życie

Poszukiwania

4 grudnia 2016

Każde poszukiwania w końcu kiedyś przyniosą oczekiwany efekt :) Ważne jest aby wiedzieć, czego się szuka. A ja ostatnio szukam bardzo dużo. Uparłam się, że odstawię wszystkie leki. I jestem już coraz bliżej. Z kręgosłupem bywa różnie, ale mogę już normalnie chodzić. Nastawianie pomaga, ale na krótko, wszystko ponownie wypada po bardzo krótkim czasie i zabawa zaczyna się od początku. Kiedy zaczynam ćwiczyć, aby zbudować mięśnie wokół kręgosłupa, wszystko wypada od razu. Ostatnio zastanawiałam się, co jeszcze mogło by pomóc… Pociąć sie nie dam, leków nie chcę brać. Więc co…? I kiedy zadawałam sobie to pytanie, dostałam maila. Z zaproszeniem na spotkanie dotyczące nowej innowacyjnej metody walki z bólem, wykorzystujące nową technikę amerykańską połączoną ze starą chińską medycyną… Dwa razy nie trzeba mi było powtarzać… Sprawdzić nie zaszkodzi. I tak chyba zaczęła się moja kolejna droga odkrywająca nowe szanse. Obecnie nie zapeszam. Jestem po jednym małym eksperymencie przeprowadzonym na własnym ciele i mimo sceptycyzmu musze przyznać, że efekt jest. Jeśli tak, to warto zdobyć szerszą wiedzę w tym temacie. Do końca roku sprawa powinna się troszkę rozjaśnić :)

Szukałam też odpowiedzi na pytanie czego tak na prawdę chcę w życiu. Ostatnio żyje głównie pracą i nerwami. Stres nie pozwala mi spać, ciągle chodze wykończona i nie słyszę rano żadnego budzika. Jestem już zmęczona faktem że jako jedyna w firmie ciągnę projekt bo pozostałe osoby dedykowane do tego zadania nie są w stanie wykonać najprostszych analiz nie mówiąc o obliczeniach. Kiedy zgodziłam się na tą ofertę, kompletnie nie wierzyłam we własne siły. Bariera językowa, bariera dot. wiedzy merytorycznej, ponownie korpo…. A teraz się okazuje że wszystko jest na mojej głowie i gdybym teraz rzuciła to wszystko w diabły to cały projekt by upadł. Z jednej strony wewnętrzna duma z drugiej strony ogromne zmęczenie i frustracja.  Koszmar… Od wielu lat pomimo ciąglych szkoleń i dbania o własny rozwój wciąż zadawałam sobie pytanie, jaka praca dałaby mi satysfakcję, radość i dodatkowo pozwoliła zarobić dobre pieniądze. I wychodzi na to, że moja kochana połówka pomogła mi znaleźć odpowiedź na to pytanie. Ale zanim zacznę coś działać w tym kierunku, muszę uporządkować inne sprawy finansowe i prywatne.

I tu kolejna kwestia w tematyce podejmowania decyzji i szukania odpowiedzi na pytanie czego chcę w życiu. A więc decyzja zapadła… przeprowadzam się. Od jakiegoś czasu wspólnie z Miśkiem szukaliśmy mieszkania na wynajem. W kwestii poprzedniego mieszkania właściciel zdecydował się nie przedłużać umowy na kolejny rok z przyczyn rodzinnych. Wiec trzeba było coś znaleźć. A ceny mieszkań znowu poleciały w górę. Sam nie dał rady by dalej wynajmować, więc nie było się nad czym zastanawiać, powiedziałam, to wynajmijmy razem…. Skoro powiedziałam A, to musiałam powiedzieć i B. I takim oso sposobem podpisaliśmy wspólnie umowę najmu.

Nie mam pojęcia jak to będzie. I finansowo dla mnie będzie to nie lada wyzwanie no i kwestia jak to będzie jednak mieszkać ze sobą na stałe. Czy jednak damy radę. Mnóstwo pytań i wątpliwości. Mam nadzieję, że niczego nie spierdolę, bo w drugą stronę się nie martwię. Ze strony Miśka mam pełne wsparcie i zaufanie w każdym temacie. Nawet większe niż bym chciała…. Wspiera mnie we wszystkim co robię, dba o każdy szczegół, żeby mi to wszystko ułatwić. Mimo że wiem, że On też się boi.

Ostatni rok nie dość że minął bardzo szybko to przyniósł ze sobą niesamowicie dużo zmian, emocji, wrażeń i decyzji. Pomimo wielu złych i ciężkich chwil nie chciałabym cofnąć czasu. W końcu czuję, że coś się we mnie zaczęło zmieniać we właściwym kierunku. Ale rok jeszcze się nie skończył i jeszcze wiele w najbliższym czasie przede mną. Oby w tą dobrą stronę:)

 

Magia wypowiadanych życzeń na głos… :)

14 czerwca 2016

Nie mam pojęcia jak to się dzieje, ale od jakiegoś czasu spełniają się ważne dla mnie rzeczy, które wypowiadam na głos. Zarówno życzenia jak i odpowiedzi na pytania, które mnie przerastają.
Moje samopoczucie ostatnio ostro znów daje mi do wiwatu. Wróciły problemy z kręgosłupem i stawami. Czasami nawet wejście po schodach to prawdziwe utrapienie… Ostatnio nie wytrzymałam i kompletnie sie rozkleiłam z bezradności. Ileż można znosić ten ból…? Do tego powróciły migreny ze zdwojoną siłą i wiele innych starych dolegliwości. Przetrwanie każdego kolejnego dnia stało się wyzwaniem, które coraz bardziej mnie przerastało. Zaczęłam sobie zadawać pytanie, co zrobić, co mi pomoże, bo do kolejnego mordercy lekarza nie pójdę.
Ostatni weekend- ognicho z przyjaciółmi których już dawno nie widziałam, kilka dobrych miesięcy. Przyszło sporo nowych osób, których nie znałam. A wraz z nimi jedna wspaniała kobieta, która być może rozwiąże większość moich problemów zdrowotnych. Jestem przerażona, będzie bolało, ale jest szansa że zacznę normalnie prosperować. Na razie szczegółów nie zdradzę, jestem zbyt przerażona. Ale chce spróbować, chwycę się każdej szansy która mżę uwolnić mnie od tej katorgi. I wierze, że się uda :D Musi się udać :)

Dodatkowo na tym ognisku spełniło się jeszcze kilka życzeń, wręcz marzeń :) A dokładniej pojawiła się ogromna szansa ich realizacji. Ale nie chcę zapeszać, szczegóły wkrótce ;)

Siła podświadomości.

Czasami przychodzą takie dni, kiedy czuję, że spadam… z niebotyczną prędkością. Czuję dyskomfort ale nie widzę nigdzie dna, końca spadania. Wstaję rano, i mam ochotę zakopać się pod kołdrę, ale przewinąć fil do przodu, do momentu, kiedy poczuję się stabilnie.

Obecny rok zaczął się dla mnie ciężko. Dużo trudnych decyzji, frustracji, ogólnie jedna wielka dołówka w otoczeniu. Pomimo ogromnego zmęczenia głównie psychicznego, uparcie postanowiłam iść dalej. Kasy na życie coraz mniej, pracy brak… A nawet nie zaczęłam jej szukać. Bo na poprzednie stanowisko ani myślę wracać. Zaczęłam szukać kursów, które pozwolą mi się przekwalifikować. I jakimś cudem z cen 3500 zeszłam do 500 pln. W czym haczyk? Szkolenia są on-line więc większość materiału przerabiam sama. Ale egzamin końcowy muszę zdać. Więc walczę… prawie codziennie. Czasami zdarza się taki dzień, kiedy mój własny dół mnie przerasta i odpuszczam. Pozwalam sobie na bezczynność, gonitwę myśli, trwanie, przeczekanie.

Ale nie tylko na warsztaty rozwoju kariery ostatnio mnie naszło. Postanowiłam zadbać w końcu o przeszłość, a dokładniej o trzaśnięcie niektórymi drzwiami. Zaczął się dopiero luty a pierwszy raz od dawien dawna nie robiłam żadnych postanowień noworocznych tylko podjęłam działania na podstawie tego co mi w głowie grało. Staram się żyć chwilą, mieć oczy szeroko otwarte. Ponownie nieco zmieniło się moje otoczenie. Jedni ludzie odchodzą inni się pojawiają więc obserwuje uważnie. Znajoma przysłała mi maila o warsztatach jogi mózgu. Psychotronika… hmmm, pomyślałam czemu nie. Kurs normalnie dwudniowy tym razem zamieniony w 5h warsztat.  Poszłam.

Pierwsze zdziwienie- nie miałam problemu z medytacją, potrafiłam szybko wejść w stan alfa i się zrelaksować. Gonitwa myśli, która nawet nie pozwalała mi o medytacji pomyśleć, zniknęła nagle. A na pewno straciła bardzo na sile. Ciekawe warsztaty bardzo. Chwilę później kolejne 2-dniowe warsztaty z kochania siebie. Hmmm… pomyślałam drogo, a kasy brak, pracy na razie też… ale czułam że muszę iść. Było cholernie ciężko, dużo łez, dużo skrajnych emocji, walka z usuwaniem brudów w głowie, przełamywanie własnych barier. Ciągle się dziwię skąd ja ich tyle mam, kiedy postawiłam tyle murów. Kolejna praca z przeszłością, dzieciństwem, rodzicami, brakiem poczucia własnej wartości, asertywności… Mój organizm tak się buntował, że rano dostałam gorączki. Normalnie w jedną chwilę dopadło mnie osłabienie i przeziębienie. A mimo to wstałam w sobotę o 6 rano, przygotowałam się, zjadłam śniadanie i usiadłam za kółkiem co jeszcze jakiś czas temu było nie do pomyślenia. Nigdy nie dawałam sobie przyzwolenia na prowadzenia auta w takim stanie.

Poznałam wiele wspaniałych kobiet. Płakałam, krzyczałam i robiłam i mówiłam tyle niesamowitych rzeczy, o które nigdy bym się nie posądziła. Po 2 dniach byłam skrajnie wykończona, ale w środku pełna energii. Obserwuję siebie od tamtego czasu i widzę, że jestem silniejsza. Z ciekawością obserwuję dalej co się będzie działo.

Dodatkowo, dzięki trafieniu na dość ciekawą ankietę w internecie również dzięki innej osobie (wszystko po coś się dzieję) w końcu zrobiłam badania, które coś wykazały. Przerażały mnie już moje coraz poważniejsze problemy z koncentracją, roztargnieniem, ciągłym zapominaniem dosłownie o wszystkim, gdzie położyłam telefon, a gdzie klucze, a gdzie portfel… po co wyszłam z domu, jakim cudem zaniosłam cukier do łazienki, po co dzwonie do koleżanki, jaki dziś jest dzień, co miałam kupić – po wejściu do sklepu. Miliony takich sytuacji dziennie. Natężenie takich sytuacji potęgowało tylko mój stres i frustracje. Przestawałam panować nad emocjami… z kim o tym nie rozmawiałam, pukał się w czoło. Słyszałam tylko „nie przesadzaj” albo „ja też tak mam, to norma”. Więc przestałam o tym mówić, w końcu każdy zawsze ma większy problem. Zaczęłam szukać… I tak trafiłam do prywatnego gabinetu neurologicznego, gdzie wykryto u mnie tężyczkę… Wyjaśniły się kurcze mięśni, paraliże, drętwienia, złe samopoczucie, ciągłe zmęczenie a co za tym idzie problemy z koncentracja i pamięcią. Coś w końcu się ruszyło… Tyle że leczenie znowu mnie trzepnęło po kieszeni. A mimo to jestem spokojna. Czuję się jakbym realizowała całkiem dobry i mądry plan. Ryzykowny, a i owszem, ale jednak prowadzący do celu, który mnie usatysfakcjonuje :)

Teraz na spokojnie analizuje wszystko, starając się wyciągać wnioski ze stanowiska obserwatora… Wszystko się zmienia…

10400140_1309609182388771_6562273495353560848_nSukienki były moim kompletnym wrogiem, a tymczasem jeszcze nie tak dawno wyciągnęłam z szafy najbardziej kobiecą kieckę, którą założyłam na siebie, wsiadłam w pociąg i pojechałam na drugi koniec Polski do faceta, którego prawie nie znałam. Nie chciałam nawet go poznać, chciałam uciec… A im bardziej chciałam uciec, tym bardziej mnie coś tam ciągnęło. Nie cierpię wody, a będąc z Nim na Mazurach naszych pięknych, wlazłam ze skręconą kostką do jeziora… I na basen poszłam… I za kółko usiadłam w środku nocy i pojechałam w nieznane jeszcze żeby odebrać Go z dworca. I ból skręconej kostki znosiłam… I w ogóle ostatnio robię rzeczy, który były dla mnie nie do pomyślenia, trudne, graniczące z cudem. Ktoś powie miłość… Niestety, nie czuję motyli w brzuchu, nie jestem zakochana. Ostatnio nawet zadaje sobie pytanie czy jestem zdolna do miłości. Do współczucia, empatii tak. Ale do miłości… nie wiem.

A On… Tak, On kocha jak wariat, jak nie powinien, szalenie, mocno i bezgranicznie. Ne ważne, że krzyczę, awanturuję się, ubliżam, wylewam wiadra pomyj na głowę, oceniam, komentuję…. On jest… Czeka aż i przejdzie, smutny, przerażony, zagubiony, ale czeka. A jak skończę już krzyczeć i warczeć, to mówi że kocha… A ja wciąż nie wierzę, że taka miłość może istnieć… A ja szaleję… Dlaczego? Bo sprawia że od początku naszej znajomości nagle staję do walki ze swoimi wszystkimi demonami…. Jest ich dużo, za dużo. Są silne. Zawsze myślałam, ze muszę mieć kontrolę nad wszystkim co robię, co się dzieje w moim życiu. Teraz twierdzę, że to budziły się zawsze te demony w mojej głowie i za każdym razem, kiedy czuły, że tracą siłę, przejmowały nade mną kontrolę. I wtedy stawałam się agresywną, wredną suką, albo przerażoną, skuloną malutką istotą. Odkąd mam tego świadomość pierwszy raz w życiu czuję, że dopiero teraz przejmuję kontrolę nad własnym życiem. Oczywiście, nie na wszystko mam wpływ, ale na wiele rzeczy mam. Ode mnie zależy czy podejmę działanie, oszacuję ryzyko, świadomie wykonam jakiś krok czy zdam się na los, na innych. Ale nie chce być już zależna. Chcę zmian, kolejnych. To dopiero początek drogi.

Odkąd nie pracuję, wstaję jeszcze wcześniej niż pracowałam. Ale wiedząc, że czeka mnie dzień 14h warsztatów, wstaję pełna motywacji, nie zakopuję się pod kołdrą, idę bez bata nad głową i bez frustracji. Pomału zaczynam spać. Czasem parę godzin, ale jak nie mam następnego dnia rano zajęć, to pozwalam sobie na głęboki sen bez budzika, nawet 9h. Regeneruję się. Chaos w głowie znika. Myśli dalej biegają po głowie, ale już bez ucisku, przytłoczenia. Gdyby ktoś mi powiedział jakiś czas temu, że w tak krótkim czasie tyle rzeczy w moim życiu się zmieni, nie uwierzyłabym. Dziś jestem z tego powodu szczęśliwa pomimo przeciwności losu.

 

Krzyk…

Jak już wspominałam, w zeszłym roku straciłam obie babcie. Z odejściem jednej z nich nadal nie mogę się pogodzić. I nie wiem czy kiedykolwiek daruje sobie ostatnie lata, kiedy mnie przy niej nie było. Kiedy złapała mnie w swoje urodziny za rękę i oczami błagała żebym nie wychodziła… A ja mimo tych wszystkich przeczuć i pękającego serca wyszłam z mamą… Dlaczego? Nie potrafię nadal odpowiedzieć sobie na to pytanie ani wybaczyć…

Potem po długiej walce z rakiem zmarł tata mojej przyjaciółki… I to jeszcze w okresie świątecznym działy się najgorsze rzeczy. Z mała grupką znajomych pojechaliśmy na pogrzeb w Święta. To chyba najgorszy okres dla rodziny…. Kilka dni później telefon od kumpla, że przeprasza że go nie będzie na spotkaniu bo… właśnie zmarł mu dziadek…

W moim życiu była jeszcze jedna ważna osoba. Poznałyśmy się w szpitalu onkologicznym. Obie czekałyśmy na operację. Gadałyśmy całe noce. Dużo mnie nauczyła z rękodzieła. Dużo mi tłumaczyła. Była dla nie jak taka prawdziwa babcia…  Ale ostatnio nasze kontakty stały się sporadyczne. Dzwoniła do mnie we wrześniu kiedy próbowałam ogarnąć się jakoś z decyzją odejścia z pracy, czekałam już tylko na koniec okresu wypowiedzenia. Zadzwoniła wtedy do mnie. To był dziwny telefon. Mówiła, że martwi się o mnie, po czym powiedziała że nie chce przeszkadzać i się rozłączyła. Ta rozmowa brzmiała trochę jak pożegnanie, ale tego wtedy nie zauważyłam. Od listopada próbowałam się dodzwonić do niej, do córki… telefon był głuchy…. I znowu to cholerne uczucie w środku jakie miałam z babcią… Ale uparcie je wypierałam. Dalej próbowałam się dodzwonić, chciałam wysłać paczkę na święta… nawet pojechać. Ciągle tyle się działo, tyle złego, smutnego… Dziś nie wytrzymałam, zaczęłam szukać po nekrologach. I znalazłam… msze w intencji sprzed 7 dni… I znowu jestem na siebie wściekła…. Tego też sobie nie wybaczę…  Kolejna osoba którą kochałam ale przez własne głupie sprawy nie miałam czasu… nie pożegnałam się…. Nie dodzwoniłam… nie pojechałam… Rak zbiera potworne żniwo. Jakże jest niesprawiedliwy. Zabiera dobrych ludzi. Gdzie tu do cholery jest sprawiedliwość????? Czemu tyle męd chodzi po świecie i nic się im nie dzieje!!!! Co się do cholery porobiło z tym światem….

Od kilku miesięcy pęka mi serce. Tyle złych rzeczy miało miejsce. Nie tylko w moim życiu, ale w życiu znajomych również. Kilka osób wylądowało w szpitalu, tylu osób straciło kogoś bliskiego, wiele straciło prace, przeszło załamanie nerwowe. Nie pamiętam w swoim życiu takiego roku jak 2015… i niestety 2016 od samego początku nie wygląda lepiej… Czasem mam ochotę wyjść na ulice i zacząć krzyczeć… Nie potrafię się z tym pogodzić i nigdy więcej nie chcę się czuć tak jak ostatnio…. Sfrustrowana, zagubiona, zła, przerażona, pełna bólu…. Niech to się skończy… Niech w końcu szala się odwróci a ludzie zaczną odnajdywać równowagę…. Tak nie można żyć… Cierpieć samemu i jednocześnie nie móc ulżyć najbliższym w cierpieniu….

Rok 2015_ magia i szaleństwo

W tym roku tak wiele rzeczy niesamowicie trudnych wydarzyło się w moim życiu, że nawet ciężko było znaleźć czas na pisanie, a szkoda, bo te wszystkie emocje towarzyszące poszczególnym wydarzeniom… bezcenne były.
Dlaczego dziś postanowiłam napisać? Bo chcę się podzielić w końcu moimi odczuciami i myślami.

Rok 2015… magiczny…

Rozpoczął się od zmiany otoczenia, wizerunku, imprezowania, klubów, flirtów i poznania ludzi którzy dziś są moimi przyjaciółmi. Są nieobliczalni i niesamowici i kocham ich właśnie za to jacy są :D Kilka szalonych wyjazdów ale i wspaniała codzienność, poranne „siema czarownico, co słuchać, miłego dnia :P”.  Zawsze pamiętają, zawsze są.

W międzyczasie również straciłam moją ukochaną babcię. Jeszcze w maju byłam na jej urodzinach. Serce mi się ściskało okropnie jak patrzyłam na tą buzię o szarej cerze, smutne oczy, brak energii i chęci życia. Spojrzenie wołające o pomoc. Rozpacz mnie ogarniała. Od dawna nie dawałam rady jej odwiedzać…. Było to silniejsze ode mnie. Imprezowe życie, alkohol, ciągły pęd pozwalały mi o tym nie myśleć. Żegnając się z babcia w dniu jej urodzin, złapała mnie mocno za rękę… nie chciała mnie puścić… to spojrzenie… błagające… było straszne. Ułamki sekund a serce mi się rozdzierało. Przytuliłam ją mocno po czym wyszłam z mamą, zostawiając ją z jej byłą synową. Kilka dni później w pracy dzwonił mój telefon. Nieznany numer. Bałam sie odebrać…. nie byłam w stanie, sparaliżowało mnie. Potem odezwała sie mama, ze babcia jest w szpitalu i zabrało ją pogotowie. Pędziłam po pracy do domu, żeby pojechać z mama do szpitala. Wysiadałam juz u siebie z windy i zadzwonił telefon. Odebrałam szybko. Dzwonili ze szpitala… babcia zmarła… osunęłam się po ścianie na klatce i łzy leciały mi jak grochy. Nie pamiętam co mówił do mnie lekarz, mimo ze bardzo starałam sie wtedy słuchać. Długo mówił… Kiedy się rozłączył jakoś udało mi się trafić kluczem do zamka i wejść do domu. Podeszłam do mamy i nie wytrzymałam. Wpadłam w rozpacz i nie mogłam przestać łkać… Powiedziałam jej co się stało. Mama tego dnia była twardsza ode mnie. A to przecież chodziło o jej mame…. Nie wiem ile czasu mnie uspokajała. Zanosiłam się płaczem. Następnego dnia to mama się załamała, ja starałam sie jak najwięcej załatwić. Tak, nadal mam wyrzuty sumienia że mnie przy babci nie było. Ze w pewnym momencie się odsunęłam. To jak wtedy chciała mnie zatrzymać… Boli strasznie.  I nie wiem czy kiedykolwiek do końca będę potrafiła sobie  tym poradzić…

W międzyczasie pojawił się On. Wariat który oszalał na moim punkcie tylko dzięki rozmowom na internecie. Poznaliśmy się na grupie mając wspólnych znajomych. Oszalał, zakochał się i przyjechał do mnie ponad 500 km. I mimo ze ja nie chciałam żadnego związku, odpychałam go, raniłam i sama przeżywałam katusze, On wciąż był i twierdził że kocha. Co jakis czas wsiadał w pociąg i przyjeżdżał na kilka dni, bo chciał mnie zobaczyć… Efekt końcowy…? Jakis czas temu spakował się w torbę podróżną, wsiadł w pociąg i przeprowadził się o te 500 km do Warszawy, żeby byc tu przy mnie…. Z jedną torbą… Powiedział że wszystko czego potrzebuje ma tu… czyli mnie….Wynajął mieszkanie, znalazł pracę i został…. Nawet teraz kiedy to pisze, nie wierzę w to wszystko… Może jednak mam szansę na szczęście i miłość w życiu, tylko muszę sobie na to pozwolić…

We wrześniu rzuciłam prace :) Tak po prostu nie podpisałam aneksu. Miałam dość. Od dawna spóźniałam sie codziennie i to coraz bardziej. Udawałam ze pracuje i miałam coraz większą depresję. Korporacje jednak potrafią wykończyć ludzi. Tym bardziej, że mój zespół wyglądał podobnie jak ja, zmęczenie, depresja, zero motywacji do pracy, zagrywki psychologiczne i mobbing…W momencie podjęcia tej decyzji poczułam jak tony ciężaru spadają z moich barków. Oj bałam się jak cholera. No bo co dalej? Jak będę żyć…. Najciekawsze jest to że odkąd nie mam pracy, nie mam na nic czasu. Ucze sie nowych rzeczy do zmiany kwalifikacji i poświęcam czas najbliższym. W tym roku gdzie się nie obejrzę, u każdego dzieją się straszne rzeczy…. Serce ściska. Ale ten rok uświadomił mi, jak ważni są dla mnie ludzie. Ilu mam wokół siebie życzliwych duszków, którzy byli kiedy sie załamałam. Kiedy to wszystko mnie przerosło i chciałam się poddać, przestałam wychodzić z domu i odzywać się do ludzi, kiedy chciałam uciec…. nie pozwolili mi na to. I za to jestem im ogromnie wdzięczna.

A dziś… dziś gratulowałam znajomej na portalu społecznościowym narodzin synka. Nagle zauważyłam, że jedna z osób które również złożyły gratulacje, jest żona mojego byłego, tego z wieloletniego związku. I tu się zdziwiłam. Bo zabolało. A minęlo już tyle lat… Nie wytrzymałam, zajrzałam na jej profil, zobaczyłam ich zdjęcia i ukłuło jeszcze bardziej…. No co za ciort. Powiedziałam sobie, nie! To jest przeszłość. Ja też mam już swoje życie. Dużo osiągnęłam i może nieporadnie ale walczę dalej. Nie minęła godzina i dostałam sms… właśnie od byłego…. nie miałam z nim kontaktu od pół roku i byłam pewna, że już go nie będę miała. Nie chciałam nawet się odzywać. Tym czasem wpadła mi wiadomość z pytaniem co u mnie, jak się czuje, jak zdrowie…..? Poczułam sie z tym dziwnie, nie komfortowo… wręcz źle. I nie do końca wiem co z tym zrobić.

Zmiany zmiany zmiany

Niewątpliwie ten rok jest wyjątkowy :) To czas zmian dość radykalnych w moim życiu. Sama nie nadążam do końca za tym co się dzieje. Pomimo braku postów w blogu nie myślcie, że nie pisałam, bo pisałam, ale doszłam do wniosku że to zbyt osobiste opisy i nie jestem gotowa na to aby dzielić się z nimi ze światem :) Tak wiec siedzą sobie w przechowalni wspomnień ;)

A zmiany…

heh… obiecałam sobie że póki nie ogarnę spraw z pracą, nie podejmę w końcu decyzji co dalej, dokąd zmierzam, zostaję czy rzucam wszystko i zaczynam od nowa to nie będę wchodzić w żadne poważne relacje męsko-damskie.

Plany planami a życie życiem…

Zaczęło się niewinnie… bliscy mi znajomi pododawali mnie do różnych grup na necie. A ja ostatnio lubię wrzucić kontrowersyną notkę czy też komentować wypowiedzi innych, świadomie czasami wzbudzając emocje. Słodzenie przestało być fajne, a tak chociaż można poznać lepiej fajnych ludzi. I tak sobie komentowałam posty w nieco ironicznym tonie jednego z członków grupy. Efekt… zaczął pisać do mnie na priv i nawet nie wiem kiedy zaczęła zarywać całe nocki. Siedzieliśmy do późna i gadaliśmy o wszystkim. Nim się obejrzałam On zaczął do mnie pisać i dzwonić codziennie. Relacja z przyjacielskiej zaczęła sie przeradzać dodatkowo w mocno erotyczną… A ja nie byłam w stanie tego kontrolować.

I tu jest meritum… Zawsze musiałam mieć w swoim życiu nad wszystkim kontrole, nad swoimi emocjami, myślami, czynami… nad każdą sytuacją. Bawiłam się tym, wyznaczałam granice i warunki… To zawsze było silniejsze ode mnie.

W wyniku przepychanki słownej padły słowa że w takim razie musimy sie spotkać. A dzieli nas prawie 500 km… najpierw ja miałam pojechać do Niego ale nie udało się ze względu na babci urodziny. Tak wiec On przyjechał do mnie… na kilka dni…

I chciał nie chciał musze się przyznać, że to był dla mnie najtrudniejszy chyba czas jaki pamiętam w takiej sytuacji. Przerażenie jakie mnie dopadło… strach… paraliż… złość… Nie dało się ze mną wytrzymać! Nie mogłam spać, na wszystko się irytowałam, nie mogłam skupić myśli, chodziłam jeszcze bardziej roztargniona niż normalnie i po prostu byłam przerażona i za cholerę nie potrafiłam sobie wytłumaczyć czemu. Odpowiedź jest prosta- straciłam kontrolę…

Walczyłam długo ze sobą… chciałam uciekać, odwoływać, zapaść się po ziemię, ogarnąć się do jasnej cholery!!! A z drugiej strony jak nigdy założyłam spódnicę i buty na obcasie, zrobiłam staranny ale nie wulgarny makijaż, spięłam włosy.

Czekałam na niego cała się trzęsąc i kompletnie nie widząc co dzieje się obok. Przyjechał z piękną czerwoną różą… Podszedł do mnie jakże przestraszony i nieśmiały… Facet wygadany, twardziel… ale te emocje… były podobne do moich i nie dało się tego nie poczuć.

Ciągle mi pisał przed spotkaniem że jak go zobaczę to ucieknę z krzykiem, bo taki paskudny. No cóż, kawał faceta od tyle. Mi wystarczyła sekunda i wtedy pierwszy raz utopiłam się w jego piwnych oczach. A proces pozbawiania mnie kontroli i łamania moich barier trwał dalej… to jak na mnie patrzył, to jak traktował… tak jak mężczyzna powinien traktować kobietę. Z ogromnym szacunkiem, dbać o moje bezpieczeństwo i wygodę.

Pierwszy raz w życiu spotkałam faceta, który jest szczęśliwy dając radość i przyjemność kobiecie. Który chce rozmawiać, chce zrozumieć, umie słuchać i ma ogromną CIERPLIWOŚĆ. Który nie ogranicza mojej niezależności, mimo ze ja ciągle sobie wmawiam ze tak jest… I jest szczery, czasem aż do bólu. Tak, to bywa bardzo trudne. Ale warte zmierzenia się z tym twarzą w twarz.

I te wiadomości, które dostaję całymi dniami. Dające tyle ciepła i bezpieczeństwa. Nie ma dnia, żebym nie usłyszała, że jestem cudowna, wspaniała, uwielbiana… że dziękuję mi za to że po prostu jestem i że dzięki mnie jest mu łatwiej, inaczej dawno by już zwariował.

A ja wciąż w ramach buntu, strachu, walki myśli w głowie i poczucia że stracę moją niezależność, że nie jestem gotowa na związek, i ze na odległość sprawiam mu przykrości, furczę, warczę, wkurzam się, sprawiam przykrość. I wiem to, wiem że to nie jest miłe i nie czuje się z tym dobrze ale nie mogę przestać, kontrola nie wraca… wciąż tylko to ciepłe słowa z jego strony…

Podskórnie czuje, ze kogoś takiego mi potrzeba, kto okiełzna mój charakter, ogarnie tego demona w środku.

Po kilku dniach odwoziłam Go na dworzec pkp i… czułam w środku ogromny smutek… i kiedy patrzyłam jak odjeżdżał, wyciągając jeszcze do mnie rękę z pociągu i te oczy… tak żarliwe i smutne… coś we mnie pękło. Chyba poczułam, że jestem zgubiona…

Co będzie dalej, czas pokarze, etap poznawania trwa. I mam nadzieje ze tego nie spieprzę!!!!!

Dlaczego?

Bo chochlik nie śpi. Mimo, że zakończyłam swoje romanse z Niepodziewanym czy Młodym i powiedziałam jasno, że pojawił się Ktoś w moim życiu, to wciąż jest we mnie coś, to przyciąga kolejne osoby. Wiem ze tylko ode mnie zależy co zrobię z tym dalej, ale boje się że przegram.

Od jakiegoś czasu jest jeszcze ktoś, to mi wlazł do głowy i nie chce wyjść. Nie znamy się osobiście, mimo że rozmawialiśmy ze sobą przez telefon z komórki jeszcze innej osoby w dość zabawnych okolicznościach. Nic o nim nie wiem, czasem tylko na portalu internetowym komentujemy sobie niektóre posty, ale mimo to mam w sobie tak niesamowite emocje i uczucia, ze nie potrafię tego od tak zostawić obojętnie. Mam ogromna potrzebę poznania go osobiście z nadzieja w sercu, że się rozczaruję. A co jeśli nie… ?????? W piątek był na tej samej imprezie w klubie co ja, ale nie udało mi sie go zobaczyć. Wczoraj na kameralna imprezę nie dotarł, gdyż sie zgubił…. ale walczył długo. A ja poszłam na nią tylko ze względu na niego, z tej cholernej ciekawości…

A tymczasem wyszłam z imprezy z najlepszym przyjacielem Zauroczonego, który sporo o mnie wie z opowieści… Zauroczonego oczywiście jak na najlepszego kumpla przystało.  Widzieliśmy się kiedyś tylko raz. A tym razem przegadaliśmy cały wieczór… Odprowadził mnie do metra, po drodze zrywając dla mnie kwiatek z ogródka. Zanosiliśmy sie śmiechem całą drogę, oboje stwierdzając, ze czujemy sie jakbyśmy sie znali całe życie… I po powrocie do domu dostałam od niego sms z taka wiadomością, a mianowicie: „jesteś pierwszą kobietą, która ze mną wytrzymała w stanie mojej totalnej głupoty umysłowej”. A ja na prawdę dobrze się bawiłam…

Po takich momentach czuję się jakby ktoś na mnie rzucił czar… urok… ze to co się dzieje nie jest możliwe…

A na dodatek poszłam z moim szaleństwem dalej i … zrezygnowałam z pracy… Było mi bardzo trudno podjąć tą decyzję, ale pomogła mi w tym moja przyjaciółka i jestem jej strasznie wdzięczna :) Kiedy poszłam do szefostwa przekazać moje stanowisko, poczułam jak tony ciężaru spadły mi z barku i pleców… Ryzykuję, wiem, ale wiem, że to jest dla mnie szansa… :) I choćby nie wiem co, muszę myśleć pozytywnie bo w końcu mam szansę zmienić swoje życie na lepsze :D

Tak więc zmiany, zmiany zmiany…

Obym tylko walczyła do samego końca wbrew trudnościom oraz zawiłościom mojego charakteru… ;)

 

 

Podróż – faza pierwsza

To niesamowite jak człowiek czasem buduje wokół siebie kokon, tak silny i mocny, że wiara w jego istnienie jest silniejsza niż rozsądek i uczucia. Złudne poczucie bezpieczeństwa staje się tak silną potrzebą, że cała reszta pozostaje zagłuszona w środku…

Wiadomość o śmierci babci wzbudziła we mnie lawinę emocji. Niektórych tak skrajnych że aż nie do wytrzymania…

Bo kim ona dla mnie była? Obcą osobą, matką mego ojca. Kobietą, która wyrzuciła swego syna z domu. Zimną kobietą, dziwną… Ciągle schorowaną. Taki obraz pozostał w mojej głowie. A tak na prawdę zupełnie jej nie znałam.

Podróż do Szczecina na pogrzeb była dla mnie trudnym wyzwaniem. Dlaczego? Bo się potwornie bałam spotkania z ludźmi, których nie znam tak na prawdę. Brat ojca- mój chrzestny, który jakoś nigdy o mnie nie pamiętał. Moje rodzeństwo cioteczne które zawsze potwornie mi dokuczało, nie ważne że sporo młodsze. Jeździłam tam jako zakompleksiona dziewczyna, nie potrafiłam sobie z tym poradzić, ojciec tego nie dostrzegał, a mama… ona w sumie nie za dużo o mnie wie….

 

Chapter 1

Dawno już nie kupowałam biletów na pociąg. Dawno nie jechałam pociągiem. Świat poszedł do przodu, mamy Internet więc po co tracić czas na jeżdżenie, skoro wszystko można załatwić kilkoma kliknięciami… nic bardziej mylnego. Po straceniu kilku godzin na necie ze skutkiem opłakanym, wysłałam kilka maili do różnych przewoźników, wyrażając swoje ubolewanie,że pokasowali połączenia do Szczecina!!! Poza pociągiem nic tam nie dojeżdża… Tak więc postanowiłam pojechać na dworzec i zaoszczędzić sobie nerwów próbując sfinalizować zakupi biletów przez Internet.

Dzień zakupów, godzina 16:00. Dzwoni telefon. Tata. Pyta gdzie jestem. Hmmmm, gdzie ja moge być w środę o 16:00??? No przecież w pracy!!!!

Tata: „A w pracy jesteś.. A wychodzisz już, bo ja wychodzę i pomyślałem, że możemy kupić bilety wspólnie”. Wiec mu tłumaczę, że on będzie jechał godzinę, a ja 15 minut, więc ni muszę już wychodzić z pracy, poza tym pracuje do 17… No i mowie mu, żeby zadzwonił do mnie jak dojedzie na dworzec autobusowy na Dworcu, a już go potem znajdę.

Niestety, usłyszał tylko, że go znajdę….

Przyjeżdżam na dworzec, ide na właściwy przystanek, rozglądam się, pusto. Wyciągam gazetę i czytam. Podjeżdża jeden autobus, kolejny… nie ma. Już dawno powinien dojechać….Myślę sobie, zadzwonie i zapytam gdzie jest. Wybieram numer i słyszę „No gdzie Ty jesteś????”

Halo, a Ty gdzie jesteś? Miałeś zadzwonić jak dojedziesz.

JA??? ależ nic podobnego, powiedziałaś że mnie znajdziesz…

 

Tia…. to bedzie ciekawa podróż….

Życie toczy się dalej, ale ta obojętność… kim mnie czyni?

No i przyszły święta. Wielkanoc  w kalendarzach, za oknem nawet momentami spadają z nieba płatki śniegu. Nigdy nie lubiłam świąt. Zawsze wtedy czułam się strasznie samotna. No cóż, cała moja rodzina to rodzice, nie rozmawiający ze sobą od kilku ładnych lat. A może już kilkunastu… nie wiem, już dawno przestałam liczyć. Jak żył jeszcze dziadek (od strony mamy) to do dziadków się czasami pojechało.

A dziś…. zastanawiam się jak bezdusznym człowiekiem jestem…

Babcia od wielu lat jest sama, to znaczy nie mieszka sama, zamieszkuje z byłam żoną jej syna… a raczej ona z babcią… cóż za paradoks. Jeszcze jakiś czas temu jeździłam do niej, próbowałam pomoc, rozmawiałam. Dziś już nie potrafię… Przerasta mnie to. Nie jestem w stanie przekroczyć progu jej mieszkania, dzieje się ze mną coś tak niedobrego i dziwnego…. Cała ta chora sytuacja o ktorej nie chce mi się nawet gadać, przerasta mnie bo od jakiegoś już czasu czuje się bezradna. Kompletnie bezradna!!!

Czemu więc o tym piszę???

HEH…

Wczoraj zadzwonił mój telefon, akurat biegałam po mieście załatwiając różne sprawunki. Spojrzałam na wyświetlacz i zamarłam… dzwonił brat taty. Jego też nie widziałam od wielu lat. Mieszka na drugim końcu Polski i jest zajebistym wujkiem i bratem… Jedyną rzecz jaką dla mnie zrobił to jego rola podczas chrztu…. Potem raczej już o mnie nie pamiętał. Widziałam go może kilkanaście razy w całym moim życiu. O jego dzieciach czyli moim rodzeństwie ciotecznym nie wspomnę. Widziałam ich tylko raz na oczy. Za to żonę wujka uwielbiałam, ale ona niestety nigdy nie miała z nim dobrego życia.

No i ten mój nieszczęsny telefon zaczął ponownie dzwonić kilka godzin później… Spojrzałam… znowu brat ojca…. Sparaliżowało mnie. nie byłam w stanie go odebrać, bo wiedziałam co oznacza. Byłam jednocześnie sparaliżowana i wściekła. Wrzuciłam do głęboko do torebki.

Dziś podczas sprzątania mieszkania usłyszałam, że dzwoni ojca komórka. Wiedziałam kto dzwoni… jego brat. Wyłączyłam odkurzacz i usiadłam… słuchałam… i słyszałam ciszę…. ojciec tylko słuchał, nie mówił nic.

I tak się dowiedziałam, że zmarła babcia… ojca matka…

Byłam wściekła że wtedy On dzwonił do mnie!!!!  Po cholerę??? Bo to moja babcia nie była, to była dla mnie obca kobieta. Wiec czemu nie zadzwonił od razu do brata. Czułam to! I nie odebrałam z premedytacją.

Ojciec przyszedł do mnie i powiedział co się stało. Zapytał, czy pojadę z nim na pogrzeb, bo sam nie czuje się na siłach przy takiej ilości leków. Nie chcę tam jechać. Nienawidzę tych ludzi. Mało tego , nie znam ich. Są obcy. Nigdy ich nie było.

Najgorsze jest to, że kiedy ojciec o tym powiedział, ja myślałam o imprezach jakie stracę przez ten wyjazd, o pracy i projektach które muszę zamknąć do końca tygodnia…. Nigdy nie myślałam, że będę taka obojętna wobec takich wydarzeń. Wkurza mnie czasami to, że pokrewieństwo ma takie znaczenie. A niby co to znaczy pokrewieństwo, rodzina??? No co???? Dla mnie nie za wiele. Nie miałam rodziny i nie mam, poza rodzicami i kilkoma osobami ze strony mamy. Cała reszta to jakaś cholerna farsa!!!! Rodzina. Ja pierdole, ludzie którzy byli w stanie zniszczyć rodzinę dla pieniędzy, dla prestiżu, dla chorych zasad. Którzy byli gdy czegoś potrzebowali. Toksyczne sępy!

Nie mogę dojść do siebie, tak mnie trzęsie w środku.

Ale nie mogę nie pojechać. Nie mogę być powodem, dla którego ojciec nie pojechał na pogrzeb swojej matki. Nie darowałabym sobie tego, nawet jeśli mam do niego żal za wiele rzeczy, że w zasadzie nie miałam ojca, że nie miałam dzieciństwa ani normalnego domu. Że nie miałam prawdziwych rodziców tylko pseudoopiekunow walczących miedzy sobą.

Dawno nie miałam w sobie tyle złości! A mama ojca? Nawet nie potrafię nazwać jej babcią. Nigdy nie usłyszałam od niej dobrego słowa. Ojca też kiedyś z domu wyrzuciła, przez wiele lat nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Ale kogo niby ma więcej? A lata lecą… a Ona… wmawiała sobie wszystkie możliwe choroby, była dziwna, taka jakaś…. dziwna. snująca się. Ojciec na pewno pamięta ją inaczej, ja mam mało wspomnień bo i nie wiele razy się widziałyśmy. Nawet sobie tak czasem myślę, że ona nie akceptowała ani mojej mamy ani mnie.

Przeraża mnie ta pustka i obojętność we mnie…

Aż tak złym człowiekiem jestem???

Gdzie jest moje miejsce?

Trochę mnie tu nie było… Ciężko zebrać myśli, ubrać je w słowa, nadać im kształtu… tak szybko się zmieniają. Dziwne emocje, silnie ale jakże umykające uczucia.

Mieszanki ziołowe od dr Omi pomagają :) Znowu mogę jeść, migreny zanikają, powracają dobre uczucia, bez bólu. Jedynie pozostał stres i brak snu…

Dwa tygodnie temu 13 marca miałam wolne. Pakowałam się na wyjazd do Trójmiasta połączony z rejsem do Karlskrony razem z ekipą znajomych zebraną z Sylwestra. 4 kobitki i 4 gentlmenów w tym Zauroczony, Niespodziewany i Młody…

Mój stan psychiczny nie był zbyt dobry, wszystko mnie dołowało, fizycznie czułam się źle, w nocy znowu nie mogłam spać. Spakowanie walizki oznaczało czynność wykonalną… A mimo to w środku czułam, że dobrze robię, że jadę :) Podróż do Gdańska mineła nam w świetnych humorach, zamiast dospać zarwaną noc wszyscy gadaliśmy całą drogę, było wesoło, głośno i smacznie :) Jak tylko wyszłam z autokaru i poczułam to powietrze, zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się szeroko- tak tego mi było potrzeba!!! Zmiany otoczenia :)

Cała wyprawa była super z jednym drobnym wyjątkiem… okazało się, że cierpię na chorobę morską, która objawiała się kompletnym brakiem możliwości funkcjonowania, przemieszczania i opuszczania kajuty, a już na pewno nie bez mojego nowego i wtedy najlepszego przyjaciela- kibelka! :) Ekipa??? Spisała się :) Bardzo mnie wspierali, karmili, poili ziołami i herbata, jak przysnęłam, zdjęli buty z nóg, przykryli żebym nie zmarzła, zagladali co chwila do mnie czy wszystko ok. Każdy wspierał mnie na swój sposób :)

Tak, byłam cholernie sfrustrowana! Ominęły mnie wszystkie imprezy na statku, możliwość poznania nowych ludzi albo tego kogoś, wartościowego, jedynego…. Ominęło mnie pyszne jedzenie, zumba, dyskoteka, quizy… czas z ekipą… Ale jakoś się z tym pogodziłam. Starałam się myśleć tylko o tym aby przetrwać.

Po wyjściu na ląd miałam ochotę ucałować ziemie- to już drugi raz w moim życiu!!! :D

Po 1,5 doby niejedzenia, braku płynów, bez snu z wykończony organizmem wytaszczyłam dzielnie swoją walizkę na ląd mimo że Panowie co chwila służyli ramieniem i pomocą. Stanęłam stabilnie w końcu na lądzie, o własnych siłach i znowu zatrzymałam się na chwilę, wzięłam głeboki oddech, zamknęłam oczy i pomyślałam sobie, że jest dobrze :) Czasu nie cofnę, co było to było, dałam radę, byłam dzielna, otaczali mnie cudowni ludzie na których mogłam liczyć. I pierwszy raz w życiu tak po prostu pozwoliłam sobie pomóc. chcąc nadrobić namówiłam ich jeszcze po dojechaniu do Sopotu na kwaterę o godzinie 22 na wyjscie na miasto. Byłam głodna i chciałam nadrobić :)

Poszliśmy do knajpy gdzie nas wspaniale ugoszczono i zajadaliśmy się nieziemskimi specjałami, bo wszystkim aż się uszy trzęsły podczas zajadania :) W końcu zjadłam coś ciepłego i zrobiło mi się lepiej. Po spacerze po molo zajrzeliśmy jeszcze do Krzywego Domku na drinka i potańczyć :D I rozkręciliśmy impreze :) Fajnie było :)Po powrocie do domu i dalszych wydarzeniach dotarło do mnie że chyba po raz pierwszy w życiu mam paczkę :D Jest szansa ze sie utrzyma. Pierwszy raz czuje, że przynależę do grupy ludzi, jakże rożnych, po przejściach, pokręconych ale wartościowych :) Pierwszy raz się odnajduję w takiej sytuacji, nie marze o tym aby uciec, nie wycofuje się, ale po prostu z nimi jestem :) Co weekend staramy sie razem wychodzić, najczęściej do klubów, potańczyć, pogadać, przemyśleć kolejne wspólne wycieczki, zwiedzić Polskę nasza piękna, a może i pojechać dalej :)

A mimo to zastanawia się gdzie jest moje miejsce… Dziś powinnam być z nimi… w klubie… Nie poszłam, potrzebowałam tego wieczoru dal siebie…

NIESPODZIEWANY

Ja- zauroczyłam się… słuchając jego opowieści o byłej. o tym ile dla niej robił, co robił i jak robił, jak walczył, jak zabiegał, jak kochał i dbał… A ona jak go odtrącała kochając beznadziejną miłością innego. Czasami już mnie to męczyło, zaczęłam momentami unikać długich dyskusji na necie. Wytłumaczyłam sobie, że On musi to z siebie wyrzucić, przerobić, uwolnić się od tego, wygadać…. Wiec słuchałam, uśmiechałam się, dodawałam otuchy ale z dystansem. Pomyślałam sobie- cholerni dobry człowiek z niego, wrażliwy… ja bywam suką, różnie postępuję z ludźmi, lepiej się sprawdzę w roli przyjaciela, inaczej mogłabym go zranić.

On- zaczął się odzywać codziennie, na necie, na telefonie… Na początku ciągle wylewał żale, bóle i opowiadał o byłych, o przeszłości, o pasjach swoich i uczuciach, o tym jak Ona złamała mu serce. Potem zaczął pytać o mnie… Gadaliśmy… Zapytał czy nie chciałabym pojechać porobić z nim zdjęć. Robi piękne zdjęcia :D

JA – Pojechałam… mało tego, wzięłam samochód, zgarnęłam go z przystanku i pojechaliśmy w wyznaczone miejsce. Zniknął strach! Dawno nie jeździłam, a już tym bardziej z pasażerem… A przy nim byłam wyjątkowo spokojna :) po prostu jechaliśmy i gadaliśmy. Potem poszliśmy na kawę. Prawie cała niedziela minęła niesamowicie szybko.

ON – znowu zapraszał, a to do knajpki na piwo, a to na spacer, codziennie sie odzywał coraz częściej zadając pytanie o mnie, moją przeszłość, moje życie, samopoczucie, zwykłe ‚jak minął Ci dzień’ Ponownie zaprosił na wycieczkę po mieście i fotki nocą.

JA- ponownie uległam… staliśmy tak na starym mieście zapatrzeni w obiektyw, podszedł do nas bezdomny, tak chciał pogadać… Powiedział- ma Pan śliczną narzeczoną, ja dla takiej kobiety oddał bym wszystko… To spojrzenie NIESPODZIEWANEGO włączyło mi alarm!

Im on cześciej się odzywał i bardziej zwracał na mnie uwagę, tym ja się bardziej dystansowałam. ON nadal potrzebował czasu, a ja… ja chciałam nie wiem czego.. wiatru we włosach, szaleństwa, przygody, carte blanche…. wyciszenia tego ciężaru, ktory na mnie zrzucał opowiadajac o swoim bolu…

A potem ten wspólny wyjazd… weszliśmy na prom. Postanowiłyśmy z dziewczynami przed impreza zrobić nie na bóstwo. Super ciuchy, makijaż, obcasy, skórzana kurtka… :) Jak chłopaki do nas przyszli, zaniemówili… Fajnie było się tak poczuć. W międzyczasie z dziewczynami wypiłyśmy kilka drinków, jak doszli nasi ‚ochroniarze’ ;) donieśli niedokończona whisky. Poszliśmy na pokład poczuć wiatr we włosach, poczuć że płyniemy… I nawet nie wiem kiedy, nie wiem jak znalazłam się sama z NIESPODZIEWANYM na górnym pokładzie, podziwiając widoki i wtedy jeszcze radując się z rejsu. Było mi wesoło, byłam szczęśliwa.

ON- nie mógł oderwać ode mnie oczu. Gadaliśmy chyba i śmialiśmy się dobrą godzinę. I wtedy powiedział, że pięknie wyglądam, że jestem super dziewczyną… już nie że kumpela… już inaczej to brzmiało.

JA- grzecznie dziękowałam i zgrabnie zmieniałam temat, śmiałam się i żartowałam… aż zaczęłam się coraz gorzej czuć. Akohol przestawał grzać, robiło się coraz zimniej, słabiej, gorzej, bujało… mdliło…

ON- zaczął mnie przytulać, ogrzewać… próbować rozruszać a po kolejnej godzinie mocno mnie już obejmował, wtulał noc w moje włosy i szyję… och co za uczucie….

JA- powiedziałam, że chce wracać do kajuty, że się źle czuje i chyba nie dam rady

On- zaczął mnie delikatnie całować

JA- odwracałam głowę delikatnie ciągnąc Go w stronę schodów.

On- podtrzymywał mnie, trzymał za rękę i do samego końca szukał rozpaczliwie bliskości znajdując tylko dystans…

Wszyscy przyjęli nasz powrót z ogromnym entuzjazmem i pytaniem w oczach – gdzie wy żeście do cholery byli tyle czasu!!!

3 minuty później wbiegłam do łazienki w kajucie i wyrzuciłam z mojego żołądka wszystko co w nim miałam i to czego nie miałam też…

 

Nie poruszyliśmy ani razu tematu całej tej sytuacji… On wciąż codzienne się odzywa, za każdym razem sprawdza czy dotarłam bezpiecznie do domu… Patrzy jak odnajduje na imprezach towarzystwo przy innym męskim ramieniu a mimo to codziennie jest, pisze, pyta jak minął dzień… a ja nie wiem co robić!!!

 

MŁODY

Totalny wariat!!! :) Uwielbiamy się :) Gadamy godzinami, wkręcamy wszystkich naokoło, pijemy razem, śmiejemy się i wspieramy. On rzucił mi wyzwanie- spróbuj mnie uwieść, w końcu już nie jesteś parą z ZAUROCZONYM. Uśmiechnęłam się i podjęłam rękawicę :D Wstrzymywałam jego niedoczekanie aż do ostatniego weekendu i wyjścia do klubu kiedy zaczęłam go uwodzić na parkiecie.

Efekt? Pokładaliśmy się ze śmiechu. Nikt nie wiedział o co chodzi, co się dzieje.

Młody poznał ostatnio fajną dziewczynę, pierwszą o której od dłuższego czasu zaczął myśleć poważnie. NA zdjęciu wygląda rewelacyjnie :) Postrzelona pozytywnie krejzolka :)

No i co??? I zyskałam brata :D uwodzenie było żartem ;) chemii nie ma miedzy nami. Ale jest coś czego nie chciałabym stracić. Czasami jak nie moge spać w nocy, Młody pisze często do mnie. Gadamy… o życiu, przemyśleniach, książkach, historii, emocjach. Ostatnio zadzwonił i powiedział że potrzebuje rady. Ależ to było wspaniałe uczucie. Tak wiec oficjalnie ogłosiliśmy się odnalezionym po latach rodzeństwem i jest super :) Fajnie mieć brata. Raz przywali po głowie, raz przywróci do porządku, innym razem przyjdzie wesprzeć na duchu, podrzuci fajny film albo książkę, wskaże inną drogą, doradzi albo pozwoli sie wykrzyczeć a na końcu rozsmieszy :) i nawet jak mu dogryzę to po chwili słyszę ‚i tak Cie uwielbiam’. O NIESPODZIEWANYM jednak nic mu nie powiedziałam…

 

ZAUROCZONY

Emocje opadły, każde z nas szuka swojego szczęścia gdzie indziej. A mimo to ostanio, jak cała ekipą byliśmy umówieni pod klubem… Spokojnym krokiem zbliżam się do miejsca spotkania a tam czeka na razie tylko skład męski ekipy. I te ułamki sekund… czas zwalnia, Oni odwracają się w moją stronę i wtedy ON… to spojrzenie… mięknę… i słyszę… ‚jak zawsze zniewalająca, piękna kobieta- zachwycająco wyglądasz’

O kurwa!!!

Tylko to słowo rozbrzmiewało w mojej głowie. Ja na prawdę ostatnio znowu nie mogę na siebie patrzeć. Zamarłam i jeszcze złamałam sobie flek od buta… A On tak patrzył… zaczęłam tracić poczucie świadomości, świat wirował…

Próbując się opanować, podeszłam do wszystkich podziękowałam za komplement i przywitałam się ze wszystkimi. Ne szczęście zaraz przyszły dziewczyny i ruszyliśmy do wejścia.

Obserwował mnie przez większość wieczoru… Wiem o czym myślał… jak to facet…

A mnie to wszystko razem zaczęło przerastać, poszłam do baru… raz, drugi, trzeci… Ale nie było mi lepiej. Młody dotrzymywał mi towarzystwa przy drinkach. A Zauroczony tańczył na parkiecie, nie wiedząc co zrobić…

Tak, wiem, że Zauroczony startuje do jednej dziewczyny, która akurat do nas dołączyła w klubie. Obserwowałam ich… dała mu kosza :( Miałam wrażenie, że był rozdarty. Kurcze, ona do niego nie pasuje, dobrze mu życze, nikt nie chce być sam. Raz podeszłam do niego i próbowałam poprawić mu humor, źle wyglądał. Uśmiechnął się i mocno mnie przytulił. Pocałował mnie w czoło i powiedział „Dzięki mała, jest ok’”.

Zamarłam…

Wstałam i poszłam na parkiet, musiałam wyładować te wszystkie emocje. Potem miedzy Zauroczonym a Młodym doszło do jakiejś nieprzyjemnej wymiany zdań, na pewno poszło o dziewczynę. Zauroczony wybiegł z klubu wściekły.

Kiedy wracałam już domu.. wiadomość. Przeprosiny o wyjściu bez pożegnania… O rany! Nigdy tego nie robił, po prostu znikał. Chwile pogadaliśmy i chyba było juz lepiej. I nagle tekst… ‚Przyjedz do mnie, przenocuje Cie żebyś nie wracała sama po nocy do domu’… Zrobiło mi się gorąco… tamtego wieczoru wielokrotnie sprawił, że miałam ochotę… na niego… straszną…  Ale przywróciłam samą siebie do porządku. A w tym momencie miałam ochotę zawrócić. Zamknęłam oczy, policzyłam do 10 po czym odpowiedziałam, ze dziękuje, ale juz prawie jestem w domu. Odetchnęłam, to była dobra decyzja…

 

Zaplątałam się w dość dziwny układ. Brakuje mi ciepła, męskiego dotyku głupiego przytulenia czy schowania kosmyku włosów za ucho… Z drugiej strony znowu to robię, igram z ogniem… Wiem, że przy żadnym z nich nie odnajdę tego, czego szukam. Nie chce dawać nadziei,  tylko z Młodym mogę pożartować, w innych przypadkach moje żarty są odbierane inaczej… zbyt osobiście, jako zaproszenie.

Miotam się… nie chcę tego spieprzyć. Jeśli spieprzę, będę musiala odejść, znowu stracę miejsce w grupie, a tym razem bardzo tego nie chce.

 

Nie potrafię się zakochać! Nie potrafię się zaangażować. Potrafię być kumplem, towarzyszem do wspólnych rozmów, picia, gadania, słuchania, ramieniem do wylania żali i wypłakania się, do głupich żartów. Ale kiedy sytuacja choć troszkę się zagęszczą, chcę ucieć. Gdyby chodziło tylko o seks.. każdy czasem tego potrzebuje, bliskości, cielesności, spełnienia.

Ale nie, tu są jeszcze silne emocje. Wszyscy faceci są po przejściach, trudnych, które cały czas mają na nich silny wpływ. A gdzie ja w tym wszystkim jestem? Czemu znowu nagnam dla nich swoje ja? Czemu zgadzam się być przy nich kiedy mnie potrzebują, mimo że nie zawsze sama mam na  to ochotę, nie zawsze mam ochotę ich słuchać albo wspierać. A mimo to robię to!

NIE CHCE ZNOWU STRACIĆ TOŻSAMOŚCI!

Boję się… staram się być sobą, znaleźć odpowiedzi, własną drogę, własne szczęście, spokój, miłość, oparcie, przyjaźń…  Potrafię być niewidzialna, zagubiona i wycofana… nie wierząca w siebie, potrafię być wredna i ironiczna, potrafię być intrygująca i uwodząca… Tyle twarzy, tyle pragnień, tyle sprzeczności… Czemu to wszystko zawsze jest takie skomplikowane?