Podróży losy dalsze

Zawsze uwielbiałam pociągi… ten stukot kół i podróż. Nigdy nie wiedziałam czemu. Po prostu zawsze czułam tam magię…

Dlatego też na dworcu byłam dużo wcześniej czekając na pociąg i tatę oszołomiona z miną dziecka. I znów to uczucie pełne ekscytacji… podróż…

Podróż jednak była ciężka. Po całym dniu pracy miałam nadzieję oddać się zadumie i chwili odpoczynku jednak nie było mi to dane… Do przedziału wsiadła młoda kobieta z dzieckiem. Chłopczykiem w wieku około 5 lat który ewidentnie miał ADHD. Juz po 20 minutach miałam ochote wyskoczyc przez okno a myśl o tym że podróż będzie trwała jeszcze 5h doprowadzała mnie do rozpaczy i do szaleństwa.

Wysiadłam z bolącą głową od krzyku, brudna i skopana… heh… uroki podróży… chyba jednak przerzucę się na pks…

Wieczorem w końcu z tatą opuściliśmy pociąg i wtedy na dworcu zobaczyłam… moją siostę i wujka.

Wujek… młodszy od ojca o parę lat ale przygarbiony, siwiusienieńki i zapadnięty w sobie. Bardzo wychudzony. Z tych pieknych czarnych wlosow i dostojnego faceta niewiele zostało :( Az mnie ścisnęło w środku… Choroba i śmierć babci niestety zrobiły swoje :(

Siostra.. młoda piękna szczupła kobieta :) Tryskająca wręcz młodością, świeżością i radością…

A potem spotkałam się jeszcze z ciocią i bratem. Cioci też czas nie oszczędził chociaż nadal jestem pełna podziwu patrząc na jej energię, szybkosc działania o świetną organizację :)

Brat… kiedyś okropny rozrabiaka. Teraz zawstydzony sie wtał ze mną… heh… 25 letni facet… szeroki w barach z miną dosownie bandziora i jednocześnie wewnetrznym spokojem, jednak jakze mylnym :)

No cóż… bliska rodzina a jednocześnie jak bardzo obca. Kiedy ich obserwowałam, coś w środku mnie ściskało. Bez względu na wszystko byli rodziną, wspierająca się. Dzieciaki może i wychowane mocną ręką, ale widać, że kochani przez rodziców, wspólnie rozmawiający i rozwiązujący różne przeciwności losu, mimo że moje rodzeństwo cioteczne ma niezłe charakterki. Pewni siebie, waleczni, kochani i wspierani przez rodziców. Kolejny raz doświadczyłam uczucia ile mnie w życiu ominęło i że nadal ten cholerny żal gdzieś w środku siedzi i wwierca się od środka… Ale nie żałuję, że pojechałam. Było to dla mnie bardzo trudne ale z każdej takiej sytuacji staram się wyciągnąć coś dla siebie. Zawsze to jakieś mądre doświadczenie :)

Kto wie, może jeszcze w dorosłym życiu nasze drogi się spotkają :)

Podróż – faza pierwsza

To niesamowite jak człowiek czasem buduje wokół siebie kokon, tak silny i mocny, że wiara w jego istnienie jest silniejsza niż rozsądek i uczucia. Złudne poczucie bezpieczeństwa staje się tak silną potrzebą, że cała reszta pozostaje zagłuszona w środku…

Wiadomość o śmierci babci wzbudziła we mnie lawinę emocji. Niektórych tak skrajnych że aż nie do wytrzymania…

Bo kim ona dla mnie była? Obcą osobą, matką mego ojca. Kobietą, która wyrzuciła swego syna z domu. Zimną kobietą, dziwną… Ciągle schorowaną. Taki obraz pozostał w mojej głowie. A tak na prawdę zupełnie jej nie znałam.

Podróż do Szczecina na pogrzeb była dla mnie trudnym wyzwaniem. Dlaczego? Bo się potwornie bałam spotkania z ludźmi, których nie znam tak na prawdę. Brat ojca- mój chrzestny, który jakoś nigdy o mnie nie pamiętał. Moje rodzeństwo cioteczne które zawsze potwornie mi dokuczało, nie ważne że sporo młodsze. Jeździłam tam jako zakompleksiona dziewczyna, nie potrafiłam sobie z tym poradzić, ojciec tego nie dostrzegał, a mama… ona w sumie nie za dużo o mnie wie….

 

Chapter 1

Dawno już nie kupowałam biletów na pociąg. Dawno nie jechałam pociągiem. Świat poszedł do przodu, mamy Internet więc po co tracić czas na jeżdżenie, skoro wszystko można załatwić kilkoma kliknięciami… nic bardziej mylnego. Po straceniu kilku godzin na necie ze skutkiem opłakanym, wysłałam kilka maili do różnych przewoźników, wyrażając swoje ubolewanie,że pokasowali połączenia do Szczecina!!! Poza pociągiem nic tam nie dojeżdża… Tak więc postanowiłam pojechać na dworzec i zaoszczędzić sobie nerwów próbując sfinalizować zakupi biletów przez Internet.

Dzień zakupów, godzina 16:00. Dzwoni telefon. Tata. Pyta gdzie jestem. Hmmmm, gdzie ja moge być w środę o 16:00??? No przecież w pracy!!!!

Tata: „A w pracy jesteś.. A wychodzisz już, bo ja wychodzę i pomyślałem, że możemy kupić bilety wspólnie”. Wiec mu tłumaczę, że on będzie jechał godzinę, a ja 15 minut, więc ni muszę już wychodzić z pracy, poza tym pracuje do 17… No i mowie mu, żeby zadzwonił do mnie jak dojedzie na dworzec autobusowy na Dworcu, a już go potem znajdę.

Niestety, usłyszał tylko, że go znajdę….

Przyjeżdżam na dworzec, ide na właściwy przystanek, rozglądam się, pusto. Wyciągam gazetę i czytam. Podjeżdża jeden autobus, kolejny… nie ma. Już dawno powinien dojechać….Myślę sobie, zadzwonie i zapytam gdzie jest. Wybieram numer i słyszę „No gdzie Ty jesteś????”

Halo, a Ty gdzie jesteś? Miałeś zadzwonić jak dojedziesz.

JA??? ależ nic podobnego, powiedziałaś że mnie znajdziesz…

 

Tia…. to bedzie ciekawa podróż….

Życie toczy się dalej, ale ta obojętność… kim mnie czyni?

No i przyszły święta. Wielkanoc  w kalendarzach, za oknem nawet momentami spadają z nieba płatki śniegu. Nigdy nie lubiłam świąt. Zawsze wtedy czułam się strasznie samotna. No cóż, cała moja rodzina to rodzice, nie rozmawiający ze sobą od kilku ładnych lat. A może już kilkunastu… nie wiem, już dawno przestałam liczyć. Jak żył jeszcze dziadek (od strony mamy) to do dziadków się czasami pojechało.

A dziś…. zastanawiam się jak bezdusznym człowiekiem jestem…

Babcia od wielu lat jest sama, to znaczy nie mieszka sama, zamieszkuje z byłam żoną jej syna… a raczej ona z babcią… cóż za paradoks. Jeszcze jakiś czas temu jeździłam do niej, próbowałam pomoc, rozmawiałam. Dziś już nie potrafię… Przerasta mnie to. Nie jestem w stanie przekroczyć progu jej mieszkania, dzieje się ze mną coś tak niedobrego i dziwnego…. Cała ta chora sytuacja o ktorej nie chce mi się nawet gadać, przerasta mnie bo od jakiegoś już czasu czuje się bezradna. Kompletnie bezradna!!!

Czemu więc o tym piszę???

HEH…

Wczoraj zadzwonił mój telefon, akurat biegałam po mieście załatwiając różne sprawunki. Spojrzałam na wyświetlacz i zamarłam… dzwonił brat taty. Jego też nie widziałam od wielu lat. Mieszka na drugim końcu Polski i jest zajebistym wujkiem i bratem… Jedyną rzecz jaką dla mnie zrobił to jego rola podczas chrztu…. Potem raczej już o mnie nie pamiętał. Widziałam go może kilkanaście razy w całym moim życiu. O jego dzieciach czyli moim rodzeństwie ciotecznym nie wspomnę. Widziałam ich tylko raz na oczy. Za to żonę wujka uwielbiałam, ale ona niestety nigdy nie miała z nim dobrego życia.

No i ten mój nieszczęsny telefon zaczął ponownie dzwonić kilka godzin później… Spojrzałam… znowu brat ojca…. Sparaliżowało mnie. nie byłam w stanie go odebrać, bo wiedziałam co oznacza. Byłam jednocześnie sparaliżowana i wściekła. Wrzuciłam do głęboko do torebki.

Dziś podczas sprzątania mieszkania usłyszałam, że dzwoni ojca komórka. Wiedziałam kto dzwoni… jego brat. Wyłączyłam odkurzacz i usiadłam… słuchałam… i słyszałam ciszę…. ojciec tylko słuchał, nie mówił nic.

I tak się dowiedziałam, że zmarła babcia… ojca matka…

Byłam wściekła że wtedy On dzwonił do mnie!!!!  Po cholerę??? Bo to moja babcia nie była, to była dla mnie obca kobieta. Wiec czemu nie zadzwonił od razu do brata. Czułam to! I nie odebrałam z premedytacją.

Ojciec przyszedł do mnie i powiedział co się stało. Zapytał, czy pojadę z nim na pogrzeb, bo sam nie czuje się na siłach przy takiej ilości leków. Nie chcę tam jechać. Nienawidzę tych ludzi. Mało tego , nie znam ich. Są obcy. Nigdy ich nie było.

Najgorsze jest to, że kiedy ojciec o tym powiedział, ja myślałam o imprezach jakie stracę przez ten wyjazd, o pracy i projektach które muszę zamknąć do końca tygodnia…. Nigdy nie myślałam, że będę taka obojętna wobec takich wydarzeń. Wkurza mnie czasami to, że pokrewieństwo ma takie znaczenie. A niby co to znaczy pokrewieństwo, rodzina??? No co???? Dla mnie nie za wiele. Nie miałam rodziny i nie mam, poza rodzicami i kilkoma osobami ze strony mamy. Cała reszta to jakaś cholerna farsa!!!! Rodzina. Ja pierdole, ludzie którzy byli w stanie zniszczyć rodzinę dla pieniędzy, dla prestiżu, dla chorych zasad. Którzy byli gdy czegoś potrzebowali. Toksyczne sępy!

Nie mogę dojść do siebie, tak mnie trzęsie w środku.

Ale nie mogę nie pojechać. Nie mogę być powodem, dla którego ojciec nie pojechał na pogrzeb swojej matki. Nie darowałabym sobie tego, nawet jeśli mam do niego żal za wiele rzeczy, że w zasadzie nie miałam ojca, że nie miałam dzieciństwa ani normalnego domu. Że nie miałam prawdziwych rodziców tylko pseudoopiekunow walczących miedzy sobą.

Dawno nie miałam w sobie tyle złości! A mama ojca? Nawet nie potrafię nazwać jej babcią. Nigdy nie usłyszałam od niej dobrego słowa. Ojca też kiedyś z domu wyrzuciła, przez wiele lat nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Ale kogo niby ma więcej? A lata lecą… a Ona… wmawiała sobie wszystkie możliwe choroby, była dziwna, taka jakaś…. dziwna. snująca się. Ojciec na pewno pamięta ją inaczej, ja mam mało wspomnień bo i nie wiele razy się widziałyśmy. Nawet sobie tak czasem myślę, że ona nie akceptowała ani mojej mamy ani mnie.

Przeraża mnie ta pustka i obojętność we mnie…

Aż tak złym człowiekiem jestem???

Gdzie jest moje miejsce?

Trochę mnie tu nie było… Ciężko zebrać myśli, ubrać je w słowa, nadać im kształtu… tak szybko się zmieniają. Dziwne emocje, silnie ale jakże umykające uczucia.

Mieszanki ziołowe od dr Omi pomagają :) Znowu mogę jeść, migreny zanikają, powracają dobre uczucia, bez bólu. Jedynie pozostał stres i brak snu…

Dwa tygodnie temu 13 marca miałam wolne. Pakowałam się na wyjazd do Trójmiasta połączony z rejsem do Karlskrony razem z ekipą znajomych zebraną z Sylwestra. 4 kobitki i 4 gentlmenów w tym Zauroczony, Niespodziewany i Młody…

Mój stan psychiczny nie był zbyt dobry, wszystko mnie dołowało, fizycznie czułam się źle, w nocy znowu nie mogłam spać. Spakowanie walizki oznaczało czynność wykonalną… A mimo to w środku czułam, że dobrze robię, że jadę :) Podróż do Gdańska mineła nam w świetnych humorach, zamiast dospać zarwaną noc wszyscy gadaliśmy całą drogę, było wesoło, głośno i smacznie :) Jak tylko wyszłam z autokaru i poczułam to powietrze, zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się szeroko- tak tego mi było potrzeba!!! Zmiany otoczenia :)

Cała wyprawa była super z jednym drobnym wyjątkiem… okazało się, że cierpię na chorobę morską, która objawiała się kompletnym brakiem możliwości funkcjonowania, przemieszczania i opuszczania kajuty, a już na pewno nie bez mojego nowego i wtedy najlepszego przyjaciela- kibelka! :) Ekipa??? Spisała się :) Bardzo mnie wspierali, karmili, poili ziołami i herbata, jak przysnęłam, zdjęli buty z nóg, przykryli żebym nie zmarzła, zagladali co chwila do mnie czy wszystko ok. Każdy wspierał mnie na swój sposób :)

Tak, byłam cholernie sfrustrowana! Ominęły mnie wszystkie imprezy na statku, możliwość poznania nowych ludzi albo tego kogoś, wartościowego, jedynego…. Ominęło mnie pyszne jedzenie, zumba, dyskoteka, quizy… czas z ekipą… Ale jakoś się z tym pogodziłam. Starałam się myśleć tylko o tym aby przetrwać.

Po wyjściu na ląd miałam ochotę ucałować ziemie- to już drugi raz w moim życiu!!! :D

Po 1,5 doby niejedzenia, braku płynów, bez snu z wykończony organizmem wytaszczyłam dzielnie swoją walizkę na ląd mimo że Panowie co chwila służyli ramieniem i pomocą. Stanęłam stabilnie w końcu na lądzie, o własnych siłach i znowu zatrzymałam się na chwilę, wzięłam głeboki oddech, zamknęłam oczy i pomyślałam sobie, że jest dobrze :) Czasu nie cofnę, co było to było, dałam radę, byłam dzielna, otaczali mnie cudowni ludzie na których mogłam liczyć. I pierwszy raz w życiu tak po prostu pozwoliłam sobie pomóc. chcąc nadrobić namówiłam ich jeszcze po dojechaniu do Sopotu na kwaterę o godzinie 22 na wyjscie na miasto. Byłam głodna i chciałam nadrobić :)

Poszliśmy do knajpy gdzie nas wspaniale ugoszczono i zajadaliśmy się nieziemskimi specjałami, bo wszystkim aż się uszy trzęsły podczas zajadania :) W końcu zjadłam coś ciepłego i zrobiło mi się lepiej. Po spacerze po molo zajrzeliśmy jeszcze do Krzywego Domku na drinka i potańczyć :D I rozkręciliśmy impreze :) Fajnie było :)Po powrocie do domu i dalszych wydarzeniach dotarło do mnie że chyba po raz pierwszy w życiu mam paczkę :D Jest szansa ze sie utrzyma. Pierwszy raz czuje, że przynależę do grupy ludzi, jakże rożnych, po przejściach, pokręconych ale wartościowych :) Pierwszy raz się odnajduję w takiej sytuacji, nie marze o tym aby uciec, nie wycofuje się, ale po prostu z nimi jestem :) Co weekend staramy sie razem wychodzić, najczęściej do klubów, potańczyć, pogadać, przemyśleć kolejne wspólne wycieczki, zwiedzić Polskę nasza piękna, a może i pojechać dalej :)

A mimo to zastanawia się gdzie jest moje miejsce… Dziś powinnam być z nimi… w klubie… Nie poszłam, potrzebowałam tego wieczoru dal siebie…

NIESPODZIEWANY

Ja- zauroczyłam się… słuchając jego opowieści o byłej. o tym ile dla niej robił, co robił i jak robił, jak walczył, jak zabiegał, jak kochał i dbał… A ona jak go odtrącała kochając beznadziejną miłością innego. Czasami już mnie to męczyło, zaczęłam momentami unikać długich dyskusji na necie. Wytłumaczyłam sobie, że On musi to z siebie wyrzucić, przerobić, uwolnić się od tego, wygadać…. Wiec słuchałam, uśmiechałam się, dodawałam otuchy ale z dystansem. Pomyślałam sobie- cholerni dobry człowiek z niego, wrażliwy… ja bywam suką, różnie postępuję z ludźmi, lepiej się sprawdzę w roli przyjaciela, inaczej mogłabym go zranić.

On- zaczął się odzywać codziennie, na necie, na telefonie… Na początku ciągle wylewał żale, bóle i opowiadał o byłych, o przeszłości, o pasjach swoich i uczuciach, o tym jak Ona złamała mu serce. Potem zaczął pytać o mnie… Gadaliśmy… Zapytał czy nie chciałabym pojechać porobić z nim zdjęć. Robi piękne zdjęcia :D

JA – Pojechałam… mało tego, wzięłam samochód, zgarnęłam go z przystanku i pojechaliśmy w wyznaczone miejsce. Zniknął strach! Dawno nie jeździłam, a już tym bardziej z pasażerem… A przy nim byłam wyjątkowo spokojna :) po prostu jechaliśmy i gadaliśmy. Potem poszliśmy na kawę. Prawie cała niedziela minęła niesamowicie szybko.

ON – znowu zapraszał, a to do knajpki na piwo, a to na spacer, codziennie sie odzywał coraz częściej zadając pytanie o mnie, moją przeszłość, moje życie, samopoczucie, zwykłe ‚jak minął Ci dzień’ Ponownie zaprosił na wycieczkę po mieście i fotki nocą.

JA- ponownie uległam… staliśmy tak na starym mieście zapatrzeni w obiektyw, podszedł do nas bezdomny, tak chciał pogadać… Powiedział- ma Pan śliczną narzeczoną, ja dla takiej kobiety oddał bym wszystko… To spojrzenie NIESPODZIEWANEGO włączyło mi alarm!

Im on cześciej się odzywał i bardziej zwracał na mnie uwagę, tym ja się bardziej dystansowałam. ON nadal potrzebował czasu, a ja… ja chciałam nie wiem czego.. wiatru we włosach, szaleństwa, przygody, carte blanche…. wyciszenia tego ciężaru, ktory na mnie zrzucał opowiadajac o swoim bolu…

A potem ten wspólny wyjazd… weszliśmy na prom. Postanowiłyśmy z dziewczynami przed impreza zrobić nie na bóstwo. Super ciuchy, makijaż, obcasy, skórzana kurtka… :) Jak chłopaki do nas przyszli, zaniemówili… Fajnie było się tak poczuć. W międzyczasie z dziewczynami wypiłyśmy kilka drinków, jak doszli nasi ‚ochroniarze’ ;) donieśli niedokończona whisky. Poszliśmy na pokład poczuć wiatr we włosach, poczuć że płyniemy… I nawet nie wiem kiedy, nie wiem jak znalazłam się sama z NIESPODZIEWANYM na górnym pokładzie, podziwiając widoki i wtedy jeszcze radując się z rejsu. Było mi wesoło, byłam szczęśliwa.

ON- nie mógł oderwać ode mnie oczu. Gadaliśmy chyba i śmialiśmy się dobrą godzinę. I wtedy powiedział, że pięknie wyglądam, że jestem super dziewczyną… już nie że kumpela… już inaczej to brzmiało.

JA- grzecznie dziękowałam i zgrabnie zmieniałam temat, śmiałam się i żartowałam… aż zaczęłam się coraz gorzej czuć. Akohol przestawał grzać, robiło się coraz zimniej, słabiej, gorzej, bujało… mdliło…

ON- zaczął mnie przytulać, ogrzewać… próbować rozruszać a po kolejnej godzinie mocno mnie już obejmował, wtulał noc w moje włosy i szyję… och co za uczucie….

JA- powiedziałam, że chce wracać do kajuty, że się źle czuje i chyba nie dam rady

On- zaczął mnie delikatnie całować

JA- odwracałam głowę delikatnie ciągnąc Go w stronę schodów.

On- podtrzymywał mnie, trzymał za rękę i do samego końca szukał rozpaczliwie bliskości znajdując tylko dystans…

Wszyscy przyjęli nasz powrót z ogromnym entuzjazmem i pytaniem w oczach – gdzie wy żeście do cholery byli tyle czasu!!!

3 minuty później wbiegłam do łazienki w kajucie i wyrzuciłam z mojego żołądka wszystko co w nim miałam i to czego nie miałam też…

 

Nie poruszyliśmy ani razu tematu całej tej sytuacji… On wciąż codzienne się odzywa, za każdym razem sprawdza czy dotarłam bezpiecznie do domu… Patrzy jak odnajduje na imprezach towarzystwo przy innym męskim ramieniu a mimo to codziennie jest, pisze, pyta jak minął dzień… a ja nie wiem co robić!!!

 

MŁODY

Totalny wariat!!! :) Uwielbiamy się :) Gadamy godzinami, wkręcamy wszystkich naokoło, pijemy razem, śmiejemy się i wspieramy. On rzucił mi wyzwanie- spróbuj mnie uwieść, w końcu już nie jesteś parą z ZAUROCZONYM. Uśmiechnęłam się i podjęłam rękawicę :D Wstrzymywałam jego niedoczekanie aż do ostatniego weekendu i wyjścia do klubu kiedy zaczęłam go uwodzić na parkiecie.

Efekt? Pokładaliśmy się ze śmiechu. Nikt nie wiedział o co chodzi, co się dzieje.

Młody poznał ostatnio fajną dziewczynę, pierwszą o której od dłuższego czasu zaczął myśleć poważnie. NA zdjęciu wygląda rewelacyjnie :) Postrzelona pozytywnie krejzolka :)

No i co??? I zyskałam brata :D uwodzenie było żartem ;) chemii nie ma miedzy nami. Ale jest coś czego nie chciałabym stracić. Czasami jak nie moge spać w nocy, Młody pisze często do mnie. Gadamy… o życiu, przemyśleniach, książkach, historii, emocjach. Ostatnio zadzwonił i powiedział że potrzebuje rady. Ależ to było wspaniałe uczucie. Tak wiec oficjalnie ogłosiliśmy się odnalezionym po latach rodzeństwem i jest super :) Fajnie mieć brata. Raz przywali po głowie, raz przywróci do porządku, innym razem przyjdzie wesprzeć na duchu, podrzuci fajny film albo książkę, wskaże inną drogą, doradzi albo pozwoli sie wykrzyczeć a na końcu rozsmieszy :) i nawet jak mu dogryzę to po chwili słyszę ‚i tak Cie uwielbiam’. O NIESPODZIEWANYM jednak nic mu nie powiedziałam…

 

ZAUROCZONY

Emocje opadły, każde z nas szuka swojego szczęścia gdzie indziej. A mimo to ostanio, jak cała ekipą byliśmy umówieni pod klubem… Spokojnym krokiem zbliżam się do miejsca spotkania a tam czeka na razie tylko skład męski ekipy. I te ułamki sekund… czas zwalnia, Oni odwracają się w moją stronę i wtedy ON… to spojrzenie… mięknę… i słyszę… ‚jak zawsze zniewalająca, piękna kobieta- zachwycająco wyglądasz’

O kurwa!!!

Tylko to słowo rozbrzmiewało w mojej głowie. Ja na prawdę ostatnio znowu nie mogę na siebie patrzeć. Zamarłam i jeszcze złamałam sobie flek od buta… A On tak patrzył… zaczęłam tracić poczucie świadomości, świat wirował…

Próbując się opanować, podeszłam do wszystkich podziękowałam za komplement i przywitałam się ze wszystkimi. Ne szczęście zaraz przyszły dziewczyny i ruszyliśmy do wejścia.

Obserwował mnie przez większość wieczoru… Wiem o czym myślał… jak to facet…

A mnie to wszystko razem zaczęło przerastać, poszłam do baru… raz, drugi, trzeci… Ale nie było mi lepiej. Młody dotrzymywał mi towarzystwa przy drinkach. A Zauroczony tańczył na parkiecie, nie wiedząc co zrobić…

Tak, wiem, że Zauroczony startuje do jednej dziewczyny, która akurat do nas dołączyła w klubie. Obserwowałam ich… dała mu kosza :( Miałam wrażenie, że był rozdarty. Kurcze, ona do niego nie pasuje, dobrze mu życze, nikt nie chce być sam. Raz podeszłam do niego i próbowałam poprawić mu humor, źle wyglądał. Uśmiechnął się i mocno mnie przytulił. Pocałował mnie w czoło i powiedział „Dzięki mała, jest ok’”.

Zamarłam…

Wstałam i poszłam na parkiet, musiałam wyładować te wszystkie emocje. Potem miedzy Zauroczonym a Młodym doszło do jakiejś nieprzyjemnej wymiany zdań, na pewno poszło o dziewczynę. Zauroczony wybiegł z klubu wściekły.

Kiedy wracałam już domu.. wiadomość. Przeprosiny o wyjściu bez pożegnania… O rany! Nigdy tego nie robił, po prostu znikał. Chwile pogadaliśmy i chyba było juz lepiej. I nagle tekst… ‚Przyjedz do mnie, przenocuje Cie żebyś nie wracała sama po nocy do domu’… Zrobiło mi się gorąco… tamtego wieczoru wielokrotnie sprawił, że miałam ochotę… na niego… straszną…  Ale przywróciłam samą siebie do porządku. A w tym momencie miałam ochotę zawrócić. Zamknęłam oczy, policzyłam do 10 po czym odpowiedziałam, ze dziękuje, ale juz prawie jestem w domu. Odetchnęłam, to była dobra decyzja…

 

Zaplątałam się w dość dziwny układ. Brakuje mi ciepła, męskiego dotyku głupiego przytulenia czy schowania kosmyku włosów za ucho… Z drugiej strony znowu to robię, igram z ogniem… Wiem, że przy żadnym z nich nie odnajdę tego, czego szukam. Nie chce dawać nadziei,  tylko z Młodym mogę pożartować, w innych przypadkach moje żarty są odbierane inaczej… zbyt osobiście, jako zaproszenie.

Miotam się… nie chcę tego spieprzyć. Jeśli spieprzę, będę musiala odejść, znowu stracę miejsce w grupie, a tym razem bardzo tego nie chce.

 

Nie potrafię się zakochać! Nie potrafię się zaangażować. Potrafię być kumplem, towarzyszem do wspólnych rozmów, picia, gadania, słuchania, ramieniem do wylania żali i wypłakania się, do głupich żartów. Ale kiedy sytuacja choć troszkę się zagęszczą, chcę ucieć. Gdyby chodziło tylko o seks.. każdy czasem tego potrzebuje, bliskości, cielesności, spełnienia.

Ale nie, tu są jeszcze silne emocje. Wszyscy faceci są po przejściach, trudnych, które cały czas mają na nich silny wpływ. A gdzie ja w tym wszystkim jestem? Czemu znowu nagnam dla nich swoje ja? Czemu zgadzam się być przy nich kiedy mnie potrzebują, mimo że nie zawsze sama mam na  to ochotę, nie zawsze mam ochotę ich słuchać albo wspierać. A mimo to robię to!

NIE CHCE ZNOWU STRACIĆ TOŻSAMOŚCI!

Boję się… staram się być sobą, znaleźć odpowiedzi, własną drogę, własne szczęście, spokój, miłość, oparcie, przyjaźń…  Potrafię być niewidzialna, zagubiona i wycofana… nie wierząca w siebie, potrafię być wredna i ironiczna, potrafię być intrygująca i uwodząca… Tyle twarzy, tyle pragnień, tyle sprzeczności… Czemu to wszystko zawsze jest takie skomplikowane?

 

 

 

Test wytrzymałości

Ostatnie 3 tygodnie to jakiś koszmar… najpierw grypsko, potem ogólny spadek formy. Ledwo wróciłam do pracy i wróciły problemy z żołądkiem i migreny. Nie wytrzymywałam z bólu… znowu zaczęłam łykać garściami tabletki przeciwbólowe, wychodzić do toalety, bo nie dawałam rady usiedzieć przy biurku. Wróciły te paskudne dni, które przez tyle lat uprzykrzały mi życie. Życie… co to za życie… Z bólu tracisz przytomność i traktujesz to jako zbawienie bo wtedy chociaż nie czujesz bólu… światłowstręt, dźwiękowstręt, mdlości, zaburzenia widzenia, równowagi i do tego przeszywający ból brzucha… taki stan utrzymywał mi się przez ostatni tydzień non stop aż do dzisiejszego dnia do południa. Kolejny zmarnowany czas, niewykorzystany weekend… brak sił…  Zamykasz oczy i pragniesz tylko o własnych siłach dotrzeć do domu i położyć się we własnym łóżku.

Jeśli tak dalej ma to wszystko wyglądać to ja dziękuję, wysiadam…

Znajomi polecili mi jakiś czas temu lekarkę mongołkę… poszłam, przepisała zioła. To było w październiku zeszłego roku. Nie wierzyłam że coś pomoże… pomogło… po 2 miesiącach łykania i picia tych świństw pierwszy raz od wielu lat przeżyłam całe dwa miesiące mogąc normalnie jeść, bez migren!!! Nagle miałam energie, mogłam się skoncentrować, miałam siły i chęci do działania. Chciało mi się żyć, to było cudowne… Jak nie wiele potrzeba czasem…

Ale przestałam łykać zioła i przyszedł luty, samopoczucie zaczęło sie znowu pogarszać, aż doszło do stanu, który przestał być dla mnie granicą bólu do zniesienia. Poszłam znowu po te magiczne zioła. Od tygodnia znowu siłą je w siebie wlewam, bo są obrzydliwe… ale walczę. Jest odrobinę lepiej, żołądek juz tak nie boli, ale migreny nadal dają popalić.

Do tego dołożyć ostatnią pełnię i przesileni wiosenne, które dopadło większość znajomych…

W takich momentach tracę wiarę na lepsze jutro, nie mam siły walczyć każdego dnia i każdej nocy, prosząc bo cichu, żeby sobie już było lepiej, znośniej… mam nadzieje, ze ostatnie dwa miesiące nie będą jedynymi które bedę tak dobrze wspominać. Walcze dalej, ale nie wiem, ile jeszcze sił mi starczy :(

A jak byłam mała, to wydawało mi się, że każdy tak się czuje… że taki stan jest normalny… oby zioła okazały się skuteczne skoro medycyna nie daje rady :( I jak tu mieć siłę na normalne czynności?

Za tydzień wyjazd, chce w końcu odpocząć, w sobotę z fajnymi znajomymi jedziemy do trójmiasta, zapowiada sie fajna wycieczka. Modlę sie w duchu i jak mantrę powtarzam „będzie dobrze”. Bardzo chcę żeby było…. bardzo… potrzebuję odpoczynku od pracy. Dzięki nim odliczam już dni, wspierają mnie cały czas, nie wiedząc nawet do końca co się dzieje. Ale to nie ważne, codziennie ktoś pisze, dzwoni, pyta – to strasznie miłe :) Zawsze sie broniłam przed tym, zgrywałam twardzielkę, bo przecież dam sobie radę sama. Dziś czuję, że to nie prawda, bo już nie daję rady sama. Więc już nie odrzucam i nie ignoruję takich telefonów, na prawde doceniam troskę, nawet jak opowiadają mi kompletnie beznadziejne historie z imprez na które nie dotarłam, to potrafia sprawić że chociaż na chwilę się uśmiechnę, albo pomyśle o czym inny i nie ważne że czasem przerywam rozmowę, bo muszę zniknąć w ciszy… oni tam po prostu są :) Bezcenne :)

Dlatego teraz z całej siły ściskam mocno kciuki tym razem sama za siebie, żeby w końcu znów się polepszyło, żeby wyjazd się udał, żeby wrócił spokój ducha i ból zniknął… kiedyś myślałam, że ból psychiczny jest silniejszy, dziś już nie jestem tego taka pewna.

No to za lepsze jutro ;)

No nie chce się i już!

Minął styczeń… pełen energii ,szaleństwa, spontaniczności i emocji. Po nim przyszedł luty, fajny taki, zdroworozsądkowy i porządkujący po styczniowym szaleństwie. I skończył się… sentymentalnie.

Nie będę ukrywała, że ostatnie dwa lata były i nadal są dla mnie bardzo stresujące. Fuzja w firmie, długotrwała restrukturyzacja, ciągłe zmiany, pożegnania i brak wiary w lepsze jutro, coraz więcej pracy która przynosi coraz mniej satysfakcji i wykańczająca atmosfera w zespole, który w każdej chwili może zostać rozwiązany. Myślałam, że po tak długim czasie jestem już ponad tym, stres jest ale mniejszy, że już coraz mniej jestem podatna na plotki, panikę, agresywne zachowania i wybuchy niekontrolowanej paniki. Tymczasem przeszłam chyba na inny level nie etap.

Na zakończenie lutego w zeszły weekend firma jak co roku zorganizowała konferencje firmową dla wszystkich pracowników z całej Polski. Postawiłam sobie za punkt honoru aby pójść, bo to ostatnia szansa aby spotkać się z wieloma osobami, z którymi jednak kawał czasu w tej firmie przepracowałam. Mam już dość niekończących się pożegnań, nie jestem w stanie wydajnie pracować. Budzik dzwoni co rano o 6 a ja go nawet nie słyszę. Budzę się godzinę później i beznamiętnie po krótkiej analizie sytuacji przekręcam się na drugi bok. o bo po co wstawać. Efekt? Dochodzi 8 rano a ja dalej leże w łóżku, kombinując, co tu zrobić, aby nie iść do pracy… przytłaczające…

I tak w zeszłym tygodniu odpuściłam 3 dni pracy pomimo ogromu terminów, nawału zadań… nie lubię zawalać terminów. Zmogła mnie grypa, albo jakieś wirusisko. I co ciekawe, przespałam wszystkie te dni. Wstawałam o dziwnych porach, piłam swoje specyfiki ziołowo warzywne i padałam dalej. Zero sił… jak pojechałam do lekarza, wejście po schodach do metra stanowiło dla mnie jakieś nieziemskie wyzwanie… bezradność i złość krzyczały w mojej głowie!!!

Ledwo wróciłam do pracy od razu dostałam zgode szefowej na nadgodziny, potrzebowałam pracy i musiałam nadgonić zaległości. Straszne te moje skrajności :( najgorsze, że sama sobie funduje takie atrakcje. Efekt?? Potworne zmęczenie. Jeden weekend przeleżałam w łóżku z temperaturą. Kolejny odpuściłam również, bo nie dałam rady fizycznie, padałam na pysk. W sobotę poszłam tylko na konferencję już słabo się czując a w efekcie kompletnie się zrobiłam kilkoma drinkami.

Dotarło do mnie jak wielu osób już nie ma, po 10 latach pracy w jednej firmie doszłam do etapu że byłam w tłumie ludzie, gdzie większości z nich w ogóle nie znam… Pozostała nas garstka… Przytłaczające. Wróciłam do domu przygnębiona. Zbyt szybko wypity alkohol doprowadził mnie do jeszcze gorszego stanu. W domu byłam przed 20, rozebrałam się, połknęłam tabletkę przeciwbólową i wlazłam pod kołdrę. Obudziłam się w środku nocy z bolącym brzuchem, głową i dusznościami. To było straszne… Kolejna partia tabletek przeciwbólowych, świeże powietrze. Od tamtego wieczoru każdy kolejny dzień to jakaś porażka… W poniedziałek nie dotarłam do pracy… Samopoczucie było coraz gorsze, żołądek podchodził mi do gardła, nogi się pode mną uginały…. Koszmar jakiś.

Gdzieś zniknęło moje wewnętrzne poczucie radości, optymizmu. Przyszedł jakiś cholerny dół. Chodzę bo chodzę, wstaję bo wstaję, mimo że kilka minut po 8 próbując zdążyć na 9 do pracy. Wróciło paskudne samopoczucie, brak sił, koncentracji, problemy ze skórą. Włosy wypadają mi garściami. Aż boję się włożyć szczotkę we włosy. Na jedzenie patrzeć na mogę, wszystko podchodzi mi do gardła. Jestem zmęczona pracą, jestem zmęczona hałasem i jestem zmęczona zmęczeniem. Tęsknię za moją styczniową energią.

Nie wiem ile jeszcze wytrzymam tą całą sytuację i brak umiejętności podjęcia konkretnej decyzji. Potrzebuję zmiany. Zmiany pracy i działań. Ale nie mam na to siły, nie potrafię myśleć racjonalnie, ocenić danej sytuacji… czuję, że się zapętliłam. Mam nadzieję, że to szybko się zmieni na lepsze i powrócą te dobre emocje.

Emocjonalna ruletka

Ostatni powrót do pisania traktuję chyba jak własną terapię, głośną rozmowę mojego introwertycznego ja z tym ekstrawertycznym.

Tak wiem, miałam nic nie pisać, nie zapeszać, ale jak mam to zrobić, gdy wszystko dosłownie krzyczy we mnie. Liczyłam na odrobinę ciszy w mojej głowie, spokoju… W końcu nawet głupia grypa wie kiedy wprowadzić się do Ciebie, wygrać negocjacje z Twoim własnym organizmem i zarządzić decyzją nieodwołalną zmianę harmonogramu czytaj zamknięte do odwołania. Dawno mnie tak nie rozłożyło w tak krótkim czasie. Same atrakcje, najpierw ogień w środku, potem helikopterki, potem dreszczowce i to wszystko bez alkoholu. Prychanie, kichanie i smarkanie w gratisie :D  Jedyny plus całości seksowny zachrypiały głos. I tu plusy się kończą bo poza szefową jakoś nikt nie dzwoni… ;)

Tym czasem zamiast spokojnie sobie chorować jak na wykończonego człowieka przystało ja znowu spać nie mogę… Imprezowe ciuchy ponownie zastąpiły wytarte dresy, zamiast makijażu gustowne sińce pod oczami, twarz blada jak ściana, piękna fryzura zastąpiona niechlujnie związanymi włosami w kucyk… I dobrze mi z tym, potrzebowałam przerwy. Ale przerwy od wszystkiego. A ten jeden człowiek chodzi ciągle po mojej głowie i tupie głośno…

Tydzień temu w klubie trochę się przestraszyłam… czego? no jak to czego? Własnych myśli :) To niesamowite jak szybko i zarówno nieświadomie potrafię się wkręcać w różne sytuację. Tamtego wieczoru bawiłam się cudownie. Nie pamiętam dawno takiej imprezy. A mimo to skorzystałam, że kumpela wychodziła wcześniej i zabrałam się razem z nią. W ramach opanowania się odprowadziłam ją jeszcze na dworzec autobusowy. Nie wiem ile czasu wracałam do domu… długo na pewno. Potrzebowałam świeżego powietrza, głosu rozsądku, potrząśnięcia…

Broniłam się jak tylko potrafiłam. Ale On, nazwijmy Go Pan Niespodziewany, zapałał chyba większą potrzebą spędzania ze mną czasu. Super nam się gadało i faktycznie spotykam czasami ludzi z którymi bardzo szybko łapię kontakt i mogłabym gadać o wszystkim i o niczym bez końca… I Pan Niespodziewany to podłapał… może właśnie tego potrzebował, żeby ktoś Go wysłuchał, rozbawił, wyraził swoją opinię. A ja zauważyłam w Nim tak niesamowicie wrażliwego człowieka, wartościowego i ciekawego a przy tym zranionego, że nie mogłam tam po prostu nie siedzieć obok niego i Go nie słuchać. Na moment straciłam nawet świadomość, gdzie jestem….

Po powrocie do domu obiecałam sobie dystans. Ale Pan Niespodziewany nagle napisał na komunikatorze. Znowu długo gadaliśmy o wszystkim i o niczym. I tak codziennie… On pisał, ja odpowiadałam. Zaproponował, że zabierze mnie w weekend na lotnisko pokazać fajne miejsce. O matko, jak dziecko się cieszyłam, usiadłam po turecku na łóżku i zaczęłam klaskać ze szczęścia…. aż do mnie dotarła moja reakcja i popukałam się w czoło. No stare to i głupie nic dodać nic ująć! Heh…

Następnego dnia otwieram komunikator a tam wiadomość… Pan Niespodziewany zostawił swój numer telefonu dla lepszego kontaktu :) I w tym momencie nastąpiła kolejna dość ekspresyjna reakcja… Hmm… jak ktoś by tak stał obok i obserwował, to by pomyślał, że troszku nie do końca pełnosprytna jestem. Po odstawieniu dzikiego tańca radości pozostawiłam oczywiście namiary na siebie.

Tymczasem dopadło mnie to wredne coś, co pod koniec tygodnia mnie obezwładniło, zapewniło chwiejny i niepewny krok i wylądowało mną w łóżku w pełnym ubraniu z głośno szczękającym uzębieniem. W robocie sajgon, najgorszy okres, w weekend same imprezy + ten wypad na lotnisko…. no żesz muszę cudownie ozdrowieć. Efekt???? Do prawie samiuśkiego końca się nie przyznałam, że leżę jak betka przykuta do łózka w stanie tragicznym. No bo przecież dam radę :)

No wiec odpuściłam już piątek, siedzę sobie grzecznie zapuchana pod pierzyną z lapem na kolanach i konwersuje z innymi zagrypionymi co to w domu zostali :) Ha ha hi hi, ja tu biorę tel do ręki a tu wiadomość sprzed godziny od Pana Niespodziewanego. Hmm… jest na imprezie firmowej i pisze do mnie, fajnie ;) Ależ to było miłe… A ja czułam się fatalnie. Z jednej strony choróbsko mnie rozkładało, z drugiej ta niesamowita wewnętrzna siła pchając mnie żeby w sobotę z Nim pojechać…. Nie dopuszczałam do siebie i myśli, że nie dam rady. Posłuchałam głosu rozsądku i zostawiłam sobie jednak furtkę. Napisałam, że przeziębiona jestem :P i poproszę o toast za moje zdrówko.

Poranek nie był miły… obudziłam się o 6 rano. Aż normalnie zapisałam w kalendarzu, że obudziłam się sama w sobotę o 6 rano!!! Zatoki wołały o pomstę do nieba, kinol zapchany. Głos? Ktoś wyłączył bo nawet chrypka przestała działać… AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA Cóż za niesprawiedliwość…. Zakopałam się pod kołdrę. Jak małe dzecko. nie wiem co sobie myślałam, że jak się schowac to co? Potwory znikną? Nagle ozdrowieje? Sierściuchowata zobaczyłam że otworzyłam jedno oko to od razu przybiegła, wpakowała mi się do łóżka i bach, padła prawie na moją twarz, wtulają się w szyję i chowając tylne łapki w moją dłoń… Przysnęłam… na 10 minut. i tak co chwile. Cudownie, nie ma to jak udawać że wszystko jest ok. Przeciągnęłam całą impreze do 9 rano. Wyjrzałam za okno. Miało świecić piękne słońce, a tam zimno, wietrznie i pochmurno. Z ogromnym bólem serca odwołałam nasze spotkanie :(

Tak tak, wiem, postąpiłam słusznie, ale skąd ten wewnętrzny głos, pchający mnie do tak różnych rozterek… Gdzie mój chłód i zimna kalkulacja, szybkie decyzje? Skąd takie zamieszanie?

Pan Niespodziewany tymczasem odzywał się dalej. Pisał wieczorem że w końcu przez przypadek trafił do klubu, i pisał kolejnego dnia. I pytał o zdrówko i znowu gadaliśmy o wszystkim i o niczym. A dziś… dziś pogadał ze mną jak z przyjaciółka… Opowiedział o ostatnim ciężkim zawodzie miłosnym po którym jeszcze nie doszedł do siebie, ale po mału wraca… I nie, nie był to żaden chwyt ani ściema. Gadaliśmy do późna… ale podczas tej rozmowy zrozumiałam jedno. On traktuje mnie jak przyjaciela, zaufana osobę, której może się wygadać, zwierzyć… nie jak kobietę… I tu nagle posmutniałam…

Im dłużej z nim rozmawiam, tym bardziej ten wewnętrzny głos w mojej głowie sieje zamęt. Coś mnie do niego ciągnie i nie umiem nad tym zapanować, mimo że na zewnątrz zachowuję pozory. Słucham, doradzam, rozśmieszam… Z kimś takim przy boku mogłabym być szczęśliwa… ale nie z Nim jako przyjacielem. I nie rozumiem…. czy to możliwe ze tak nagle się pojawił, tak nagle zawładnął moim czasem, nagle tyle rzeczy razem dzielimy, wspólne plany jak bedzie ciepło, że tu na rowerach pojedziemy,,a to tam mnie zabierze, a tu zna fajna knajpke, to na piwo koniecznie musimy tak skoczyć …. i że co, że tylko kumpela? No niech mi to ktoś wyjaśni, bo ja nie pojmuje.

No dobra, ma facet nadal złamane serce, zaczał wychodzić do ludzi, wracać do własnych pasji. Nagle tyle mi o sobie mówi, u emocjach, uczuciach, byłych…

No żesz to się przecież kupy nie trzyma! No więc??? Co jest grane???

I jeszcze mi powiedział, że powinnam znaleźć sobie faceta i zacząć życ w końcu swoim życiem (to w odniesieniu do moich relacji z rodzicielstwem….). No kurde, właśnie z takim jednym gadam, haloooooo…….

Ech…. no i nie wiem co myśleć. Jak to jest, że Ci faceci, którzy mnie wyrywają, w ogóle mnie nie interesują, albo wnoszą z sobą tylko chemię, tą fizyczną… A jak już ktoś mi się spodoba, z kim wiem, że mogłabym super spędzać czas, mieć oparcie mając w Nim przyjaciela i faceta, to właśnie takie historie…. Gdzie haczyk? Gdzie pułapka? Co robię źle? Czego nie widzę? Ależ ja chcę znaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania….

Na pożegnanie napisał, że jutro też tu będzie, jak będę miała chwilę to mogę napisać… Ależ ja mam mnóstwo chwil…. ale jutro idę na zajęcia… obiecałam sobie, że nie zrezygnuję z tego co mi zostało, bo jak On zniknie, nie mogę znowu zostać z niczym, coś swojego muszę mieć!

Dalsza droga :)

Odkąd zaczęłam wychodzić do ludzi, nie mogę się nadziwić, ile rzeczy dzieje się w moim życiu, jak wiele różnych emocji, przemyśleń, spostrzeżeń… Wspaniałe jest to, że każdego dnia ktoś jest, są ludzie :) Odzywają się na necie, na telefonie, na maila… jak ja mogłam wcześniej bez tego żyć? Jak to możliwe, że kiedyś ten cały zgiełk i zamieszanie tak mi przeszkadzały, wręcz męczyły?

Wiem, że się powtarzam, ale nadal nie mogę pojąć w jaki sposób człowiek może się nagle aż tak zmienić :)

Jak też ostatnio wspomniałam, uwielbiam poznawać nowych ludzi, każdy wnosi coś nowego do mojego życia. I tak Pana Żyrafy już nie ma. Było tylko to jedno spotkanie, więcej się nie odezwał. Czy żałuję? Oczywiście że nie. Jakiś cudem nauczyłam się po prostu być w danej chwili i w tym momencie cieszyć się tym co jest. Pan Żyrafa tamtego wieczoru wniósł bardzo dużo spokoju. Poczułam się, jakbym przeniosła się do innego wymiaru, innego świata :) I t było fajne. Nie dyskutowałam z tym, nie chciałam nic zmieniać, po prostu w tym byłam i obserwowałam i słuchałam i to było super :) Po dość nerwowym dniu odpoczęłam psychicznie. I nie, nie zastanawiam się, czemu Pan Żyrafa więcej się nie odezwał. Nie mam takiej potrzeby. Cieszę się, że miło spędziłam tamten wieczór i że poznałam istotę z innej galaktyki :) Która nie żyje w pędzie, jest trochę oderwana od całego zgiełku, fałszu i pogonią za kasą, potrafi docenić piękno przyrody i sztukę. Takie wrażenie odniosłam :)

Pomyślałam sobie, idę dalej :) Aby tradycji stało się zadość, kolejny weekend i kolejna impreza w klubie. I po raz kolejny w nowym klubie :Ale do tego jeszcze wrócę…

Po miesiącu styczniu pełnym zwariowanych wydarzeń i dość silnych emocji przyszedł dość chłodny luty. Krótkie kalkulacje, szybkie decyzje. Ileż ja bym dała, żebym zawsze tak potrafiła!!!!! No i przyszła jedna chwila słabości pod piękną i jakże znaną wielu kobietom nazwą CHANDRA. Tak tak, wszystkie dobrze ją znamy. Kiedy się pojawia, albo sieje spustoszenie albo powoduje rzeczy do których się nie chcemy potem przyznać :P Mnie doprowadziła pierwszy raz w życiu do pustego portfela :D Po tylu latach w końcu poszłam do kosmetyczki. Koleżanka w pracy poleciła, że cudowna kobitka, profesjonalna, że salon wyglądem odstrasza, ale jak już wejdziesz, przekroczysz magiczny próg i znajdziesz się w innym świecie :D I tak się stało :) Straciłam poczucie czasu i poczucie rzeczywistości, to było lepsze niż nie jeden seans psychologiczny :D Efekt końcowy? Cudowny!!! Piękne czerwone paznokcie, cudna skóra, zrelaksowane ciało… i powrót z drugiego końca miasta 0 21 do domu w środku tygodnia :D Cóż mi więcej było potrzeba? Prysznic, lampa dobrego wina, odrobina ulubionej muzyki i ciepły koc :D

No dobrze, pomyślałam, to skoro już tak szaleję to czemu nie pójść dalej? No to poszłam. Weekend… wyspana i rześka wstalam przed południem, ogarnęłam kawę i słuchając wewnętrznego głosu pobiegłam na bazarek do ulubionego butiku z ciuchami. Połowa miesiąca a ja oszalałam, wydając ostatnie pieniądze z pensji. Ale warto było. W końcu kupiłam sobie świetne ciuchy w których mogę chodzić na imprezy :D i miałam gdzieś, że do końca miesiąca o chlebie i wodzie, a co tam warto!

No to skoro już czuję się zrelaksowana, mam zajebiste paznokcie, wypoczęta buźkę i zajebiste ciuchy no to w końcu jak tu nie iść do klubu :) I to był chyba najfajniejszy wieczór jaki mi się przytrafił. Sporo znajomych już pyszczków, sporo nowych do poznania. Poszliśmy kilkuosobową ekipą, wiec od samego początku było mi raźniej. Pierwsze wrażenie dość… hmmm… zaskakujące. A czemu? A bo średnia wieku mocno przekraczała 50 lat ( jak nie sporo więcej) co było ciekawym doświadczeniem. Zamówiłam drinka i zrobiłam mały research ;) No to pomyślałam, że trzeba wyluzować i się wyszaleć. W końcu fajnie, ze i takie osoby chodzą się pobawić :D Tylko muzyka średnio mi pasowała. Ledwo ulokowałam swoje cztery litery na pufie, popijając ulubionego drineczka, zaraz znalazł się znajomy Pan od pingwinów :) No to się przysiadł i tak gadaliśmy drinkując. Ledwo kolega odszedł zapalić, drugi się przysiadł. Ale temat rozmowy mocno mnie irytował (jak można gadać o tabletkach gwałtu jeszcze do tego życząc dziewczynie takiego zakończenia wieczoru…). Popukałam się w czoło i poszłam na parkiet. I wywijałam ostro przy podrygujących obok mnie całkiem niezłych 50-tkach :) A znajomi sączyli sobie % odpoczywając :) No to pomyślałam sobie no i co że ja tu sama, muza fajna, nogi podrygują, trzeba się wyluzować :) i się udało :D Nie nie nie , nigdy nie mówiłam, że ja umiem tańczyć. Ale przecież taniec to ekspresyjne wyrażanie siebie :) Tak więc wyrażałam siebie tak jak to czułam i było mi tak dobrze, w dupie miałam wszystkie kompleksy, to miał być mój wieczór. I był :) Nowo poznany kolega co chwila jak przechodził obok, całował mnie po rękach :D Miłe uczucie, nie powiem… ;) A to inny kolega wpadł pożartować. A to inny porwał na parkiet gdzie wywijaliśmy jak szaleni :) A to Zauroczony się pojawił, przyszedł i przytulił i ucałował w czoło i pogadał…

Najciekawsze jest to, ze dopiero po imprezie zdałam sobie sprawę, że prawie całą noc spędziłam na pogaduchach i tańczeniu z jedną osobą. I to chyba wzbudziło ponownie zainteresowanie miedzy innymi Zauroczonego. Ale nie chcę na razie więcej pisać ani zdradzać, bo nie chciałabym zapeszać. Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że odzyskuję wiarę w dobrych ludzi. Oraz w ludzi z podobną wrażliwością do mojej :D I pomimo tego, że uparcie od tamtego czasu się dystansowałam, zamykałam, zaprzeczałam, każda wiadomość od tej osoby przyspiesza bicie mojego serca. Nie, nie zakochałam się. wiedziałabym o tym. Gadam ostatnio z moim rozsądkiem i nie są to łatwe rozmowy. Wiem, że Rozsądek mnie nie oszukuje. Intuicja też nie. Nie rozumiem jednak czemu moje ciało reaguje inaczej niż mój Rozsądek podpowiada… I pomimo mojej ignorancji, wycofania, braku inicjatywy On ciągle się pojawia na chwilę i przynosi uśmiech :) Ot tak po prostu… Chciałabym cieszyć się tym uczuciem jak najdłużej :D

I jeszcze jedno… patrząc na to wszystko co się dzieje ostatnio na prawdę zaczynam wierzyć, że nie ważne jest moje kilka dodatkowych kilogramów i chomikowe pućki na twarzy. Pięknością też nie jestem. Ale skoro potrafię zaintrygować faceta, skoro potrafię wywołać uśmiech na jego twarzy, wysłuchać go od tak, bo faceci potrafią opowiadać ciekawe historie, i jeśli to powoduje, że oni dzwonią, piszą, a niektórzy nawet się zakochują, ta na prawdę te kilka kg nie ma znaczenia :D Tak chcę się ich pozbyć, ale już tylko dla siebie, dla własnej kondycji i samopoczucia a nie dla żadnego faceta :D

Od kilku dni leżę w domu z jakiś paskudnym grypskiem, ale w głębi ducha szczęśliwa :) Bo mimo, że zamknięta w 4 ścianach to jednak nie sama… Pierwszy raz w moim życiu okazało się, że jak zaufasz ludziom to oni się odwdzięczą. Nie ma chwili, żeby ktoś się nie odezwał, nie zapytał czy nie pomóc, lub nie życzył zdrowia, nie pożartował lub przesłał przepisu na jakieś paskudne ale uzdrawiające ochydztwo do wypicia. Pomimo wielu wyrzeczeń związanych z planami na weekend i nie tylko jestem szczęśliwa :) Wiem, że idę teraz dobrą drogą. Pozostaje tylko jeszcze jedne kluczowy element do zmiany w moim życiu aby było jeszcze lepiej. Co to takiego? A no praca… Trudne decyzje :( Ale w tym roku musi się udać :D

Komfortowo

Zastanawiacie się czasem czego chcecie w życiu, czego szukacie, co Wam przyniesie radość i szczęście??? I nie pytam o to, jak powinniście czuć, co zrobić, ne pytam o zadowolenie przyjaciół, rodziny, środowiska, otoczenia, tylko o to co siedzi w środku, o to wewnętrzne ja.

Na ile potraficie podążać w życiu swoją własną ścieżką? Nie ważne czy dobrą, czy złą ale własną.

Ostatnio kilkukrotnie w moim życiu pojawiło się jedno hasło, jedno zdanie, a mianowicie: „Życie trzeba przeżyć tak, żeby było wstyd opowiadać ale przyjemnie wspominać”. Pokochałam to motto. Dzięki niemu inaczej patrzę na swoje życie. Może przypisuję tu dużą wagę do tego zdania, ale odkąd je przeczytałam, wiele rzeczy nabrało sensu i barw. W takim momencie pojawia się na mojej twarzy ironiczny uśmieszek… bo mam kilka takich chwil i dobrze mi z tym.

Po co tak na prawdę żyjemy? Dla kogo? Czemu tak często zapominamy, że jesteśmy wolnymi ludźmi, mamy prawo mieć własne zdanie, poglądy, uczucia, marzenia i zachcianki. Podporządkowywanie się innym to jak zamykanie się w klatce na własne życzenie.

natureJa miałam ogromną klatkę z grubymi prętami. Na własne życzenie. Nadal ją mam, ale już mniejszą, słabszą :) Radują mnie bardzo takie chwile, kiedy słowo „życie” na prawdę nabiera znaczenia. Każdy kolejny dzień jest inny, każdego dnia to ja decyduję w ogromnym stopniu jaki będzie i jak się skończy.

Jakiś czas temu padł mi akumulator w samochodzie. Ku mojej rozpaczy zorientowałam się w momencie, gdy wbiegłam na parking i chciałam na złamanie karku pędzić po znajomą i jak zwykle byłam już w lekkim niedoczasie. Wkładam kluczyk do stacyjki a tu.. cisza… Ani kaszlnięcia, warknięcia… nic. Zdechł. No to w te pędy do komunikacji miejskiej. Byłam dwie minuty przed czasem na miejscu na drugim końcu miasta, co nie zmienia faktu, że problem samochodu pozostał problemem.

W międzyczasie poznałam na internecie Pana Żyrafę. Skromnie wyjaśnię, że mówimy o wzroście ponad 2 metrów :D Pisaliśmy i pisaliśmy.  Ja ironiczna i złośliwa, czasem zatroskana. On- nieugięty, tajemniczy i zaskakujący. Twardy orzech do zgryzienia. Nie dawał za wygraną. Dawno już nikt mnie tak nie zaintrygował. Oczytany, błyskotliwy, szczery momentami aż do bólu i… samotny, co dało się wyczuć między wierszami. Co było dodatkowym czynnikiem? A no właśnie owe motto o którym wspominałam… Znalazłam je również u Niego w opisie…No to pomyślałam sobie, że w znaki trzeba wierzyć, intuicji słuchać i w końcu się spotkać. A spotkanie zaczęło się klarować od tematu mojego akumulatora. Pan Żyrafa obiecał podjechać do mnie na parking i podrzucić prostownik a potem porwać mnie do kina.

Niestety… Pan Żyrafa dnia następnego skasował samochód… :( Hmm… I postanowił, ze spotkamy się w kinie i On z tym prostownikiem w plecaku do kina…

Moja wyobraźnia nie potrafiła tego ogarnąć… No bo jak… No ale obiecałam i do kina pójdę! A co tam że środek tygodnia późnym wieczorem na drugim końcu miasta. Prostownik się przyda :D Samochód się przyda :D

Byłam kilka minut przed czasem, weszłam po schodkach i usiadłam na kanapie. Po przekątnej siedział jeden gość, podobnego wzrostu, zarośnięty, z wąsem,  sporo starszy i powodował u mnie potrzebę natychmiastowej ucieczki. Miał ze sobą plecak… Nagle naprzeciwko mnie padł na kanapę inny gość. Z mocną nadwagą, tłustą blond czupryną, w pogniecionych ciuchach, szalonym spojrzeniem i … plecakiem…

Obaj panowie co chwila wpatrywali się we mnie i stukali coś na smartphonach… O mamusiu, tego było za wiele, niech tylko Pan Żyrafa teraz do mnie nie zadzwoni, bo nie odbiorę, a jeśli to jeden z tych dwóch. i w tym momencie zadzwonił Pan Żyrafa… Wyciszyłam telefon, poderwałam się i po schodkach na dół w długą… Serce mi waliło jak oszalałe. A intuicja kazała się zatrzymać. Zatrzymałam się… pomyślałam, że tak nie można, oddzwonię. Wybrałam numer Pana Żyrafa i stanęłam przed schodkami. Podniosłam głowę i ujrzałam Go… zbiegał ze schodów w moją stronę uśmiechnięty. Jakaż wielka była moja radość!!!!!! Tak, to nie był żaden z tych dwóch typów…

I na szczęście nie miał plecaka :D Co oznaczało, że mój samochodzik jeszcze trochę pośpi tej zimy :P

I muszę się przyznać, że spędziłam bardzo miły wieczór. Film był super- bardzo stary film, do którego zespół podkładał na scenie muzykę i dubbing. Mistrzostwo świata zrobione z jajem :D Tak więc był humor i dużo śmiechu. I było coś jeszcze. Niby nic takiego, spędziliśmy razem chwilę przed filmem rozmawiając, a potem wspólnie w kinie oglądając film. A ja poczułam się jakbym siedziała w domu, otulona kocem, z lampką dobrego wina w ręku, oglądając film z interesującą osobą u boku. Zrobiło mi się ciepło, w środku poczułam niesamowity spokój i harmonię. Bardzo mi ostatnio brakowało tego uczucia. Czułam się KOMFORTOWO :) Mogłam mówić, milczeć, śmiać się… każdy scenariusz był dobry.

Warto było po raz kolejny podjąć ryzyko, warto było posłuchać intuicji, warto poznawać nowych ludzi, bo uczucie które się potem pojawia, wynagradza wszystko. Uczucie, że żyjesz :D

 

Takie tam refleksyjne przemyślenia…

Poprzedni post był dość osobisty, ale opisanie całej tej sytuacji pozwoliło mi na porządną refleksję. I jak najbardziej teraz mogę potwierdzić, że to nagła potrzeba bliskości kompletnie mnie zaślepiła. Przed dobre dwa tygodnie dosłownie pożerały mnie tak skrajne emocje, że nawet gdybym chciała, nie potrafię ich wyrazić. To niesamowite, że kiedy po tylu latach samotności, kiedy człowiek w końcu się otworzy na inną osobę, może się aż tak zagubić.

Nie, niczego nie żałuję :) Z tych złych chwil wyciągam wnioski dla siebie i naukę na przyszłość. Z tych miłych… uśmiech :) I idę dalej przed siebie.

10410185_877707765607739_8073923310849382353_nDzięki Zauroczonemu nagle zaczęłam chodzić w weekendy do klubów – potańczyć. Przez całe swoje życie chyba nie odwiedziłam tylu klubów co ostatnio. I mimo „rozstania” Zauroczony dalej do mnie pisze  przed imprezami małą grupą znajomych spotykamy się jeszcze na jakieś piwko, pogadać :) Tyle że od momentu wejścia do klubu wchodzimy już do szerszej grupy znajomych i w zasadzie bawimy sie oddzielnie. I szczerze mówiąc nawet mi to odpowiada.

Mimo, że ciągle zadaję sobie pytanie, co ja tam robię? Bo kluby to nie do końca moja bajka. Tłumy, duchota, okropnie głośna muzyka, krzyczące tłumy. To wszystko na dłuższą metę staje się męczące.

Na początku zła i zazdrosna co chwila schodziłam z parkietu i beznamiętnym wzrokiem obserwowałam, jak Zauroczony obtańcowuje po kolei dziewczyny w klubie. Ależ mnie to wkurzało. Nie, nie to że obtańcowuje, tylko to, że mnie to wkurza. Bo co mnie to w końcu interesuje. Co jakiś czas w mojej głowie pojawiał się kolejny plan, żeby zawrócić ponownie w głowie Zauroczonemu. Ale po co do cholery? Niby co miałabym takim zachowaniem sobie udowodnić? Przecież doskonale wiem, że z tym facetem nie stworzę nigdy udanego związku… więc po tracić fajną znajomość i tracić szacunek do samej siebie!?!?! To, co działo się w mojej głowie, bardzo mi się nie podobało!

Przetrwałam jedną okropną imprezę w klubie, gdzie nagle zostałam sama na parkiecie, nie było wokół mnie żadnej znajomej twarzy. Hałas i te obce tłumy, że nawet na milimetr nie można było się ruszyć, powodowały że wszystko we mnie krzyczało żeby uciec. Wytrzymałam do 1 w nocy, w końcu uciekłam, pobiegłam do szatni, odebrałam swoje ubranie z szatni i wyszłam na powietrze. Zachłysnęłam się aż świeżym powietrzem. Miałam gigantycznego doła, wróciłam do domu i próbowałam znaleźć sobie miejsce. Nie potrafiłam… Spałam źle. Kolejny dzień też był ciężki. Ale obiecałam sobie, że się nie poddam, nie tym razem i nie tak łatwo. Muszę w końcu się nauczyć słuchać siebie, funkcjonować w społeczeństwie, dowiedzieć się dokąd zmierzam.

Minął tydzień od tej potwornej imprezy i rozstania. Zauroczony znowu się odezwał z propozycją spotkania. Ponieważ ledwo trzymała się na nogach, zakatarzona i wykończona ledwo wróciłam do domu, zakopałam się pod pierzynę i odpisałam że przepraszam, ale nie dam rady. I to był pierwszy raz, kiedy odmówiłam i nie żałowałam. Nie robiłam wszystkiego, żeby tylko do niego pojechać. Zrobiłam coś czego na prawdę potrzebowałam- poszłam spać. I pierwszy raz w tym roku przespałam dużo więcej niż 5h i było mi z tym cudownie :)

Za to w sobotę juz nie wytrzymałam. Mimo średniego samopoczucia chciało mi się do ludzi. I tutaj ciekawa sytuacja :) Kilka dni wcześniej w ramach relaksu do pracy umówiłam się z inną ekipą znaną już trochę na necie do kina na Pingwiny z Madagaskaru :) Film na prawdę  polecam, płakałam ze śmiechu i na prawde się zrelaksowałam. Zastanawiam się czasem, czy kreskówki na pewno są dla dzieci… :) W każdym razie na film przyszło tylko 2 kumpli, reszta nie dotarła… no to się zapoznaliśmy uściśnięciem dłoni, a po filmie każdy poszedł w swoją stronę. Może kilka słów zamieniliśmy.

No to w sobotę poszliśmy sobie w kilka osób do knajpki na piwko i potańczyć przed klubem, kilka nowych twarzy było. A tu nagle dołączył do nas kolega z kina od Pingwinów :) Zauroczony nagle wielce zdziwiony, że skąd my się znamy i w ogóle posypało się milion pytać, że jak, że gdzie, że kiedy. I wtedy do mnie dotarło, że to jest to, muszę iść dalej, poznawać nowych ludzi, nie oglądać się na przeszłość. Z kolegą od Pingwinów przegadałam z pół wieczoru, rozmowa toczyła się całkowicie naturalnie a humor dopisywał. Kolejna ciekawa osobowość :) Co ciekawe, im bardziej staram się nie patrzeć na facetów jak na facetów, ale ze zwyklej ludzkiej ciekawości próbuje ich poznać, po prostu cały czas ktoś obok mnie jest i uparcie proponuje kolejne spotkanie. Ciekawy mechanizm… Bo nie szukam randek i faceta, w każdym razie nie na siłę. A efekt jest taki, że kilku ostatnio poznanych ludków w dość ciekawych okolicznościach próbuje mnie wyciągnąć a to do kina, a to do pubu, a to do teatru, do klubu….  Kiedyś nawet bym się nie zastanawiała, zmieniała swoje wszystkie plany byleby pójść. Dziś przeprowadzam kalkulację, nie odwołuje swoich zajęć, nie przełożę spotkania z przyjaciółką czy dobrym znajomym lub sprawy waznej dla mnie, trudno. Zaczynam odpowiadać sobie na pytanie, co jest dla mnie ważne. I od momentu kiedy tak podchodzę do sprawy, tym jeszcze bardziej i częściej dostaję kolejne propozycje… Ciekawe zjawisko…

Wracając do tematu – po pubie pojechaliśmy do klubu. Zauroczony z kolegą od Pingwinów nie przypadli sobie do gustu, raczej skakali sobie do gardeł, no ale cóż ja poradzę. w klubie w końcu wyluzowałam, przywitałam się w końcu ze wszystkimi, zamówiłam drinka i poszłam szaleć na parkiecie. Muzyka była super. W końcu czułam że się odnalazłam. Trochę pogadałam trochę potańczyłam iw końcu doceniłam grupę, dzięki nim czułam się bezpiecznie, nie byłam tam sama.

I tak około 2 rano usiadłam w końcu na taborecie, popatrzyłam na grupę i na innych ludków którzy imprezowali. I znowu dotarły do mnie skrajne emocje.

Pierwsza… zamknęłam rozdział Zauroczonego, dotarło do mnie, że udało mi się ogarnąć emocje. Jak razem tańczyliśmy, to już nie było to, było inaczej, ja poczułam się w końcu sobą i szeroko się w duchu uśmiechnęłam. Znowu poczułam się świadomą i wolną kobitką :) Powróciła kontrola, powrócił rozsądek, powróciła chęć walki i poszukiwania siebie, szczęścia, życia, radości.

Druga… patrzyłam na znajomych, tańczących w rytm muzyki. Wielu z nich codziennie uporczywie szuka w życiu szczęścia. Wrzuca na fb na tablice różne motywujące teksty mądrości życiowe. Sama do nich w pewnym stopniu należę. Ale dotarło do mnie czego nie potrafię zaakceptować. Nie chodzę do klubu po to, aby ktoś mnie obmacywał w tańcu, nie szukam uparcie faceta, który ze mną zatańczy, byle jakiego, byleby nie tańczyć sama. Desperacja niektórych osób jest straszna. Aż słabo mi się zrobiło… ja tak nie umiem, choćbym nie wiem ile wypiła, nie umiem. Jeśli idę w takie miejsce, muszę czuć się bezpiecznie. I póki takie poczucie mam, póki otaczają mnie znajomi, którzy nie przekraczają również wobec mnie pewnych granic, jest super :)