło… po 2 miesiącach łykania i picia tych świństw pierwszy raz od wielu lat przeżyłam całe dwa miesiące mogąc normalnie jeść, bez migren!!! Nagle miałam energie, mogłam się skoncentrować, miałam siły i chęci do działania. Chciało mi się żyć, to było cudowne… Jak nie wiele potrzeba czasem…

Ale przestałam łykać zioła i przyszedł luty, samopoczucie zaczęło sie znowu pogarszać, aż doszło do stanu, który przestał być dla mnie granicą bólu do zniesienia. Poszłam znowu po te magiczne zioła. Od tygodnia znowu siłą je w siebie wlewam, bo są obrzydliwe… ale walczę. Jest odrobinę lepiej, żołądek juz tak nie boli, ale migreny nadal dają popalić.

Do tego dołożyć ostatnią pełnię i przesileni wiosenne, które dopadło większość znajomych…

W takich momentach tracę wiarę na lepsze jutro, nie mam siły walczyć każdego dnia i każdej nocy, prosząc bo cichu, żeby sobie już było lepiej, znośniej… mam nadzieje, ze ostatnie dwa miesiące nie będą jedynymi które bedę tak dobrze wspominać. Walcze dalej, ale nie wiem, ile jeszcze sił mi starczy :(

A jak byłam mała, to wydawało mi się, że każdy tak się czuje… że taki stan jest normalny… oby zioła okazały się skuteczne skoro medycyna nie daje rady :( I jak tu mieć siłę na normalne czynności?

Za tydzień wyjazd, chce w końcu odpocząć, w sobotę z fajnymi znajomymi jedziemy do trójmiasta, zapowiada sie fajna wycieczka. Modlę sie w duchu i jak mantrę powtarzam „będzie dobrze”. Bardzo chcę żeby było…. bardzo… potrzebuję odpoczynku od pracy. Dzięki nim odliczam już dni, wspierają mnie cały czas, nie wiedząc nawet do końca co się dzieje. Ale to nie ważne, codziennie ktoś pisze, dzwoni, pyta – to strasznie miłe :) Zawsze sie broniłam przed tym, zgrywałam twardzielkę, bo przecież dam sobie radę sama. Dziś czuję, że to nie prawda, bo już nie daję rady sama. Więc już nie odrzucam i nie ignoruję takich telefonów, na prawde doceniam troskę, nawet jak opowiadają mi kompletnie beznadziejne historie z imprez na które nie dotarłam, to potrafia sprawić że chociaż na chwilę się uśmiechnę, albo pomyśle o czym inny i nie ważne że czasem przerywam rozmowę, bo muszę zniknąć w ciszy… oni tam po prostu są :) Bezcenne :)

Dlatego teraz z całej siły ściskam mocno kciuki tym razem sama za siebie, żeby w końcu znów się polepszyło, żeby wyjazd się udał, żeby wrócił spokój ducha i ból zniknął… kiedyś myślałam, że ból psychiczny jest silniejszy, dziś już nie jestem tego taka pewna.

No to za lepsze jutro ;)

No nie chce się i już!

Minął styczeń… pełen energii ,szaleństwa, spontaniczności i emocji. Po nim przyszedł luty, fajny taki, zdroworozsądkowy i porządkujący po styczniowym szaleństwie. I skończył się… sentymentalnie.

Nie będę ukrywała, że ostatnie dwa lata były i nadal są dla mnie bardzo stresujące. Fuzja w firmie, długotrwała restrukturyzacja, ciągłe zmiany, pożegnania i brak wiary w lepsze jutro, coraz więcej pracy która przynosi coraz mniej satysfakcji i wykańczająca atmosfera w zespole, który w każdej chwili może zostać rozwiązany. Myślałam, że po tak długim czasie jestem już ponad tym, stres jest ale mniejszy, że już coraz mniej jestem podatna na plotki, panikę, agresywne zachowania i wybuchy niekontrolowanej paniki. Tymczasem przeszłam chyba na inny level nie etap.

Na zakończenie lutego w zeszły weekend firma jak co roku zorganizowała konferencje firmową dla wszystkich pracowników z całej Polski. Postawiłam sobie za punkt honoru aby pójść, bo to ostatnia szansa aby spotkać się z wieloma osobami, z którymi jednak kawał czasu w tej firmie przepracowałam. Mam już dość niekończących się pożegnań, nie jestem w stanie wydajnie pracować. Budzik dzwoni co rano o 6 a ja go nawet nie słyszę. Budzę się godzinę później i beznamiętnie po krótkiej analizie sytuacji przekręcam się na drugi bok. o bo po co wstawać. Efekt? Dochodzi 8 rano a ja dalej leże w łóżku, kombinując, co tu zrobić, aby nie iść do pracy… przytłaczające…

I tak w zeszłym tygodniu odpuściłam 3 dni pracy pomimo ogromu terminów, nawału zadań… nie lubię zawalać terminów. Zmogła mnie grypa, albo jakieś wirusisko. I co ciekawe, przespałam wszystkie te dni. Wstawałam o dziwnych porach, piłam swoje specyfiki ziołowo warzywne i padałam dalej. Zero sił… jak pojechałam do lekarza, wejście po schodach do metra stanowiło dla mnie jakieś nieziemskie wyzwanie… bezradność i złość krzyczały w mojej głowie!!!

Ledwo wróciłam do pracy od razu dostałam zgode szefowej na nadgodziny, potrzebowałam pracy i musiałam nadgonić zaległości. Straszne te moje skrajności :( najgorsze, że sama sobie funduje takie atrakcje. Efekt?? Potworne zmęczenie. Jeden weekend przeleżałam w łóżku z temperaturą. Kolejny odpuściłam również, bo nie dałam rady fizycznie, padałam na pysk. W sobotę poszłam tylko na konferencję już słabo się czując a w efekcie kompletnie się zrobiłam kilkoma drinkami.

Dotarło do mnie jak wielu osób już nie ma, po 10 latach pracy w jednej firmie doszłam do etapu że byłam w tłumie ludzie, gdzie większości z nich w ogóle nie znam… Pozostała nas garstka… Przytłaczające. Wróciłam do domu przygnębiona. Zbyt szybko wypity alkohol doprowadził mnie do jeszcze gorszego stanu. W domu byłam przed 20, rozebrałam się, połknęłam tabletkę przeciwbólową i wlazłam pod kołdrę. Obudziłam się w środku nocy z bolącym brzuchem, głową i dusznościami. To było straszne… Kolejna partia tabletek przeciwbólowych, świeże powietrze. Od tamtego wieczoru każdy kolejny dzień to jakaś porażka… W poniedziałek nie dotarłam do pracy… Samopoczucie było coraz gorsze, żołądek podchodził mi do gardła, nogi się pode mną uginały…. Koszmar jakiś.

Gdzieś zniknęło moje wewnętrzne poczucie radości, optymizmu. Przyszedł jakiś cholerny dół. Chodzę bo chodzę, wstaję bo wstaję, mimo że kilka minut po 8 próbując zdążyć na 9 do pracy. Wróciło paskudne samopoczucie, brak sił, koncentracji, problemy ze skórą. Włosy wypadają mi garściami. Aż boję się włożyć szczotkę we włosy. Na jedzenie patrzeć na mogę, wszystko podchodzi mi do gardła. Jestem zmęczona pracą, jestem zmęczona hałasem i jestem zmęczona zmęczeniem. Tęsknię za moją styczniową energią.

Nie wiem ile jeszcze wytrzymam tą całą sytuację i brak umiejętności podjęcia konkretnej decyzji. Potrzebuję zmiany. Zmiany pracy i działań. Ale nie mam na to siły, nie potrafię myśleć racjonalnie, ocenić danej sytuacji… czuję, że się zapętliłam. Mam nadzieję, że to szybko się zmieni na lepsze i powrócą te dobre emocje.

Nowy dzień

Obudziłam się…

Ktoś uparcie cały czas powtarzał moje imię. Otworzyłam oczy. Po mału do moich oczu zaczynało się wdzierać światło a z nim ten cholerny ból… ależ bolało, nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam gdzie jestem… Próbowałam coś powiedzieć, ale język stał mi kołkiem, tak jakbym zapomniała jak się mówi. Nie byłam w stanie wypowiedzieć poprawnie ani jednego słowa więc tylko kiwałam po mału głową.  Na szczęście dość szybko dostałam kroplówkę z czymś przeciwbólowym. Nie pomagało…  Dostałam kolejna. W sali wybudzeń przeleżałam dobrą godzinę, nasłuchując co się dzieje dookoła. Przywozili i zabierali kolejne osoby.

Słyszałam jak próbowali przekładać kolejnych pacjentów na ich własne łóżka. Strasznie się tego bałam… Wszystko mnie bolało, mało nie ważyłam, tak mnie to przerażało że nie potrafiłam myśleć o niczym innym! A tu po jakimś czasie zjawia się praktykant z jedną z pielęgniarek i mówią że przyszli mnie zabrać bo dziewczyny już się o mnie dopytują w pokoju :) Hahaha, to mnie rozbawiło.

Kolejna fajna podróż windą z bardzo sympatycznymi osobami których nie znałam. Dziwnie się czułam, leżąc naga pod przykryciem na łóżku w windzie i patrząc z dołu na te wszystkie osoby :D Ledwo się wybudziłam a już złapałam głupawkę :D

Wszystko było fajnie do 15-stej. Akurat wtedy mama przyszła mnie odwiedzić. Posiedziała dosłownie chwilę, tak kiepsko się czułam. Kręciło mi się w głowie, robiło niedobrze, oczy mi się zamykały ale nie mogłam zasnąć, czuwałam z zamkniętymi powiekami. Potem co 2 godziny dostawałam tabletki przeciwbólowe. Łykałam nawet nie pytając co to. Nie mogłam się ułożyć, bolało, rwało, mdliło…

Potem zaczęłam wymiotować. Nawet nie wiem czym, w końcu dobę już miałam pusty żołądek. Straszne to było.. jakiś szary płyn się ze mnie wydobywał. Rzygałam i opadałam bez sił i tak w kółko… do rana.

Pani Wandzia cały czas się mną opiekowała, nawet nazwała mnie Gwiazdeczką :) Normalnie jak prawdziwa babcia :)

Dzień wcześniej to ja przynosiłam jej wodę, gazety i pomagałam co mogłam. Tym razem było odwrotnie. Ale czułam się tak paskudnie że nawet nie protestowałam, próbowałam się tylko do niej uśmiechnąć.

Wieczorem telefon mój się rozdzwonił, ale nie byłam w stanie podnieść się i odebrać. O nie! Dopiero później oddzwoniłam do ojca. I tutaj mnie zaskoczył!!! Ale tak na prawdę. Powiedział że wziął dzień wolny aby odebrać mnie ze szpitala i zebym dzwoniła kiedy trzeba to od razu przyjedzie… Tego się nie spodziewałam. Liczyłam na mamę i taksówkę a tu proszę :)

Potem około 19 dostałam kolację… popatrzyłam na nią krzywym wzrokiem ale nic nie tknęłam, nie byłam w stanie. I to była bardzo decyzja bo jeszcze się męczyłam w nocy całując kibelek…

Niestety tej nocy również nie przespałam. Wymęczyłam się jak diabli. Rano ledwo żywa podniosłam oczy a tu obchód lekarski… Wyglądałam jak śmierć. Był mój radiolog, patrzył na mnie ciepło i współczująca, uśmiechając się z do mnie z tyłu i jedna z pielęgniarek która przyjęła mnie na oddział:) Reszta działała maszynowo. Biegłam jeszcze za lekarzem z dokumentami żeby wypisał mi zwolnienie. Lekarz, który mnie operował poświęcił mi 20 sekund… litości…

Kiedy się wypisywałam ze szpitala, żegnając się z Pania Wandzią, poryczałam się jak głupia, wyściskałam ją i wycałowałam na pożegnanie. Wymieniłyśmy się numerami telefonów. Będzie niedługo w Warszawie na kolejne chemioterapii i na pewno przyjadę ja nie raz odwiedzić :) Już nie mogę się doczekać :)

To dzięki Pani Wandzi zrozumiałam jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Znajomi pytają mnie teraz, dlaczego nic nie powiedziałam, nie dzwoniłam, dlaczego sama zamknęłam się z tym problem, przechodziłam przez wszystko sama. Na początku mówiłam, że tak mi było łatwiej przetrwać ten czas. Ale to nie prawda. Nie byłam sama. Był Szczypiorek :) Pojawił się w momencie kiedy temat nowotwór zaczął mnie przerastać. Pojawił się i tak po prostu wszedł z butami w moje życie. Nie pozwolił mi się zadręczać. Pokazał mi mnóstwo fajnych miejsc, przespacerował ze mną wiele kilometrów gadając o niesamowitych rzeczach, tak po prostu. Był moją terapią. Zniknął chwilę przed operacją, I mimo że nic nie wiedział, był moim lekiem na to wszystko. Tak jakby anioł stróż zesłał go i postawił w tym czasie i w tym miejscu na mojej drodze :) I nawet jeśli byłam nim zauroczona, wspaniale wspominam ten czas. Jest super chłopakiem i mam nadzieję że znajdzie swoją wymarzoną dziewczynę i będzie szczęśliwy :) Zrobił dla mnie więcej niż jestem w stanie wyrazić. Nawet nie potrafię tego opisać. Szczypiorku, gdziekolwiek teraz jesteś, bardzo Ci dziękuję i życzę Ci duuużo szczęścia i miłości w życiu i spełnienia tego najważniejszego marzenia :)

Wracając do tematu. Potem odebrałam papiery i zadzwoniłam po tatę. Przyjechał w 15 minut…

W tym czasie spotkałam jeszcze małżeństwo które od początku mi towarzyszyło w onkologii z tym samym przypadkiem co ja. Wymieniłam się z nimi adresem e-mail na w razie czego, żeby dzielić się obserwacjami przebiegu operacji i choroby :) Super ludzie.

No i zostałam przywieziona do domu… czułam się… dziwnie… jakbym była kimś innym, w miejscu mi obcym w obcej skórze… wszystko wydawało się dziwne. Ale to był jeden z tych piękniejszych dni w moim życiu, poznałam cudownych ludzi z którymi ciężko mi było się pożegnać, nagle rodzice, chyba pierwszy raz byli przy mnie. Ojciec się ucieszył, matka też, a mój kocurek… o matko taki taniec radości odtańczyła, merdała ogonem jak pies i wskoczyła na mnie piszcząc niesamowicie :) Takiego powitanie się nie spodziewałam :)

Od teraz miałam stawić czoła nowej mnie :)

Szpital

Dzień przed pójściem do szpitala, to była niedziela, 11 sierpnia… To był jeden z tych gorszych dni w moim życiu. Dzień w którym strach wygrał z moim opanowaniem. Nie mogłam spać już kolejną dobę, nie mogłam patrzeć na jedzenie, nie chciało mi się nawet wstać z łóżka. Przerażona zakopałam się pod kołdrą, wyobrażając sobie, że pstryknę w palce i znajdę się gdzie indziej, w zdrowym ciele z nową nadzieją na lepsze jutro…

To niestety było niemożliwe. Puściły mi wszystkie zawory, przeryczałam cały dzień jak głupia, nie mogąc tego opanować…

Następnego dnia moment pojechania do szpitala odkładałam ile mogłam… wiedziałam że przed tym nie ucieknę, a jednak nie potrafiłam inaczej, nogi ciężki jak z ołowiu utrudniały mi zrobienie choć jednego kroku… umysł odrętwiał, w środku pojawiła się cholerna pustka, po prostu pustka…

Po dwóch godzinach zebrałam się w końcu. Znalazłam tzw „ruch chorych” gdzie zarejestrowałam się do szpitala. Dochodziła 1o rano…

Rejestracja trwała 1,5 h, troche osób czekało do pokoju z torbami, walizkami i różnymi dokumentami. Niektóre twarze już rozpoznawałam :) Zaprowadzono mnie następnie na Oddział, wręczono plik dokumentów i kazano czekać. NA Oddziale wszyscy biegali jak kot z pęcherzem, Jedni chcieli się wypisać inni wpisać i ulokować w pokoju. Po kolejnej godzinie poznałam numer pokoju, ale nadal był problem z łóżkiem, kazali czekać. Zostawiłam torbę z rzeczami i wyszłam z oddziału. Poszłam nacieszyć się słońce, usiadłam na schodach przed głównym wejściem i po prostu oddychałam… chłonęłam promienie słońca, powiewy wiatru, świat zewnętrzny…

Kolejne zapytanie o pokój niestety ponownie zakończyło się irytującym „proszę czekać”. Ehh, więc poszłam na stołówkę, dochodziła 13-sta a ja jeszcze nic nie jadłam. Nawet nie byłam głodna, ale posłuchałam się głosu rozsądku. Zamówiłam sobie pierogi ze szpinakiem i fetą. Nawet nie były złe.

O 15-stej znalazło się dla mnie łóżko :) Więc poszłam zapoznać się z moimi współlokatorkami :)

Przyznać muszę, że towarzystwo miałam niezłe :) Pierwsza Pani po lewej- Pani Apolonia. Prababcia :) Jak bum cyk cyk nie wyglądała. Moja babcia wygląda starzej. A ona doczekała się 4 prawnucząt… podziwiam. Kobieta już zrezygnowana, przerażona, narzekająca, która dostała szansę na dalsze leczenie i niestety wyrok – amputacja prawej nogi… :( Pomimo odmowy leczeni przez inne ośrodki tutaj lekarze podjęli wyzwanie, dostała chemię… Niestety zbyt słabe żyły mogą tego nie wytrzymać…

Druga Pani, Pani Grażynka, na pewno mama, przypuszczam że mniej więcej w wieku mojej mamy. Z Warszawy z Żoliboża. Kobieta zniszczona przez życie- tak wyglądała. Zapadła twarz, policzki, sine worki pod oczami. Pierwsza myśl- alkoholiczka. Co wcale nie musi być prawdą. Ale na pewno łatwo jej w życiu nie jest. Wyglądała na bardzo samotną. Podobnie jak ja miała guza, tyle tylko że na ręku nad nadgarstkiem. Tak jak ja czekała na operację.

No i moja ulubienica. Pani Wandzia :) Przyjechała tu kawał drogi PKSem. Jechała ponad 9 godzin. Kobieta która duzo w życiu przeszła i nigdy nikomu nie pokazała, że jest jej źle, nigdy przy nikim nie zapłakała, zawsze walczyła do końca tak jak i teraz aby żyć… Podobnie jak pierwsza Pani, dostała chemię i walczyła o nogę, tutaj decyzja o amputacji jeszcze nie zapadła, była szansa na jej ocalenie. Pani Wandzia szybko stała mi się bardzo bliska, dużo rozmawiałyśmy i poczułam jakbym odnalazła swoją życiową bratnią duszę, osobę bardzo ciepłą i bardzo silną psychicznie, która w końcu przy mnie się otworzyła, mało tego doprowadziła mnie do łez, ale o tym później :)

Radioterapia

5 sierpnia byłam ostatni dzień w pracy, przynajmniej fizycznie. Na kolejne dni wzięłam pracę w domu. Od 6 sierpnia zaczynałam naświetlania.

6 sierpnia 2013

Jak lekarz nakazał o 8 rano stawiłam się rano w Centrum Onkologii. Okazało się, że po raz kolejny pod symulatorem… Kolejna przymiarka tej paskudnej maski, którą przypinali mnie do łóżka do naświetlań… uciskała całą twarz, nie mogłam przełykać nawet śliny, ciężko było oddychać i nawet o milimetr nie mogłam się ruszyć… Chwila zdenerwowania, szybszy oddech i zaczęłabym się dusić, a od takiego stanu do paniki już niewiele brakuje.

I jak się okazało, maska za bardzo uciskała mi przełyk, po 2 godzinach czekania i pierwszej symulacji zostałam odesłana razem z tą okropną maską do pracowni, celem jej lekkiego poszerzenia. Wróciłam po jakimś czasie i znowu czekałam na swoją kolej. Kolejna symulacja i kolejna…

Już w dupie miałam, że za każdym razem rozbierałam się od pasa w górę przez kolejnymi nieznanymi mi osobami… maska zakrywała mi do połowy piersi, stąd taki wymóg…

Po symulacji lekarz kazał nam czekać na tym razem prawdziwe już naświetlanie. Nam czyli mi i jeszcze kilku innym osobom, które tego dnia rozpoczynały radioterapię. Samo naświetlanie miała jeszcze poprzedzać konsultacja chirurgiczna i pomiar wielkości guza aby określić zakres operacji. Jednak do pomiaru nie doszło. Oczekiwanie na naświetlanie wydłużało się o kolejne godziny. Potem zostaliśmy przeniesienie pod inną salę z innym urządzeniem do naświetlań bo docelowy aparat uległ awarii. Po 3 godzinach wróciliśmy z powrotem, bo został naprawiony…

Byłam wykończona.

Po 15-stej wyszłam w końcu po naświetlaniu, które trwało kilka minut, a czas oczekiwania wynosił 6 godzin jak nie więcej. Konsultacja chirurgiczna została przełożona na kolejny dzień.

7 sierpnia 2013

Wstałam rano i na godzinę 9:30 pojechałam do onkologii na konsultację. Na 13-stą miałam naświetlanie. Zgodnie z wytycznymi lekarza miałam stawić się na pierwszym piętrze na konkretnym oddziale. Pierwsze wyzwanie- znaleźć właściwe schody. Drugie wyzwanie- co dalej…?

Za drzwiami była poczekalnia… mnóstwo ludzi chorych, łysych, z kroplówkami, czekającymi na przyjęcia na oddział, na wypis, na chemię… ciężkie obrazy. Po 11 przyszedł lekarz. Zgarnął wszystkie osoby czekające na konsultację. W końcu weszłam. Zostałam komisyjnie obejrzana przez kilka osób, nawet nie wiem kto był kim. Usłyszałam tylko, że przyjęcie na oddział 12 sierpnia, operacja 13 i wypis 14 sierpnia. Operacja nie będzie długa. Następny…

Do naświetlań miałam godzinę, poszłam zapytać, czy przyjmą mnie wcześniej, żebym nie musiała znowu jechać. A i owszem, przyjęli by mnie, ale karta moja pozostała u lekarza od którego wróciłam, a nie wiadomo kiedy wróci, wiec i tak muszę czekać.

Wróciłam do domu… Przyjechałam przed 14-stą. Czekałam na naświetlanie do 15:30… naświetlali mnie ponad 20 minut…

Ledwo wytrzymałam. Raz, że trafiła mi się fala największych upałów, w samej klinice było sporo ponad 30 stopni, a o klimie w takim miejscu można zapomnieć. Druga sprawa to to, ze ledwo wytrzymałam przykuta do łóżka w masce tyle czasu, dodatkowo tym razem naświetlanie piekło, szczypało, swędziało, bolało… zaciskałam mocno pięści i nie wiedziałam ile jeszcze wytrzymam. Wróciłam do domu wykończona, padłam…Jedyne co mi się udało, to przełożyć naświetlania z 13-stej na 17-tą kiedy jest mniej ludzi i dużo chłodniej.

W nocy nadrabiałam zaległości i pracowałam…

 

8 sierpnia 2013

Po nieprzespanej nocy pojechałam na 7 rano do onkologii aby zrobić przykazaną mi dzień wcześniej morfologię… Tym razem pierwszy raz coś szybko załatwiłam. Chwilę po 8 rano już byłam w domu i zabrałam się za pracę. Na 17-stą pojechałam na naświetlania. Też poszło szybko, aż nie mogłam uwierzyć, bez kolejek, bez czekania… takie sytuacje ostatnio mi się nie przytrafiały. To był dobry i pracowity dzień pomimo zmęczenia. Jedyne co mnie tylko zastanowiło to pytanie- czy robiła p\Pani morfologię i jeśli tak to czy odebrała Pani swoje wyniki? Hmm, a czy ktoś mi powiedział, że w ogóle mam je odebrać i kiedy i gdzie? Jak do tej pory miałam zakaz odbierania jakichkolwiek wyników ponieważ trafiały od razu do mojej karty pacjenta… Generalnie stwierdziłam, że sami znajdą co potrzeba, ja swoje zrobiłam, nie mogę się ciągle o coś martwić, bo zwariuję.

 

9 sierpnia 2013

Kolejna nieprzespana noc… nie pamiętam już od jak dawna nie śpię. Mylą mi się dni, pamiętam tylko o której godzinie co mam załatwić następnego dnia. Nocami wariuję, nie wiem co mam ze sobą zrobić, czym zająć myśli, jak zasnąć, jak odpocząć. A kiedy przychodzi ranek, jestem jak warzywo, głowa mi pęka, nie mam pojęcia co się ze mną dzieje. I te okropne upały…

Tego dnia miałam tylko naświetlania. Czułam się coraz gorzej, już sama nie wiem czy to przez naświetlania, brak snu, nerwy i zmęczenie a najpewniej przez wszystko razem.

Tego dnia również nie widziałam się z lekarzem. Dzień przyjęcia mnie na oddział zbliżał się wielkimi krokami a ja nadal nic nie wiedziałam. Kolejny dzień ciężkich widoków i historii rozrywających serce…

Naświetlanie na szczęście nie trwało długo. Po 5 minutach zostałam uwolniona z tego średniowiecznego narzędzia tortur. Tym razem jednak wracałam do domu, powłócząc nogami na przystanek autobusowy. Cały czas dojeżdżałam autobusem ale pierwszy raz czułam taki silny spadek formy. Pokonanie każdego odcinka 100 metrów stawał się na prawdę ogromnym wyzwaniem. Szczęśliwa za każdym razem przekraczałam próg domu i padałam. Jutro sobota, rano ostatnie naświetlanie. Obym tylko dowiedziała się co dalej, gdzie mam się zgłosić w poniedziałek itd.

10 sierpnia 2013

O 8 rano zgodnie z rozkładem stawiłam się na naświetlaniach. Było kilka osób ale same nieznajome twarze. Nie tak miało być. Myślałam, że spotkam lekarza, osoby które razem ze mną zaczynały naświetlania. Po ostatnim naświetlaniu dziewczyny życzyły mi powodzenia i szybkiego powrotu do zdrowia. A co dalej zapytałam…

Okazało się, że zmiana godziny naświetlań z 13-stej na 17-tą spowodowała, że lekarz szukał mnie od kilku dni ale nie znalazł. Tylko że nikt mnie nie poinformował, że zmiana godziny naświetlań może spowodować, że będę się mijać z lekarzem i nikt lekarza o mojej zmianie nie poinformował. Mało tego, wyniki badań morfologicznych, które robiłam w środę, nadal się nie znalazły i jakoś z tego powodu byłam przez wszystkich wokoło rozpoznawana. Słyszałam – a to Pani, od tej morfologii…

Zapytałam, co dalej, lekarz się ze mną nie skontaktował, nic nie wiem poza tym, ze w poniedziałek na oddział mam się przyjąć… Dziewczyny chciały pomóc, podzwoniły, powiedziały, że Pan Dr dba o swoich pacjentów bardzo. Ok, nie przeczę, ale dlaczego ja ciągle nic nie wiem i ciągle coś ginie… jak nie karta to wyniki badań, to lekarz itd.

Nic więcej się nie dowiedziałam. Przyjęłam do wiadomości, że w poniedziałek muszę się stawić na Oddział do szpitala i tyle. Co będzie to będzie. Niestety pomimo postanowienia nie denerwowania się i nabrania sił przed operacją zafundowały mi kolejne dwie bezsenne noce. Jak spałam godzinę to może maks. Byłam wycieńczona psychicznie i fizycznie…

A impreza dopiero co miała się zacząć…

 

Coraz bliżej :)

28.07.2013

6 sierpnia zaczynam naświetlania… tydzień później operacja. Z jednej  strony żal utraconych wakacji i zmęczenie, z drugiej niedoczekanie, żeby już było po…

W pogoni za… szczęściem…?

22.07.2013

Ostatnio nie pisałam, musiałam wyciszyć ogromny chaos który zapanował w mojej głowie. Tysiące bezsensownych myśli bez ładu i składu, co  z własnej głupoty zafiksowałam się na Szczypiorka. Tak strasznie chciałam wiedzieć że jest ktoś, że  w końcu znalazłam ramię na którym mogę się podeprzeć i wypłakać.

Ale to było tylko w mojej wyobraźni.

On ograniczył spotkania, a ja potrzebowałam ich coraz bardziej. Brak Szczypiorka na co dzień był jak brak tlenu…

Spanikowałam, straciłam grunt pod nogami i cierpiałam.

Może to i głupie, bo zamiast przejmować się operacją, moją głowę zaprzątała bezsensowna gonitwa głupich myśli. A może i nie… Może właśnie w ogóle nie powinnam przejmować się operacją tylko dalej budować swoją duchową podstawę i dalej robić swoje z uśmiechem na twarzy…

W ostatni piątek miałam dzień wolny. Myślałam, że zacznę już radioterapię. Nic bardziej mylnego…

Rano przyleciałam do Onkologii, nie chcąc tracić ani minuty czasu. I standardowo wylądowałam na jednym z krzesełek przed gabinetem, kompletnie nie wiedząc co dalej. Coś tam podsłuchałam jednym uchem, coś drugim. W końcu pojawił się lekarz, wyczytał kilka nazwisk i ruszył przed siebie…

Poderwałam się z krzesła i krzyknęłam „A ja????”

Nazwisko????- zapytał lekarz.

Otworzył swój kajecik i zaczął szukać. Znalazł. Odpowiedział tylko „Za mną” i ruszył w te pędy korytarzami…

Nawet nie wiedziałam dokąd idziemy. Starałam się nie oderwać od grupy i nie zgubić. Wylądowaliśmy przed gabinetem przygotowywania masek do naświetlań. Nawet nie miałam pojęcia, że coś takiego będzie mi robione. Człowiek, póki nie zderzy się z taką rzeczywistością, nie ma o niczym pojęcia, kompletnie nie wie co go czeka.

Doczekałam się swojej tury. Kazali rozebrać się do pasa w górę i położyć się na stole. Nagle na mojej twarzy, ramionach i klatce piersiowej wylądowała gorąca lepka masa w kratkę… Miała tylko wycięte otwory na oczy nos i usta, żeby się nie udusić. Masa szybko zastygała, mocno przywierając do ciała, przy odrobinie stresu i przyspieszonego oddechu człowiek mógłby się udusić. Ostatecznie na końcach maski mocowane były zaczepy, którymi człowiek był przypinamy do stołu, żeby nawet na milimetr się nie ruszyć… Przerażające… Zamknęłam oczy i starałam się spowolnić oddech, uspokoić… Udało się.

Potem jedna z Pań zabierała Ciebie i maskę i goniła kolejnymi korytarzami, tym razem do symulatora naświetlań, gdzie kilkakrotnie ubierali człowieka w ten pancerz i kazali się kłaść, za każdym razem tak samo, żeby przypadkiem żadne inne miejsce nie było naświetlane niż guz… A w moim przypadku jeszcze dodatkowe ryzyko że guz całkiem blisko serca…

Minęła kolejna godzina, jakoś to przetrwałam. Potem kolejna wyprawa kolejnym korytarzem do następnego gabinetu. Zobili mi tomografię.

Po czym po prostu wypuścili, powiedzieli, „Dziękujemy, to wszystko”.

Zaraz, chwila, jakie wszystko, a co dalej, kiedy naświetlania, kiedy operacja, kiedy w końcu będę miała to wszystko za sobą????

Odpowiedź.. „Proszę łapać lekarza na korytarzu, co jakiś czas się tu kręci”

No jakieś żarty chyba! Wtedy już na prawdę się wkurzyłam. Wróciłam w stronę symulatora i złapałam jedną z Pań, które tam ze mną wcześniej były. Dostałam karteczkę z nazwiskiem lekarza, numerem tel i godzinami w jakich mam dzwonić i pytać co dalej.

No i tak próbuję się dodzwonić…. Albo zajęte albo nikt nie odbiera.

Na prawdę jestem już tym zmęczona. Czekaniem, brakiem informacji, brakiem perspektywy choć tygodnia urlopu i wyjechania gdzieś, odpoczęcia, oderwania od tego wszystkiego. Poza tym guz cały czas bardzo szybko rośnie. Coraz bardziej swędzi i pobolewa w miejscu, gdzie uciska. Szczęście w nieszczęściu, że guz wyrósł na mięśniu a nie na kości, bo tak, to część kości by mi usuwali- a to raczej już powoduje jakaś niepełnosprawność. A tak wytną kawałek mięśnia. Powolna i systematyczna praca powinna zregenerować to miejsce po operacji.

Strasznie bym chciała mieć już tą operację za sobą… albo chociaż wiedzieć, że już niedługo będzie jej termin…

Większy kaliber… walkę czas zacząć

11.07.2013

Nerwy stres od rana, uczucie żeby nie jechać, że może jednak wcale nie chcę znać wyników badań. Całą noc towarzyszył mi płytki sen. Rano zignorowałam wszystkie budziki, chciałam żeby to był tylko sen…

W końcu się zmobilizowałam. Do Onkologii dotarłam chwile po 8 rano. Ku mojemu zdziwieniu do gabinetu czekał już dziki tłum. Zajęłam miejsce w kolejce i czekałam. Nie miałam pojęcia, że lekarz przyjmuje dopiero od 9 rano. Zdenerwowałam się, że spóźnię się do pracy i to dużo bardziej niż planowałam. Przez pierwszą godzinę zjadał mnie masakryczny stres, potem już chyba bardziej ze zmęczenia odpuściłam. Porozsyłałam sms-y, że się spóźnię.

W końcu po 10-tej weszłam do gabinetu. Pani doktor stwierdziła brak mojej karty pacjenta, która podobno utknęła na oddziale patologii… zerknęła na moje wyniki badań w systemie, potem na mnie, po czym oświadczyła że ta konsultacja niestety nie będzie dla mnie dobra…

Po raz kolejny te wszystkie przeczucia w mojej głowie nie były obsesją  chorymi urojeniami tylko intuicją. Wynik- nowotwór, guz złośliwy. Przypadek jeszcze bardziej rzadki niż ten zdiagnozowany poprzednio. Mało tego, te guzy nie pojawiają się nad piersią, jeśli już to albo w jelitach i przewodzie pokarmowym, podbrzuszu, albo na kończynach górnych. Kolejny raz jestem indywidualnym przypadkiem.

I tak oto moja poranna wizyta przerodziła się w całodniową mękę… tym razem wysłałam info do pracy że dziś już nie dotrę…

Najpierw Pani doktor zadzwoniła na Oddział Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków czy mógłby mnie dzisiaj obejrzeć. Chirurg wyraził zgodę wiec moja karta pacjenta została wyrwana z patologii i przekazana na Oddział nowotworów. W sumie fajnie bo nie czekałam za długo.

A więc jednak operacja… Tyle że tym razem wszystko wygląda inaczej. Od razu dostałam kartę do anestezjologa, skierowanie na prześwietlenie płuc, czy przypadkiem nie mam przerzutów, skierowania na badania przedoperacyjne oraz konieczność konsultacji w celu ustaleniu terminu radioterapii przed operacją. Radioterapia w celu paliatywnym, więc powinnam zamknąć się z naświetlaniami w jednym tygodniu do max 3. Po wszystkich informacjach pobiegłam do anestezjologa. 4 osoby przede mną – 3 godziny czekania!!! Dochodziła 4 a ja siedziałam tam, kompletnie bez sił, na czczo, bez śniadania, bez wody… bez świadomości jakiejkolwiek konieczności, potrzeby picia czy jedzenia… Już zapomniałam że tak można, że stres tak może działa na człowieka. Chyba podłamałam się bardziej niż nadal mam tego świadomość.

W końcu dostałam się do anestezjologa, potem pobiegłam na prześwietlenie płuc. Po wszystkim zrobiłam sobie zdroworozsądkową przerwę, kupiłam kanapkę i coś do picia. Kiedy ją zjadłam ,wtedy dopiero poczułam się fatalnie. Poszłam pod następny gabinet… usiadłam zrezygnowana w koncie patrząc na te wszystkie osoby czekające, zmęczone, zdenerwowane… a ja po prostu nie miałam kompletnie sił. Usiadłam gotowa czekać aż wszyscy pacjenci wyjdą o ile w ogóle ja jestem na liście…. Weszłam przed 16-stą. Dostałam kolejne wytyczne, za tydzień zaczynam naświetlenia…

Tak dalej się boję i dalej jestem przerażona i kompletnie bez sił i tak dobija mnie alej fakt, że tkwię w tym wszystkim sama jak palec. Nawet mimo tego, że moja ostatnia randka chce się powtórzyć w przyszłym tygodniu to jakoś dziś mnie to nie cieszy, Czuję że wszystko zaczyna mi się wymykać spod kontroli. Nie dość, że wczoraj pękł mi ząb i mam teraz kieł jakich mało, to jeszcze dziś po powrocie z Onkologii padłam i nie dotarłam na angielski. Zaczyna się kumulować tyle rzeczy i spraw do załatwienia a ja nie mam na to siły :(

Mam tylko nadzieję, że to przetrwam… dodajcie mi sił…