Trzy bardzo intensywne tygodnie…

Co zostało w mojej głowie po Sylwestrze? Strach, przerażenie, chęć ucieczki, walka z własnymi myślami, pożądanie, ciekawość, zazdrość, zwątpienie i zakłopotanie. Mieszanka iście wybuchowa…

Kiedy kobieta po wielu latach samotności, skrzętnego budowania wokół siebie muru wyznaczania granic i powtarzania sobie, że jak jest sama to tak jest jej najlepiej chociaż na chwilę zwątpi i wpuści chodź na centymetr bliżej mężczyznę, wtedy głupieje kompletnie i wszystko to co budowała latami, sypie się jak domek z kart.

Od samego początku w mojej głowie istniała myśl, że Zauroczony to po prostu jeden z przystanków na nowej drodze mego życia, odrodzenia i powrotu do żywych. Bardziej nauczyciel niż facet czy materiał na poważny związek. I to siedziało w mojej głowie jako fakt!

Zbyt wiele od samego początku nas dzieliło. On wręcz inwazyjnie wtargnął do mojego świata, przekroczył wszelkie moje bariery, wiec ja natychmiast zaczęłam sie dystansować, uśmiechać ale robić krok do tylu, nie odwzajemniając uścisków, buziaków ani bliskości, no bo jak to tak…

Tymczasem całe moje wnętrze krzyczało o jeszcze… I to był ten czynnik, który rozpierdolił cały system…

Odpychałam Go, broniąc swojej cieżkiej wieloletniej pracy nad własnym systemem obronnym, wzniosłych murów i skorupek, a w środku myślałam, że eksploduje i tym bardziej mnie to przerażało, no bo jak tak można????? Powinnam powiedzieć, że NIE!

Nie powiedziałam NIE…

Dzwonił, pisał, tęsknił… mówił o swoich uczuciach otwarcie, co również mnie paraliżowało, no bo jak tak można…

Zabierał mnie do ludzi, wyciągnął do kasyna, zaciągnął na bilarda, do kina… ciągle nowe pomysły. A mimo to nasza komunikacja kulała coraz bardziej. Ja nerwowa, wciąż skrywająca jakieś głupie bolączki z przeszłości, rozchwiana emocjonalnie, On porywczy i impulsywny, nie cierpiący krytyki i po przejściach. Cudownie…

Jedynie te chwile, które spędzaliśmy sami, były cudowne… :roll:

Wystarczyło, że na mnie spojrzał, a nogi uginały się pode mną. Nie pamiętam aby ktokolwiek kiedykolwiek tak na mnie patrzył…

Wewnętrzna walka we mnie ciągle trwała. Pozwoliłam sobie na kolejną chwilę słabości i po jednej imprezie wróciłam z Zauroczonym i Młodym – jego przyjacielem, do niego do domu. W sumie to ja ich przyprowadziłam, bo dali sobie nieźle w palnik :) Młody fajny gość, dużo ostatnio gadaliśmy. Takie dwa krejzole dostające głupawki, śmiejące się ze wszystkiego i z niczego, tematy sie po prostu nie kończyły. Może to dziwnie zabrzmi, ale w pewnym momencie czułam się jakbym odnalazła młodszego brata :D Chcąc nie chcąc taką zażyłością wzbudziłam zazdrość Zauroczonego. Po kilku próbach położenia Młodego spać w końcu zostaliśmy sami i znowu po moim ciele przebiegały ciary kiedy On tak na mnie patrzył… i całował…

Kolejny krok w stronę zguby. Tak dawno nie angażowałam się emocjonalnie, że to, co sie działo w mojej głowie, to był jakis armagedon!

Z jednej strony było mi dobrze, czułam się podziwiana, pożądana, piękna i mądra. Do tego wspierana na każdym kroku, całowana po rękach, uwodzona i zaskakiwana. Z drugiej strony chciałam uciec… Ale zostałam. Przytuliłam się mocno i zasnęłam. I nie spałam zbyt dobrze, wcześnie się obudziłam, akurat Młody sie zawijał. Patrzyłam na Zauroczonego jak śpi… wyglądał niesamowicie bezbronnie i spokojnie :)

A mimo to znowu nie potrafiłam się odnaleźć… ubrałam się, pożegnałam i wróciłam do domu pod pretekstem różnych zajęć.

Każde nasze kolejne spotkanie powodowało, że leciały iskry. Dosłownie… Sprzeczaliśmy się strasznie a i chemia miedzy nami była silna. Dwie skrajności. Ja walczyłam i ze sobą i z Nim…

Perfidnie wykorzystywałam jego słabości :twisted: , nagle się okazało, że kompletnie nie sprawia mi problemu żeby go uwieść, sprawić, żeby nie mógł przestać o mnie myśleć. Nigdy taka nie byłam, wiec jak, skąd… ??????!?!?!

A to przypadkowy dotyk, a to odpowiedni dobór słów, a to mocniejszy makijaż, perfumy i sukienka… tworzyła sie magia chwil, która powodowała, że On po prostu nie mogł mi się oprzeć, a ja coraz bardziej potrzebowałam tej bliskości, dotyku, pożądania… jak narkotyku… ciągle i bez przerwy… nie potrafiłam normalnie funkcjonować, zachowywałam sie irracjonalnie mimo, że to nie był stan zakochania. Czasami siadałam po prostu obok Niego i prowokowałam do rozmowy. Chciałam w końcu dowiedzieć się o Nim czegoś więcej… jaki jest, co lubi, czego nie, o czym marzy, jakie ma wartosci… Lubiłam go słuchać. Doszłam do wniosku że to kawał dobrego faceta a dobrym serduchu.

A mimo to ja nie potrafiłam sie odnaleźć sie w tej relacji, niektóre sytuacje wyprowadzały mnie z równowagi, doprowadzały do łez, potrzeba ciągłej bliskości mnie niszczyła… i to spowodowało, że pewnego dnia dostałam wiadomość „Musimy poważnie porozmawiać” i już wiedziałam, że to jest koniec… koniec naszej relacji, ale też początek czegoś nowego dla mnie :)

Nie myślałam, że ten moment będzie dla mnie tak frustrujący, mimo że w środku czułam, że tak będzie lepiej i dla niego i dla mnie. Jest super facetem i dobrze mu życzę, jak na początku wspomniałam, w pewnym sensie jest moim nauczycielem, dzięki Niemu odkryłam kolejny kawałek siebie i to sie liczy :)

A jak się rozstaliśmy? Chociaż może to zbyt mocne słowo, w końcu to była tylko 3 tygodniowa znajomość a patrząc na  wszystkie wydarzenia i emocje, odnoszę wrażenie, że trwała całe miesiące, tyle się działo. Spotkaliśmy się… prawie po tygodniu od ostatniego spotkania. Ja już dłużej tak nie mogłam. On chyba też nie. Byłam na siebie wściekła, że mnie przerosła ta cała sytuacja, ryczałam jak dziecko. Ale chciałam pogadać, spokojnie wszystko wyjaśnić, bez kłótni, pretensji i chorych oskarżeń.  Zadzwoniłam… spotkaliśmy się… I to była bardzo oczyszczająca rozmowa. Wiele sobie powiedzieliśmy, ja niestety znowu sie rozryczałam, ale starałam sie jak mogłam, aby zapanować nad wszystkim. Straszne są takie emocje skumulowane w środku. Uściskaliśmy się, oboje zgadzając się, że jako para nie mamy szans. Padła propozycja utrzymania znajomości :) Czy realna czy nie czas pokarze.

Na razie jeszcze wszystko układam sobie w głowie.

A tamten wieczór zakończyliśmy dość sympatycznie i w sumie symbolicznie. On zabrał mnie ze sobą na imprezę, nie pozwolił mi samej wrócić do domu… Wytańczyłam wszystkie emocje, o dziwo świetnie się bawiłam, śmiałam się i żartowałam, poczułam ulgę… I przetańczyliśmy kilka naszych ostatnich kawałków, ale w sposób, którego nie potrafię nawet opisać. Już nie razem, a mimo to blisko. Myślę, że to było bardzo miłe pożegnanie :D Po imprezie odwiozłam Go do domu i wróciłam do siebie. Padłam z uśmiechem na twarzy zastanawiając się co przyniesie mi jutro.

Sylwester

Szaro buro i ponuro za oknem, niby święta była, ale bez klimatu kompletnie, zimno i mokro… brrrr…. i że Sylwester? no że jak?

Stresa miałam takiego od kilku dni, że ani spać nie mogłam ani jeść. Wygrzebałam w szafie małą czarną która zawsze  ratuje wszystkie imprezy, jest uniwersalna i nie można w niej źle wyglądać. W ramach ekstrawagancji zakupiłam srebrny połyskujący żakiet o by zrobić dobre wrażenie na wejściu. No to jak mała czarna to i rajstopy by się przydały… nie cierpię! no to idąc za ciosem i buty do kiecki na obcasie zakupiłam na promocji w chwalebnej cenie :D

no to skoro juz postanowiłam założyć tą kieckę to i do fryzjera sobie poszłam… pierwszy raz w życiu przed imprezą. I o zgrozo nie było mojej pani fryzjerki… oczy moje rozszerzyły się na widok młodego łysego chłopaka z kucykiem na środku głowy, dość osobliwie ubranego… nogi się pode mną ugięły! nie z wrażenia, bynajmniej, z przerażenia…. 2,5h siedzenia i wyszłam prawie z płaczem bo biedak kompletnie poległ w walce z moimi włosami. Zdeterminowana nie dawałam za wygraną. Woda pod kran i od początku aż będzie bedzie olśniewająco… Walczyłam 2h ale się udało :) No to jeszcze tylko wystrzałowy makijaż i mogę iść :)

Poszłam… dwóch czarusiów poznanych na wieczorku zapoznawczym zgarnęlo mnie po drodze i od razu zostałam przygarnięta do Zauroczonego jako zajęta… heh… żołądek mi się ścisnął od wejścia. Sytuacja poza kontrolą… kontrolki sie uruchomiły i koniec.

Cała impreza była zlepkiem kompletnie skrajnych uczuć i emocji. Jedzenie pyszne, ludzi mnóstwo, alkoholu sporo, DJ super. Stałam tam i patrzyłam ciągle zastanawiając sie co ja tam do cholery robię, przecież to kompletnie nie w moim stylu. Ani ja odważna, tanczyć nie umiem, ludzi nie znam…

A tu proszę… co chwila co jeden taniec z innymi o dziwo i dałam sie poprowadzić i spodobało mi się nawet, az zauroczony zaczal sie do zazdrości poczuwać i odbijał, a jak już odbił to oczy mu płonęły jak pochodnie, szaleliśmy na parkiecie :) Aż miałam ochotę wyjsć z siebie stanąc obok, popatrzeć na siebie i popukać się w czoło.

Heh… a zauroczony szarmancki.. a to płaszcz podał, a to marynarką okrył, a to w rękę pocałował. A z drugiej strony a to zniknął na godzinę, a to dość „osobliwie ” z inna laska dłuugo tanczył na parkiecie, a to zapomniał o mnie na ponad godzinę… normalnie jak na huśtawce nie wiedziałam co mysleć, od euforii po kataklizm. Zeby tak mozna było wyłączyć umysł i przez chwile nic nie czuć.

Kurcze, tak teraz sobie myślę, że już czar tego wieczoru prysł gdzieś w mojej głowie. Owszem było fajnie, ciekawie, inaczej, wybawiłam się i wytańczyłam za wszystkie czasy, do 4 rano skakałam na parkiecie a potem juz tylko chciałam dotrwać do porannej komunikacji. Nie dotrwałam… Zauroczony sie ulitował i po moich narzekaniach i marudzeniach zamówił takse i zabrał mnie do siebie… Odwołal dalsza impreze, ktora po Sylwesrze miala sie dalej toczyc u niego. Nie ważne, że chciałam wracać do siebie.

Zmeczona ale usmiechnieta marzylam juz tylko o snie. Nog kompletnie nie czulam, wchodzilam po schodach trzymajac buty w reku. Zauroczony przyniosl mi wody, rozebral sie do gatek, podszedł do mnie, zdjał ze mnie sukienke, po czym zaprowadzil mnie do pokoju, gdzie polozyl sie obok i zasnelismy razem wykonczeni mocnym i glebokim snem.

Po takiej imprezie powinnam pasc i spać długooo. Tymczasem obudziłam sie 4h pozniej… niespokojna i zdezorientowana. Wszystko mnie bolało, marzyłam o prysznicu. Zauroczony spał spokojnie, oddychając rytmicznie i cichutko. Delikatnie wygrzebałam sie spod kołdry, poszłam do łazienki, ogarnęłam sie na ile mogłam, załozylam sukienke, obudziałam Zauroczonego, pocałowałam w policzek i wyszłam. Pojechałam do domu. A jak do niego dojechałam to wtedy dopiero padłam i mocno zasnęłam.

Przerażenie i euforia siały zniszczenie w mojej głowie…

 

Kolejny etap

A wszystko zaczęło się od Sylwestra… żeby nie stchórzyć, wcześniej dokonałam wpłaty. Tak! Pierwszy raz w życiu poszłam na porządną imprezę do lokalu- na prawie 200 osób :D Żadnych styp, domówek w jednotematycznym towarzystwie, ryczenia samej do poduszki, o nie! Impreza!

I tu muszę sprostować. Jednak coś sie zaczęło przed Sylwestrem – był wieczorek zapoznawczy przed Sylwestrem :P No poszłam bo co tam, jedzenie zapowiadało sie dobre a że zimno to i grzane piwko sie zamarzyło. Przyszłam… nowe twarze… uśmiechnięte i gadatliwe :) Fajnie spędziłam wieczór, śmiałam sie jak szalona i uparcie unikałam wdawanie się w dyskusję z jednym z obecnych tam reprezentantów płci brzydkiej. Jedna cięta riposta goniła drugą… Wkręciłam się jak nigdy a potem…. pożegnałam się i wyszłam z lokalu. To była ucieczka! :D I wtedy wydawało mi się, że taki jeden bacznie mnie obserwował. Trzy tygodnie później okazało się że wcale mi się nie wydawało…

Nadeszły święta a ja przeżywałam tego cholernego Sylwestra jak mrówka okres. No bo w co ja się ubiorę i w ogóle po co tam idę, na pewno będę się czuć strasznie, stać gdzieś w kącie i odliczać czas do wyjścia, do pierwszej możliwej okazji, żeby czmychnąć.

25 grudnia… siedzę w domu wniebowzięta że siedzę w domu :D Bo w pracy słabo, ciagle zwalniają, nastroje żałobne, motywacji brak a zmęczenie mocno daje do wiwatu. Nie ma nic piękniejszego niż zarywanie nocy i oglądanie filmów, czytanie książek, dzierganie biżuterii na szydełku i komina na drutach. No bosko… a tu jeszcze jakieś winko się znalazło. Miśka, zadowolona, że Pani w domu, leże obok z głową na kolanach i mruczy :D No poezja…

Aż tu nagle słyszę dźwięk przychodzącej wiadomości na FB. Hmmmm…. nie mają ludzie co w święta robić :) Ciekawość była silniejsza. Zaglądam… A tutaj wiadomość od tajemniczego obserwatora z wieczorku przedsylwestrowego. Hmmm… no dobra, zobaczmy :) Miłe przywitanie, bo święta masakra, brzuch boli od jedzenia, rodzina itd można by się gdzieś wyrwać…. No w sumie czemu nie… odpisuję że chętnie, gwar, zamieszanie i browarek to całkiem ciekawa opcja. Termin? Jutro :) Pasuje.

Efekt końcowy? Termin przełożony o jeszcze jeden dzień, zamiast baru impreza domówka i tylko jeden drobiazg niedograny… czemu sie okazało że ja zostałam zaproszona 2h wcześniej… No cóż, wieczór był miły do pewnego momentu, póki się delikwent nie spił porządnie. I nagle ja byłam jego słońcem i promyczkiem (ja : trzeźwa jak szpadel) obejmowana co chwila, a potem zostawiona na pastwę losu. On: pijany w sztok z głupim uśmiechem szczęścia na ustach, proszący inne laski o bicie po twarzy itp co przerodziło sie w jakieś dziwne zapasy…. Oni: wspólni i nowi znajomi :) Zdziwieni…. 4h później- ja: grzecznie się żegnam i wychodzę- trzeźwa ale nie stojąca na ziemi o własnych siłach, przerażona i pogubiona- co to k… miało być????? Wspólne obejrzenie filmu, przytulenie i buziak nagle sprawił, że wszyscy sobie pomyśleli że my jesteśmy parą… tylko że jego dobrzy znajomi co niektórzy po raz pierwszy mnie na oczy widzieli…. Nieźle, jak chcę to potrafię zwrócić na siebie uwagę :)

I od tego się zaczęło…

Powrót…

Dawno nie pisałam. A szkoda… sporo się wydarzyło w moim życiu i nie do końca nadal potrafię to wszystko zrozumieć.

Zawsze byłam tchórzem, bałam się zmian, bałam się ludzi, bałam się być sobą, oszukiwałam samą siebie. Nie ma nic gorszego niż zrobić sobie coś takiego… zamknąć się w klatce, marzyć o szczęściu i na każdym kroku unieszczęśliwiać się. Takie było całe może życie, nigdy nie wierzyłam w siebie, do całego świata miała żal więc jak cokolwiek mogło się udać?????

W połowie 2014 roku zaczęłam nagle odbierać świat inaczej. Co było powodem? Nie wiem. Wyszłam ze skorupki i nagle oświetliło mnie piękne i jasne słońce i zamiast się ukryć przed nim jak to miałam w zwyczaju, zostałam… Poczułam ciepło na twarzy, zamknęłam oczy i na sekundę oszalałam ze szczęścia.

No i cóż… chłopczyca zaczęła nagle po 30-tce dbać o wygląd, chodzić do fryzjera, kupować sukienki, buty na obcasie, coraz to wymyślniejsze kosmetyki, perfumy… Założone konta na wielu portalach społecznościowych po mału zaczęły w końcu żyć. Zamiast spędzać wszystkie wieczory w zacnym własnym towarzystwie, tudzież przyjaciela kudłatego czworonożnego, miauczącego niemiłosiernie kiedy tylko zajmowałam się istnieniem w sieci. To niesamowite jak człowiek sam tworzy sobie złudny świat i uparcie w niego wierzy. Codziennie powtarzałam sobie że jestem szczęśliwa, że wrócę do mieszkania, w którym wciąż zamieszkuję z rodzicielami… Ileż prób juz przeszłam aby to zmienić- bezskutecznie. Więc po co miałam gdzieś wychodzić, skoro zawsze ktoś za ścianą siedział…

Najpierw obudził się we mnie głos, że mam już dość samotności. Bo długim związku nie zostało już nic. Minęły już 3 lata a ja się w końcu pozbierałam i najwyższy czas aby coś w końcu z tym swoim życiem zrobić. Jak postanowiłam tak zrobiłam, zaczęłam umawiać się na randki z facetami z sieci. Było ciężko…. ciągle mi coś nie pasowało, nie czułam się dobrze we własnej skórze. ciągle zadawałam sobie pytanie, co jest ze mną nie tak. Czy mam az tak cholernie wygórowane wymagania? Z może boję się stracić swoją niezależność, którą uparcie tyle lat budowałam, mówic sobie że jestem szczęśliwa i nie potrzebuję nikogo. A może umawiałam się z niewłaściwymi facetami. nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie. Praca dodatkowo mnie wykańczała. Korporacji wysysająca z człowieka resztki motywacji i zadowolenia. Uparcie chodziłam na różne spotkanie a to z ludkami z pracy a to czasem ktoś ze znajomych zaprosił do knajpy, ale nie mogłam się odnaleźć. Alko mi nie wchodził, ciągle myślałam żeby już wyjść i wrócić do domu.

I dalej chodziłam na randki, uparcie sobie wmawiając, że nie mogę przestać, że się nie poddam. Szukałam sensu, malutkiego światełka, odpowiedzi na tysiące pytań torpedujących mój umysł każdego dnia.

Potem zapragnęłam urlopu… ale z kim… po wielu trudach i przejsciach udało się wyjechac z kumpela poznana rowniez w sieci do Włoch. Jeden tydzień…. tylko jeden tydzień… Ja całe zycie bojąca sie samolotów, nie cierpiaca latać, narzekająca i ie potafiąca się przystosować, teskniaca za domem ktory mnie dusił, wsiadłam pewnego pieknego dnia do samolotu lecacego do Włoch i myslalam ze zniose strusie jajo ze szczęścia… :D Lot był wspaniały, Włochy piękne, wino szumiało w głowie, widoki zapierały dech w piersiach, słońce parzyło, jedzenie pieściło moje podniebenie, wycieczka objazdowa tylko dodawała energii, chodzenia, podziwiania i delektowania sie miejscem wciaz nie było dosc :) Pierwszy raz w zyciu dosłownie zachłysnęłam się wakacjami. Miałam wrażenie że jestem na non stop na haju… śmieję się, zaczepiam ludzi, smakuje, probuje i nagle nie mam oporow pozawac nowych ludzi, nie czuje sie brzydsza, gorsza, niedowartosciowana… Bojac sie wtody i wstydzac sie wlasnego ciala jakims cudem poszlam na basen poplywac, malo tego, poszlam poplywac w morzu i w kostiumie opalac sie na plazy i bylo mi z tym dobrze. Byłam cholernie szczesliwa i ciagle chcialam wiecej. Włosi… cudowni :) Nawet przezylam krótki ale jakze intrygujacy i namietny romans z Włochem… po cichu w tajemnicy snując intrygi. Pierwszy raz w życiu poszłam do łózka z nieznajomym mężczyzną, nie potrafiąc się z nik kompletnie porozumieć na płaszczyźnie werbalne, za to otwierając się całą sobą na jego osobę. Pierwszy raz dostałam to czego chciałam, niekogo i niczego nie udawałam i potrafiłam dać od siebie dużo wiecej niz to sobie wyobraziłam. To był magiczny czas.Z bólem serca wracałam w środku lata ze słonecznych Włoch do zalanej deszczem Polski.

Potem… potem było źle… Ogromny dół psychiczny, tesknota, żal. Nie byłam w stanie podnieść się z łóżka. Moje obecne życie wydawało mi się nic nie warte, puste, oszukane, bezbarwne i cholenie samotne. Długo dohodziłam do siebie. Po jakims czasie znowu zaczęłam chodzic na randki. Z reguły znajomosci konczyły sie po 2-4 spotkaniach. Nie było tego czegoś… Owszem, była adrenalina, ekscytacja, ciekawość… Do momentu aż znowu to ja zaczynałam ciągle z siebie coś dawać. Ne chciało mi się… Powróciła sinusoida, dni pełen euforii po których następowały dni mroczne. Ale potrzeba akceptacji, poczucie się potrzebną, ważną, wciąż nie malała.

Różnica… mimo wszystko od pół roku w sercu zagościła jakaś dziwna radość. Dużo się działo wokół i były to sytuacje do których nie byłam przyzwyczajona. Ciągle zdawałąm sobie pytanie, o co chodzi, skąd takie uczucie w środku, powodujące stan uniesienia? Moje reakcje na dane sytuacje zaczely sie zmieniać. Zaczal pojawiac sie spokoj i opanowanie po tylu latach. Wyprowadzona w równowagi, szalejąc z wsciekłości po chwili potrafiłam powrócić na ziemię, opanować się.

I tak analizując sobie zdałam sobie sprawę, że wszystkie zmiany miały swój początek po przekroczeniu owej jakże nieoczekiwanej przez kobiety 30-stki :) Kilka lat temu żyłam ze świadomością, że dla związku poświeciłam swoją tożsamość. Dziś mam wrażenie, nie nigdy wcześniej jej nie miałam, byłam jedną wielką kulką strachu i kłamstw. Żyłam życiem innych, robiłam to co wypada, mówiłam to co wypada i czułam to co powinnam. Mimo że w środku wszystko we mnie krzyczało, nie zgadzając sie na moją fałszywą postawę. Tak więc uczę w końcu prawdziwej siebie od początku :) Smakuję swoje emocje i odczucie, przemyślenia i pragnienia. I bardzo mi się to podoba. W końcu w jakimś stopniu czuję, że mogę coś zrobić ze swoim życiem i że tylko ja mam na to tak na prawdę wpływ, póki nie podejmę różnych działań, utknę.

Dlatego żałuję, że nie zaczęłam pisać wcześniej. Umknęło mi wiele niesamowitych myśli, obserwacji i uczuć. No i na wiele mysli straciłam za dużo czasu zamiast je wyrzucić z siebie od tak i iść dalej.

Sobotnie przemyślenia

15.02.2014

Czasem człowiek musi, inaczej się udusi…

Dzisiaj niespodziewanie serducho mi się ścisnęło i postanowiłam podzielić się z wszechświatem swoimi uczuciami.

Dawno nie pisałam, bo niby i o czym, praca zaczęła mnie irytować – może to już zmęczenie… Dalej nikt nie zapukał do mojego serca. Coś tam po prostu się dzieje i śmiga swoim torem.

A dzisiaj rano na zajęciach poznałam dziewczynę. Bardzo młodą – 22 lata. Okazało się, ze od roku zamężna. Śliczna, młodziutka uśmiechnięta. Aż miło było na nią patrzeć, bił od niej blask, młodość, świeżość ale i siła. Patrzyłam na nią z podziwem i nieukrywaną nutką zazdrości. Nie, nie wpadli, po prostu wyszła za mąż za swojego najlepszego przyjaciela u jest szczęśliwa. I mam nadzieję, że nikt nigdy tej sielanki nie zmąci :)

Tymczasem po południu zajrzałam w końcu na jeden z portali społecznościowych, aby sprawdzić co u starych przyjaciół słychać. I wtedy zamarłam, serce mi stanęło i poczułam… hmm… żal… Był kiedyś taki chłopak, który bardzo mi się podobał. Przyjaźniliśmy się – tak na prawdę. Nie było tematów tabu między nami. Mogłam zadzwonić w środku nocy i wiedziałam, że po prostu jest. Każde z nas było już w związku dlatego, pomimo, że z czasem zaczęło między nami iskrzyć, do niczego nie doszło. Dziś zrozumiałam, że to ja byłam opornikiem. Mój związek przeradzał się po mału koszmar, Jego się rozpadł – rozwiódł się. Z czasem nasze drogi się rozeszły. Potem On poznał kolejną przyszłą żonę. Urodziła mu się trójka dzieci. Stara paczka całkiem się rozpadła, wszyscy poszli w swoją stronę. Mój związek również rozleciał się na 1000 drobnych kawałeczków.

A dzisiaj się dowiedziałam że On odszedł od kolejnej żony, zostawiając 3 dzieci i znalazł sobie młodszą… już się zaręczyli…

Nie, nie zamierzam nikogo oceniać. Nie mam do tego prawa. Ja celebrują samotność, bojąc się szczęścia, On rozpaczliwie go szuka po swojemu. Mimo, że nigdy nie przepadałam za jego drugą żoną, dziś poczułam w sercu ból… Myślę dziś o Niej… Przykro mi się zrobiło. Czasem się zastanawiam, dlaczego tak się dzieje…

Tym bardziej trzymam mocno kciuki za młodziutką mężatkę poznaną dziś rano, mając nadzieję, że są w dzisiejszym chorym świecie jeszcze szanse na szczęśliwe życie.

Dzisiaj straciłam resztkę sympatii do Niego. Nie pytajcie dlaczego, nie potrafię tego powiedzieć. To uczucie pojawiło się we mnie i na razie nie próbuje go zrozumieć. Tym bardziej że już od kilku lat nie utrzymujemy kontaktu. Nie myślałam, że coś mogę jeszcze tak silnie odczuć…

Walka… ale o co?

19.11.2013
Jak na półmetek listopada przystało rozpoczął się jeden z najbardziej znienawidzonych przeze mnie okresów. A mianowicie premiera Świąt Bożego Narodzenia. Czyli dla mnie okres samotności, depresji i krokodylich łez…
Czas, który spędzam tylko z rodzicami, z którymi Święta są tylko okropnym obowiązkiem i sztucznych uprzejmości. Smutne ale prawdziwe.
W związku z tym zamiast siedzieć i się mazać rzuciłam się w wir pracy. Nie wiem ile już mam nadgodzin ale jak na razie mam cholerną satysfakcję, że dokonałam w pracy 2 rzeczy które wydawały mi się kompletnie nie możliwe. Poziom zadowolenia z siebie i satysfakcja…. bezcenne ;o)
No i pojawił się ktoś… i ku mojemu zdziwieniu w sposób którym jestem zachwycona, ponieważ pierwszy raz coś wyszło naturalnie, tak po prostu z dużą dozą uśmiechu. Wróciłam w pewien piątek kompletnie wykończona bo cholernie ciężkim tygodniu pracy, po wielu nadgodzinach i z bardzo obojętnym podejściem do otoczenia. Wtedy On się odezwał, czasem gadaliśmy na necie. Zaproponował spacer. Myślałam, że żartuje, a on wsiadł w samochód i przyjechał spory kawał tylko po to, żebym się ze mną spotkać. Do końca będąc pewna, że żartuje, zgodziłam się i dzięki temu zafundowałam sobie bardzo miły spacer późną wieczorową porą po ulicach Warszawy. Mało tego. To była dla mnie najcudowniejsza terapia odstresowująca :)
Wróciłam do domu i w końcu zasnęłam mocnym, prawdziwym snem :)
Nie, nie oszalałam ze szczęścia. Po prostu coś się we mnie w środku uśmiechnęło. Kontakt pozostał, niecodzienny ale fajny, normalny, czasem z żartem, czasem złośliwością, a czasem gadką o niczym i o wszystkim. Spontanicznie, bez umawiania się, kombinowania, szykowania, planowania…
Aż tu pewnego razu słyszę… jeśli dalej mamy kontynuować naszą znajomość, musimy porozmawiać… Hmmm to z reguły kobieta do faceta mówi „musimy porozmawiać” i wtedy facet bierze nogi za pas i spierdala gdzie pieprz rośnie… Zaniepokoiłam się… Oj, bardzo..
Myślałam, że znowu mnie wkręca… nie wkręcał… Ma córeczkę i jest po rozwodzie… Zawsze w takich sytuacjach, ja kobieta po jednym poważnym i kilkunastu niepoważnych związkach, bezdzietna panna mówiła żegnaj tym razem nie potrafiła tego zrobić. Dlaczego? Nie wiem. Nie zakochałam się, po prostu poczułam wewnętrzny spokój, inspirację, wyzwanie, ciekawość… zaintrygował mnie… I co, teraz przez to, że ma córkę, mam powiedzieć- żegnaj…
Fajnie się dogadywaliśmy, wiec chciał być fair, powiedział co i jak. Nie chciał abym odpowiadała od razu. Powiedział, żebym sobie spokojnie przemyślała temat, tyle ile potrzebuje… Poczułam szacunek.
Zapytałam kiedy kawa…? Był zaskoczony. Chciałabym na spokojnie usiąść z nim i obgadać temat, dowiedzieć się coś więcej.
Kawy jeszcze nie było. Wyjechał na kilka dni z Wawy, na urodziny córki. Pisał, dzwonił… Kolejne godziny przegadane o wszystkim i o niczym :)
Nie, nie czuję ani presji, ani strachu. Ciągle czuję ciekawość. Poza tym w moim wieku ciężko poznać mężczyznę w podobnym wieku bez przejść, czy to rozwód czy też własne pociechy. Czasem się zastanawia, czy On chce jeszcze dzieci. JA bardzo chcę. Nie wyobrażam sobie inaczej. I to jest chyba dla mnie ważniejszy temat, czy wchodzić dalej w znajomość. Z drugiej strony czasem takie kwestie się zmieniają… najpierw facet nie chce, a potem związek się zacieśnia, a potem facet zmienia zdanie. No ale czym ja się przejmuje na samym początku? W sumie niczym, tak mi to ostatnio przeszło przez myśl.
No i tak się to jakoś  leci, dużo innych jeszcze spraw na głowie które wypełniają mi czas. Czy to faktycznie jakaś forma przepisu na szczęście czy zagłuszanie samotności i strachu przed Świętami i samotnością ogólnie rozumianą? Nie wiem. ale wolę żeby się działo niż żeby sie dołowało :)

Czy ja to przetrwam…?

10.11.2013

A no sporo czasu upłynęło, odkąd nie pisałam. Zmęczenie… trud z wrażeniem myśli… niespodziewane przygnębienie? Chyba wszystko razem. Wydawałoby się, że jak tylko zdejmą mi szwy i rana się zagoi, dużo zmieni się w moim życiu. A tymczasem przyszła jesień a wraz z nią powróciło uczucie zmęczenia, smutku i samotności.Co się stało z moim duchem walki???? Nie wiem. Pojawił się, a po chwili już go nie było :(

Od momentu zdjęcia szwów rana szybko zaczęła się goić. Fakt, blizna jest paskudna, ale ja jakoś się tym zupełnie nie przejmuję. Jedyne, co stwarzało mi problem, to znalezienie bluzek do pracy, że by jednak zachować jakiś profesjonalizm, co nie zawsze mi się udawało. Ale tym jakoś specjalnie też przestałam się przejmować.

Osłabienie organizmu okazało się dużo silniejsze niż myślałam. Nadal szybko się męczę i wiele rzeczy nadal sprawia mi trudność. Do tego z braku ruchu i możliwości wykonywania ćwiczeń zaczęłam znowu tyć… przestałam się mieścić w swoje ciuchy, co dodatkowo mnie dołowało. Nadal nie mogę na siebie patrzeć! Próby podjęcia wysiłku fizycznego nie najlepiej się dla mnie kończyły…

Ciągle sfrustrowana i zmęczona zaczęłam przesiadywać w pracy po godzinach. Nie chciało mi się wracać do domu. Ojciec się zmienił, że szok, ale matka… z każdym dniem coraz bardziej wyprowadza mnie z równowagi….

Przestałam się hamować… Każda wymiana zdań kończyła się awanturą… Nadal tak jest. Dzisiaj również… Wkurza mnie fakt, że nie potrafię po prostu wyjść, albo zignorować, że daję się wyprowadzić z równowagi… Źle się z tym czuje! Ale już nie daje rady! Mam dość jej ciągłego stękania, marudzenia, narzekania, pretensji o wszystko, przeklinania, wulgaryzmów i braku szacunku! Mocne słowa? Może. Ale to nie ja je powoduję.

Czy swoim zachowaniem nie szanuję matki? Możliwe. Czy ona kiedykolwiek szanowała mnie? Wątpię. Nigdy nie było moją przyjaciółką.. ba nigdy nie czułam żeby wspierała mnie jak matka. Może nikt jej tego nie nauczył? Możliwe. Ale ja już potrafię inaczej. Za każdym razem zarzynałam się, żeby jej pomóc, odciążyć, spełnić jej zachcianki nawet jeśli były głupim postawieniem przez nią na swoim i mocno ingerowały z moje plany i życie. Nie potrafiłam jej odmówić i zawsze ciągle coś było nie tak. Nigdy szczerze nie podziękowała, nie powiedziała że kocha, nie wsparła w niczym, nie zmotywowała… Zmarnowała swoje życie. Jest osoba, która dźwiga krzyż z własnej woli, przy czym głośno narzeka i ma do wszystkich pretensje a tak na prawdę nie ma odwagi, żeby cokolwiek zmienić. Ja już przestałam próbować naprawiać jej świat. Teraz ze wszystkich sił próbuję uratować swój i szczerze nienawidzę zarówno jej jak i siebie za te wszystkie podłe sytuacje, o których ciągle dochodzi.

Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam. Jestem zmęczona ciągłym hałasem w tym domu. Znowu nie sypiam po nocach, budzę się wykończona. Kiedy mam dzien wolny przez mieszkanie przechodzi tajfun, w postaci matki walącej w kuchni szafkami, szeleszczacej torebkami i tysiącem innych rzeczy od 7 rano! Budzę się i mam ochotę krzyczeć i walić głową w ścianę.

Dużo był dała, żeby spróbować sama, wyprowadzić się… Niestety ani na wynajem ani na kredyt mnie nie stać. Koleżanka wp racy powiedziała mi, że gdyby udało mi się wyprowadzić, wcale nie byłoby lepiej. Byłabym kompletnie sama w pustym mieszkaniu. Może i ma trochę racji, ale nie wiem na prawdę ile jeszcze zniosę.

Poza tym samotność mnie już dobija, a tak miałabym szanse kogoś poznać.

Czuje że znowu utknęłam w tym gównie i pomimo świadomości, że w jakiś sposób otarłam się o śmierć, nadal nie potrafię podjąć żadnej decyzji. To tak jakby ktoś mnie przywiązał i poruszał za sznureczki jak marionetką.

Coraz częściej dopada mnie uczucie, że toksyczne życie, do w jakim się kisiłam od urodzenia, tak mnie przesiąknęło, że nie potrafię być inna.. że nigdy nie będę potrafiła nic zmienić i najgorsze… że skończę jak moja matka…

Rekonwalescencja

Ile to już minęło? Prawie miesiąc… Od operacji… Powrót do pracy i ludzi… Baaardzo ciężki.

Najpierw problemy z raną po operacji i znikąd pomocy. Dodzwonienie się pod podany numer do pielęgniarek do szpitala? Po 4 dniach zrezygnowałam. Wizyta u lekarza, kolejne parę dni. Nie miałam siły jechać w ciemno siedzieć i czekać czy ktoś mnie przyjmie. To przerosło moje siły :( Jak nie ja :( Tak słaba jeszcze nigdy nie byłam.

Oczywiście uparcie postanowiłam sobie poradzić sama. Po 2 dniach konieczności stosowania opatrunku do pracy, po powrocie do domu ku mojemu przerażeniu opatrunek zdjęłam ale razem ze skórą… okropny ból. Nikt mi nie powiedział że skóra po kilku naświetlaniach może być aż tak wrażliwa… szwy zaczęły się rozchodzić, pojawiła sie ropa!!!!#####$$??? LOL

Akcja- apteka! zaopatrzyłam się w odpowiednie opatrunki, maści, żele i spirytus. Nie, nie do picia, chociaż momentami w  chwilach mega bólu przeszło mi to przez myśl. Deseczka w zęby, spirytus na ranę i hop… Pierwsza noc to był dramat. Potem dezynfekcja i dobre maści zrobiły swoje. Proces gojenia wrócił do normy.  Teraz tylko z niecierpliwością czekam na zdjęcie szwów, mam dość tego metalu w skórze!!!

8h w pracy też mnie jeszcze przerasta. Wracam, zmieniam opatrunek i padam.

Jedyny plus to że w końcu wyluzowałam. Odpuściłam sobie ten cały owsikowy maraton. Tegoroczne wakacje zdałam na straty, póki nie dojdę do siebie, nie wrócę do treningów, nie wyjadę nigdzie, bo co to za przyjemność, jak ledwo dycham i ani po górach nie połażę, anie nie pozwiedzam anie nie pobrykam nigdzie.

No i wyciszyłam się jakoś w środku, wcześniej walczyłam z tym i ie byłam w stanie. Teraz to wszystko po prostu przyszło samo :)

Jest momentami ciężko ale jestem dobrej myśli :) Coś się skończyło, coś się zmieniło i coś się zaczyna :D

Nowy dzień

Obudziłam się…

Ktoś uparcie cały czas powtarzał moje imię. Otworzyłam oczy. Po mału do moich oczu zaczynało się wdzierać światło a z nim ten cholerny ból… ależ bolało, nie mogłam się ruszyć, nie wiedziałam gdzie jestem… Próbowałam coś powiedzieć, ale język stał mi kołkiem, tak jakbym zapomniała jak się mówi. Nie byłam w stanie wypowiedzieć poprawnie ani jednego słowa więc tylko kiwałam po mału głową.  Na szczęście dość szybko dostałam kroplówkę z czymś przeciwbólowym. Nie pomagało…  Dostałam kolejna. W sali wybudzeń przeleżałam dobrą godzinę, nasłuchując co się dzieje dookoła. Przywozili i zabierali kolejne osoby.

Słyszałam jak próbowali przekładać kolejnych pacjentów na ich własne łóżka. Strasznie się tego bałam… Wszystko mnie bolało, mało nie ważyłam, tak mnie to przerażało że nie potrafiłam myśleć o niczym innym! A tu po jakimś czasie zjawia się praktykant z jedną z pielęgniarek i mówią że przyszli mnie zabrać bo dziewczyny już się o mnie dopytują w pokoju :) Hahaha, to mnie rozbawiło.

Kolejna fajna podróż windą z bardzo sympatycznymi osobami których nie znałam. Dziwnie się czułam, leżąc naga pod przykryciem na łóżku w windzie i patrząc z dołu na te wszystkie osoby :D Ledwo się wybudziłam a już złapałam głupawkę :D

Wszystko było fajnie do 15-stej. Akurat wtedy mama przyszła mnie odwiedzić. Posiedziała dosłownie chwilę, tak kiepsko się czułam. Kręciło mi się w głowie, robiło niedobrze, oczy mi się zamykały ale nie mogłam zasnąć, czuwałam z zamkniętymi powiekami. Potem co 2 godziny dostawałam tabletki przeciwbólowe. Łykałam nawet nie pytając co to. Nie mogłam się ułożyć, bolało, rwało, mdliło…

Potem zaczęłam wymiotować. Nawet nie wiem czym, w końcu dobę już miałam pusty żołądek. Straszne to było.. jakiś szary płyn się ze mnie wydobywał. Rzygałam i opadałam bez sił i tak w kółko… do rana.

Pani Wandzia cały czas się mną opiekowała, nawet nazwała mnie Gwiazdeczką :) Normalnie jak prawdziwa babcia :)

Dzień wcześniej to ja przynosiłam jej wodę, gazety i pomagałam co mogłam. Tym razem było odwrotnie. Ale czułam się tak paskudnie że nawet nie protestowałam, próbowałam się tylko do niej uśmiechnąć.

Wieczorem telefon mój się rozdzwonił, ale nie byłam w stanie podnieść się i odebrać. O nie! Dopiero później oddzwoniłam do ojca. I tutaj mnie zaskoczył!!! Ale tak na prawdę. Powiedział że wziął dzień wolny aby odebrać mnie ze szpitala i zebym dzwoniła kiedy trzeba to od razu przyjedzie… Tego się nie spodziewałam. Liczyłam na mamę i taksówkę a tu proszę :)

Potem około 19 dostałam kolację… popatrzyłam na nią krzywym wzrokiem ale nic nie tknęłam, nie byłam w stanie. I to była bardzo decyzja bo jeszcze się męczyłam w nocy całując kibelek…

Niestety tej nocy również nie przespałam. Wymęczyłam się jak diabli. Rano ledwo żywa podniosłam oczy a tu obchód lekarski… Wyglądałam jak śmierć. Był mój radiolog, patrzył na mnie ciepło i współczująca, uśmiechając się z do mnie z tyłu i jedna z pielęgniarek która przyjęła mnie na oddział:) Reszta działała maszynowo. Biegłam jeszcze za lekarzem z dokumentami żeby wypisał mi zwolnienie. Lekarz, który mnie operował poświęcił mi 20 sekund… litości…

Kiedy się wypisywałam ze szpitala, żegnając się z Pania Wandzią, poryczałam się jak głupia, wyściskałam ją i wycałowałam na pożegnanie. Wymieniłyśmy się numerami telefonów. Będzie niedługo w Warszawie na kolejne chemioterapii i na pewno przyjadę ja nie raz odwiedzić :) Już nie mogę się doczekać :)

To dzięki Pani Wandzi zrozumiałam jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Znajomi pytają mnie teraz, dlaczego nic nie powiedziałam, nie dzwoniłam, dlaczego sama zamknęłam się z tym problem, przechodziłam przez wszystko sama. Na początku mówiłam, że tak mi było łatwiej przetrwać ten czas. Ale to nie prawda. Nie byłam sama. Był Szczypiorek :) Pojawił się w momencie kiedy temat nowotwór zaczął mnie przerastać. Pojawił się i tak po prostu wszedł z butami w moje życie. Nie pozwolił mi się zadręczać. Pokazał mi mnóstwo fajnych miejsc, przespacerował ze mną wiele kilometrów gadając o niesamowitych rzeczach, tak po prostu. Był moją terapią. Zniknął chwilę przed operacją, I mimo że nic nie wiedział, był moim lekiem na to wszystko. Tak jakby anioł stróż zesłał go i postawił w tym czasie i w tym miejscu na mojej drodze :) I nawet jeśli byłam nim zauroczona, wspaniale wspominam ten czas. Jest super chłopakiem i mam nadzieję że znajdzie swoją wymarzoną dziewczynę i będzie szczęśliwy :) Zrobił dla mnie więcej niż jestem w stanie wyrazić. Nawet nie potrafię tego opisać. Szczypiorku, gdziekolwiek teraz jesteś, bardzo Ci dziękuję i życzę Ci duuużo szczęścia i miłości w życiu i spełnienia tego najważniejszego marzenia :)

Wracając do tematu. Potem odebrałam papiery i zadzwoniłam po tatę. Przyjechał w 15 minut…

W tym czasie spotkałam jeszcze małżeństwo które od początku mi towarzyszyło w onkologii z tym samym przypadkiem co ja. Wymieniłam się z nimi adresem e-mail na w razie czego, żeby dzielić się obserwacjami przebiegu operacji i choroby :) Super ludzie.

No i zostałam przywieziona do domu… czułam się… dziwnie… jakbym była kimś innym, w miejscu mi obcym w obcej skórze… wszystko wydawało się dziwne. Ale to był jeden z tych piękniejszych dni w moim życiu, poznałam cudownych ludzi z którymi ciężko mi było się pożegnać, nagle rodzice, chyba pierwszy raz byli przy mnie. Ojciec się ucieszył, matka też, a mój kocurek… o matko taki taniec radości odtańczyła, merdała ogonem jak pies i wskoczyła na mnie piszcząc niesamowicie :) Takiego powitanie się nie spodziewałam :)

Od teraz miałam stawić czoła nowej mnie :)

Operacja

Pierwszy dzień pobytu w szpitalu… Obiady nie dali bo nie przysługiwał, ale na szczęście zjadłam pierogi w bufecie. Kolacji zjeść nie mogłam bo operacja następnego dnia rano o 8-ej, więc nic jeść nie mogę. Póki mogłam to jeszcze tylko wody się opiłam jak bąk. Ale żeby nie było za kolorowo…

Moje wyniki morfologii nadal się nie znalazły wiec wciąż był problem z grupą krwi…

Potem przyszła jedna z pielęgniarek. Dostałam zastrzyk w brzuch, pewnie przecie zakrzepicy. Wyszła. Potem przyszła Pani anestezjolog… ale nie do mnie. Potem przyszła inna pielęgniaka i kolejna ale też nie do mnie. Potem przyszedł młody praktykant, którego też już dobrze kojarzyłam z twarzy i korytarzy onkologii. Jak to powiedział „Chciałbym przeprowadzić z Panią wywiad” :D Ależ oczywiście, powiedziałam, a dla jakiej gazety Pan pracuje i zaczęłam się śmiać :) Atmosfera w pokoju od razu się rozluźniła i wszyscy zaczęli się śmiać :) Po okropnie długiej ankiecie medycznej przyszła Pani anestezjolog, tym razem inna. Przedstawiła się, podała mi rękę na przywitanie i ku mojemu zdziwieniu przeprowadziła ze mną bardzo profesjonalną rozmowę. Jak na moje perypetie tutaj to była miła odmiana. A potem na chwilę przyszedł jakiś lekarz, kazał mi podpisać zgodę na zabieg i pozwolił sobie na dość niemiłe zachowanie w stosunku do mnie. Obejrzał guz, obrysował flamastrem, walnął mi wykład że bezmyślna jestem i pewnie czekałam nie wiadomo ile aż guz mi urośnie i teraz problem… Jak sobie pomyślę ile mnie to wszystko kosztowało żeby w końcu doczekać się operacji aż się zagotowałam. Udało mi się jednak opanować i kompletnie go zignorowałam.

Potem przyszła kolejna pielęgniarka (nie mam pojęcia ile ich było na tym jednym małym oddziale) i przyniosła mi kitelek w który miałam się ubrać do operacji… sznurowany z tyłu :) O matko, ale szał :D W czymś takim paradować po szpitalu… bez bielizny… :) Szaleństwo.

Kolejna pielęgniarka, która przyszła, poinformowała mnie że rano koniecznie prysznic prze operacją i założyć sexi wdzianko.

Cała noc nie spałam, hałasy na korytarzu kręcące się pielęgniarki, chrapiące sąsiadki, latające samoloty nad szpitalem, przejeżdżające pojazdy na sygnale… i po chwili zaczęło świtać.

Dochodziła 7 rano kiedy wpadła pielęgniarka (jeszcze inna) z tabletką dla mnie, nasenną czy uspokajającą. Popatrzyła na mnie w końcu stwierdziła jednak że nie da i tej tabletki. Na pytanie co się dzieje usłyszałam, że moja operacja jest przełożona w czasie, idę jako druga nie jako pierwsza.

Ta pielęgniarka ledwo wyszła i wpadła inna z pretensją do mnie czemu jeszcze nie jestem gotowa do operacji!!!! Normalnie jaja jakieś. Więc mówię jej że podobno mam przełożoną w czasie operację… Coś tam pogadała pod nosem i wyszła.

Przyszła kolejna pielęgniarka… powiedziała że nie miałam robionego EKG, wiec mam iść zrobić. Naciągnęłam dres wzięłam skierowania i poszłam w te tłumy ludzi, usiadłam w kolejce i czekałam na swoją kolej. Po godzinie wróciłam z wynikami. Ledwo weszłam na oddział inna pielęgniarka wyrwała mi z ręki wyniki i gdzieś pobiegła.

Super się zapowiadało.

Po jakimś czasie pojawiła się pielęgniarka którą widziałam dzień wcześniej i do mnie z pretensją, a dlaczego jeszcze ja nie przebrana, nie gotowa do operacji, do czego to podobne… i jak tak krzyczała na mnie coś we mnie pękło. Nie pamiętam już co, ale coś jej odpowiedziałam, minęłam ją i poszłam się przebrać. Teraz to już kawa nie była mi potrzebna, taka byłam wściekła. Co jak co ale takiego bałaganu informacyjnego to już miałam dość.

Ledwo wyszłam z łazienki już czekał na mnie praktykant z wózeczkiem i zawiózł mnie w tym zabójczym kitelku przez cały szpital na blok operacyjny. Po drodze trochę się rozładowałam. Z tego stresu gadałam takie głupoty i jeszcze śpiewałam w windzie, że wszyscy, którzy się dosiedli w międzyczasie, mięli niezły ubaw ze mnie. NA zakończenie podróży przed łóżkiem na kółkach podstawili mi schodki i kazali oddać kapcie, o które jeszcze walczyłam resztkami sił.

Potem długo pamiętam tylko sufit, innego Pana który slalomem wiózł mnie jakimiś korytarzami aż na salę operacyjną gdzie znalazła mnie moja Pani anestezjolog :) Tak leżałam sobie na plecach i najpierw lewą rękę mi na bok wyciągnęli i podłączyli ekran chyba z EKG, na tym się już nie znam. Potem wyciągnęli mi drugą rękę w bok, wbili wenflon i założyli ciśnieniomierz.

Zaczęłam się śmiać… jeszcze na sali operacyjnej krzyżem kazali leżeć…

Potem jeszcze była krótka historia z pomylonymi kartami pacjenta, wzięto mnie za Panią Jadzię która miała takie same schorzenia jak ja tylko co innego do wycięcia… o zgrozo… Na szczęście sprawa się wyjaśniła :)

A potem podeszła do mnie Pani anestezjolog i zapytała się mnie czy się denerwuję. Powiedziałam jej tak i że moje obawy związane są z tym że mam nadzieję że zasnę… Znowu wszyscy zaczęli się śmiać. Jedna z pielęgniarek powiedziała że nie było tu jeszcze takiego co by nie zasnął, raczej większość obawia się czy się wybudzi. Tego to ja akurat byłam pewna :)

No ale po tylu nieprzespanych nocach miałam prawo do swoich obaw. Podano mi narkozę. Pamiętam tylko że doliczyłam do magicznej liczby 2 :) I zapadłam w mocny 3-godzinny sen :) Pierwszy taki od wielu dni.