Szpital

Dzień przed pójściem do szpitala, to była niedziela, 11 sierpnia… To był jeden z tych gorszych dni w moim życiu. Dzień w którym strach wygrał z moim opanowaniem. Nie mogłam spać już kolejną dobę, nie mogłam patrzeć na jedzenie, nie chciało mi się nawet wstać z łóżka. Przerażona zakopałam się pod kołdrą, wyobrażając sobie, że pstryknę w palce i znajdę się gdzie indziej, w zdrowym ciele z nową nadzieją na lepsze jutro…

To niestety było niemożliwe. Puściły mi wszystkie zawory, przeryczałam cały dzień jak głupia, nie mogąc tego opanować…

Następnego dnia moment pojechania do szpitala odkładałam ile mogłam… wiedziałam że przed tym nie ucieknę, a jednak nie potrafiłam inaczej, nogi ciężki jak z ołowiu utrudniały mi zrobienie choć jednego kroku… umysł odrętwiał, w środku pojawiła się cholerna pustka, po prostu pustka…

Po dwóch godzinach zebrałam się w końcu. Znalazłam tzw „ruch chorych” gdzie zarejestrowałam się do szpitala. Dochodziła 1o rano…

Rejestracja trwała 1,5 h, troche osób czekało do pokoju z torbami, walizkami i różnymi dokumentami. Niektóre twarze już rozpoznawałam :) Zaprowadzono mnie następnie na Oddział, wręczono plik dokumentów i kazano czekać. NA Oddziale wszyscy biegali jak kot z pęcherzem, Jedni chcieli się wypisać inni wpisać i ulokować w pokoju. Po kolejnej godzinie poznałam numer pokoju, ale nadal był problem z łóżkiem, kazali czekać. Zostawiłam torbę z rzeczami i wyszłam z oddziału. Poszłam nacieszyć się słońce, usiadłam na schodach przed głównym wejściem i po prostu oddychałam… chłonęłam promienie słońca, powiewy wiatru, świat zewnętrzny…

Kolejne zapytanie o pokój niestety ponownie zakończyło się irytującym „proszę czekać”. Ehh, więc poszłam na stołówkę, dochodziła 13-sta a ja jeszcze nic nie jadłam. Nawet nie byłam głodna, ale posłuchałam się głosu rozsądku. Zamówiłam sobie pierogi ze szpinakiem i fetą. Nawet nie były złe.

O 15-stej znalazło się dla mnie łóżko :) Więc poszłam zapoznać się z moimi współlokatorkami :)

Przyznać muszę, że towarzystwo miałam niezłe :) Pierwsza Pani po lewej- Pani Apolonia. Prababcia :) Jak bum cyk cyk nie wyglądała. Moja babcia wygląda starzej. A ona doczekała się 4 prawnucząt… podziwiam. Kobieta już zrezygnowana, przerażona, narzekająca, która dostała szansę na dalsze leczenie i niestety wyrok – amputacja prawej nogi… :( Pomimo odmowy leczeni przez inne ośrodki tutaj lekarze podjęli wyzwanie, dostała chemię… Niestety zbyt słabe żyły mogą tego nie wytrzymać…

Druga Pani, Pani Grażynka, na pewno mama, przypuszczam że mniej więcej w wieku mojej mamy. Z Warszawy z Żoliboża. Kobieta zniszczona przez życie- tak wyglądała. Zapadła twarz, policzki, sine worki pod oczami. Pierwsza myśl- alkoholiczka. Co wcale nie musi być prawdą. Ale na pewno łatwo jej w życiu nie jest. Wyglądała na bardzo samotną. Podobnie jak ja miała guza, tyle tylko że na ręku nad nadgarstkiem. Tak jak ja czekała na operację.

No i moja ulubienica. Pani Wandzia :) Przyjechała tu kawał drogi PKSem. Jechała ponad 9 godzin. Kobieta która duzo w życiu przeszła i nigdy nikomu nie pokazała, że jest jej źle, nigdy przy nikim nie zapłakała, zawsze walczyła do końca tak jak i teraz aby żyć… Podobnie jak pierwsza Pani, dostała chemię i walczyła o nogę, tutaj decyzja o amputacji jeszcze nie zapadła, była szansa na jej ocalenie. Pani Wandzia szybko stała mi się bardzo bliska, dużo rozmawiałyśmy i poczułam jakbym odnalazła swoją życiową bratnią duszę, osobę bardzo ciepłą i bardzo silną psychicznie, która w końcu przy mnie się otworzyła, mało tego doprowadziła mnie do łez, ale o tym później :)

Radioterapia

5 sierpnia byłam ostatni dzień w pracy, przynajmniej fizycznie. Na kolejne dni wzięłam pracę w domu. Od 6 sierpnia zaczynałam naświetlania.

6 sierpnia 2013

Jak lekarz nakazał o 8 rano stawiłam się rano w Centrum Onkologii. Okazało się, że po raz kolejny pod symulatorem… Kolejna przymiarka tej paskudnej maski, którą przypinali mnie do łóżka do naświetlań… uciskała całą twarz, nie mogłam przełykać nawet śliny, ciężko było oddychać i nawet o milimetr nie mogłam się ruszyć… Chwila zdenerwowania, szybszy oddech i zaczęłabym się dusić, a od takiego stanu do paniki już niewiele brakuje.

I jak się okazało, maska za bardzo uciskała mi przełyk, po 2 godzinach czekania i pierwszej symulacji zostałam odesłana razem z tą okropną maską do pracowni, celem jej lekkiego poszerzenia. Wróciłam po jakimś czasie i znowu czekałam na swoją kolej. Kolejna symulacja i kolejna…

Już w dupie miałam, że za każdym razem rozbierałam się od pasa w górę przez kolejnymi nieznanymi mi osobami… maska zakrywała mi do połowy piersi, stąd taki wymóg…

Po symulacji lekarz kazał nam czekać na tym razem prawdziwe już naświetlanie. Nam czyli mi i jeszcze kilku innym osobom, które tego dnia rozpoczynały radioterapię. Samo naświetlanie miała jeszcze poprzedzać konsultacja chirurgiczna i pomiar wielkości guza aby określić zakres operacji. Jednak do pomiaru nie doszło. Oczekiwanie na naświetlanie wydłużało się o kolejne godziny. Potem zostaliśmy przeniesienie pod inną salę z innym urządzeniem do naświetlań bo docelowy aparat uległ awarii. Po 3 godzinach wróciliśmy z powrotem, bo został naprawiony…

Byłam wykończona.

Po 15-stej wyszłam w końcu po naświetlaniu, które trwało kilka minut, a czas oczekiwania wynosił 6 godzin jak nie więcej. Konsultacja chirurgiczna została przełożona na kolejny dzień.

7 sierpnia 2013

Wstałam rano i na godzinę 9:30 pojechałam do onkologii na konsultację. Na 13-stą miałam naświetlanie. Zgodnie z wytycznymi lekarza miałam stawić się na pierwszym piętrze na konkretnym oddziale. Pierwsze wyzwanie- znaleźć właściwe schody. Drugie wyzwanie- co dalej…?

Za drzwiami była poczekalnia… mnóstwo ludzi chorych, łysych, z kroplówkami, czekającymi na przyjęcia na oddział, na wypis, na chemię… ciężkie obrazy. Po 11 przyszedł lekarz. Zgarnął wszystkie osoby czekające na konsultację. W końcu weszłam. Zostałam komisyjnie obejrzana przez kilka osób, nawet nie wiem kto był kim. Usłyszałam tylko, że przyjęcie na oddział 12 sierpnia, operacja 13 i wypis 14 sierpnia. Operacja nie będzie długa. Następny…

Do naświetlań miałam godzinę, poszłam zapytać, czy przyjmą mnie wcześniej, żebym nie musiała znowu jechać. A i owszem, przyjęli by mnie, ale karta moja pozostała u lekarza od którego wróciłam, a nie wiadomo kiedy wróci, wiec i tak muszę czekać.

Wróciłam do domu… Przyjechałam przed 14-stą. Czekałam na naświetlanie do 15:30… naświetlali mnie ponad 20 minut…

Ledwo wytrzymałam. Raz, że trafiła mi się fala największych upałów, w samej klinice było sporo ponad 30 stopni, a o klimie w takim miejscu można zapomnieć. Druga sprawa to to, ze ledwo wytrzymałam przykuta do łóżka w masce tyle czasu, dodatkowo tym razem naświetlanie piekło, szczypało, swędziało, bolało… zaciskałam mocno pięści i nie wiedziałam ile jeszcze wytrzymam. Wróciłam do domu wykończona, padłam…Jedyne co mi się udało, to przełożyć naświetlania z 13-stej na 17-tą kiedy jest mniej ludzi i dużo chłodniej.

W nocy nadrabiałam zaległości i pracowałam…

 

8 sierpnia 2013

Po nieprzespanej nocy pojechałam na 7 rano do onkologii aby zrobić przykazaną mi dzień wcześniej morfologię… Tym razem pierwszy raz coś szybko załatwiłam. Chwilę po 8 rano już byłam w domu i zabrałam się za pracę. Na 17-stą pojechałam na naświetlania. Też poszło szybko, aż nie mogłam uwierzyć, bez kolejek, bez czekania… takie sytuacje ostatnio mi się nie przytrafiały. To był dobry i pracowity dzień pomimo zmęczenia. Jedyne co mnie tylko zastanowiło to pytanie- czy robiła p\Pani morfologię i jeśli tak to czy odebrała Pani swoje wyniki? Hmm, a czy ktoś mi powiedział, że w ogóle mam je odebrać i kiedy i gdzie? Jak do tej pory miałam zakaz odbierania jakichkolwiek wyników ponieważ trafiały od razu do mojej karty pacjenta… Generalnie stwierdziłam, że sami znajdą co potrzeba, ja swoje zrobiłam, nie mogę się ciągle o coś martwić, bo zwariuję.

 

9 sierpnia 2013

Kolejna nieprzespana noc… nie pamiętam już od jak dawna nie śpię. Mylą mi się dni, pamiętam tylko o której godzinie co mam załatwić następnego dnia. Nocami wariuję, nie wiem co mam ze sobą zrobić, czym zająć myśli, jak zasnąć, jak odpocząć. A kiedy przychodzi ranek, jestem jak warzywo, głowa mi pęka, nie mam pojęcia co się ze mną dzieje. I te okropne upały…

Tego dnia miałam tylko naświetlania. Czułam się coraz gorzej, już sama nie wiem czy to przez naświetlania, brak snu, nerwy i zmęczenie a najpewniej przez wszystko razem.

Tego dnia również nie widziałam się z lekarzem. Dzień przyjęcia mnie na oddział zbliżał się wielkimi krokami a ja nadal nic nie wiedziałam. Kolejny dzień ciężkich widoków i historii rozrywających serce…

Naświetlanie na szczęście nie trwało długo. Po 5 minutach zostałam uwolniona z tego średniowiecznego narzędzia tortur. Tym razem jednak wracałam do domu, powłócząc nogami na przystanek autobusowy. Cały czas dojeżdżałam autobusem ale pierwszy raz czułam taki silny spadek formy. Pokonanie każdego odcinka 100 metrów stawał się na prawdę ogromnym wyzwaniem. Szczęśliwa za każdym razem przekraczałam próg domu i padałam. Jutro sobota, rano ostatnie naświetlanie. Obym tylko dowiedziała się co dalej, gdzie mam się zgłosić w poniedziałek itd.

10 sierpnia 2013

O 8 rano zgodnie z rozkładem stawiłam się na naświetlaniach. Było kilka osób ale same nieznajome twarze. Nie tak miało być. Myślałam, że spotkam lekarza, osoby które razem ze mną zaczynały naświetlania. Po ostatnim naświetlaniu dziewczyny życzyły mi powodzenia i szybkiego powrotu do zdrowia. A co dalej zapytałam…

Okazało się, że zmiana godziny naświetlań z 13-stej na 17-tą spowodowała, że lekarz szukał mnie od kilku dni ale nie znalazł. Tylko że nikt mnie nie poinformował, że zmiana godziny naświetlań może spowodować, że będę się mijać z lekarzem i nikt lekarza o mojej zmianie nie poinformował. Mało tego, wyniki badań morfologicznych, które robiłam w środę, nadal się nie znalazły i jakoś z tego powodu byłam przez wszystkich wokoło rozpoznawana. Słyszałam – a to Pani, od tej morfologii…

Zapytałam, co dalej, lekarz się ze mną nie skontaktował, nic nie wiem poza tym, ze w poniedziałek na oddział mam się przyjąć… Dziewczyny chciały pomóc, podzwoniły, powiedziały, że Pan Dr dba o swoich pacjentów bardzo. Ok, nie przeczę, ale dlaczego ja ciągle nic nie wiem i ciągle coś ginie… jak nie karta to wyniki badań, to lekarz itd.

Nic więcej się nie dowiedziałam. Przyjęłam do wiadomości, że w poniedziałek muszę się stawić na Oddział do szpitala i tyle. Co będzie to będzie. Niestety pomimo postanowienia nie denerwowania się i nabrania sił przed operacją zafundowały mi kolejne dwie bezsenne noce. Jak spałam godzinę to może maks. Byłam wycieńczona psychicznie i fizycznie…

A impreza dopiero co miała się zacząć…

 

Smutek

04.08.2013

 

Szczypiorek zniknął… tak po prostu… razem z moją nadzieją na lepsze jutro… Znowu zostałam sama :(

Z perspektywą naświetlań od wtorku i operacją za tydzień. Tak, boję się jak cholera… sama nie wiem czego… już chyba nie samej operacji i tego pieprzonego raka ale chyba właśnie samotności…

Coraz bliżej :)

28.07.2013

6 sierpnia zaczynam naświetlania… tydzień później operacja. Z jednej  strony żal utraconych wakacji i zmęczenie, z drugiej niedoczekanie, żeby już było po…

W pogoni za… szczęściem…?

22.07.2013

Ostatnio nie pisałam, musiałam wyciszyć ogromny chaos który zapanował w mojej głowie. Tysiące bezsensownych myśli bez ładu i składu, co  z własnej głupoty zafiksowałam się na Szczypiorka. Tak strasznie chciałam wiedzieć że jest ktoś, że  w końcu znalazłam ramię na którym mogę się podeprzeć i wypłakać.

Ale to było tylko w mojej wyobraźni.

On ograniczył spotkania, a ja potrzebowałam ich coraz bardziej. Brak Szczypiorka na co dzień był jak brak tlenu…

Spanikowałam, straciłam grunt pod nogami i cierpiałam.

Może to i głupie, bo zamiast przejmować się operacją, moją głowę zaprzątała bezsensowna gonitwa głupich myśli. A może i nie… Może właśnie w ogóle nie powinnam przejmować się operacją tylko dalej budować swoją duchową podstawę i dalej robić swoje z uśmiechem na twarzy…

W ostatni piątek miałam dzień wolny. Myślałam, że zacznę już radioterapię. Nic bardziej mylnego…

Rano przyleciałam do Onkologii, nie chcąc tracić ani minuty czasu. I standardowo wylądowałam na jednym z krzesełek przed gabinetem, kompletnie nie wiedząc co dalej. Coś tam podsłuchałam jednym uchem, coś drugim. W końcu pojawił się lekarz, wyczytał kilka nazwisk i ruszył przed siebie…

Poderwałam się z krzesła i krzyknęłam „A ja????”

Nazwisko????- zapytał lekarz.

Otworzył swój kajecik i zaczął szukać. Znalazł. Odpowiedział tylko „Za mną” i ruszył w te pędy korytarzami…

Nawet nie wiedziałam dokąd idziemy. Starałam się nie oderwać od grupy i nie zgubić. Wylądowaliśmy przed gabinetem przygotowywania masek do naświetlań. Nawet nie miałam pojęcia, że coś takiego będzie mi robione. Człowiek, póki nie zderzy się z taką rzeczywistością, nie ma o niczym pojęcia, kompletnie nie wie co go czeka.

Doczekałam się swojej tury. Kazali rozebrać się do pasa w górę i położyć się na stole. Nagle na mojej twarzy, ramionach i klatce piersiowej wylądowała gorąca lepka masa w kratkę… Miała tylko wycięte otwory na oczy nos i usta, żeby się nie udusić. Masa szybko zastygała, mocno przywierając do ciała, przy odrobinie stresu i przyspieszonego oddechu człowiek mógłby się udusić. Ostatecznie na końcach maski mocowane były zaczepy, którymi człowiek był przypinamy do stołu, żeby nawet na milimetr się nie ruszyć… Przerażające… Zamknęłam oczy i starałam się spowolnić oddech, uspokoić… Udało się.

Potem jedna z Pań zabierała Ciebie i maskę i goniła kolejnymi korytarzami, tym razem do symulatora naświetlań, gdzie kilkakrotnie ubierali człowieka w ten pancerz i kazali się kłaść, za każdym razem tak samo, żeby przypadkiem żadne inne miejsce nie było naświetlane niż guz… A w moim przypadku jeszcze dodatkowe ryzyko że guz całkiem blisko serca…

Minęła kolejna godzina, jakoś to przetrwałam. Potem kolejna wyprawa kolejnym korytarzem do następnego gabinetu. Zobili mi tomografię.

Po czym po prostu wypuścili, powiedzieli, „Dziękujemy, to wszystko”.

Zaraz, chwila, jakie wszystko, a co dalej, kiedy naświetlania, kiedy operacja, kiedy w końcu będę miała to wszystko za sobą????

Odpowiedź.. „Proszę łapać lekarza na korytarzu, co jakiś czas się tu kręci”

No jakieś żarty chyba! Wtedy już na prawdę się wkurzyłam. Wróciłam w stronę symulatora i złapałam jedną z Pań, które tam ze mną wcześniej były. Dostałam karteczkę z nazwiskiem lekarza, numerem tel i godzinami w jakich mam dzwonić i pytać co dalej.

No i tak próbuję się dodzwonić…. Albo zajęte albo nikt nie odbiera.

Na prawdę jestem już tym zmęczona. Czekaniem, brakiem informacji, brakiem perspektywy choć tygodnia urlopu i wyjechania gdzieś, odpoczęcia, oderwania od tego wszystkiego. Poza tym guz cały czas bardzo szybko rośnie. Coraz bardziej swędzi i pobolewa w miejscu, gdzie uciska. Szczęście w nieszczęściu, że guz wyrósł na mięśniu a nie na kości, bo tak, to część kości by mi usuwali- a to raczej już powoduje jakaś niepełnosprawność. A tak wytną kawałek mięśnia. Powolna i systematyczna praca powinna zregenerować to miejsce po operacji.

Strasznie bym chciała mieć już tą operację za sobą… albo chociaż wiedzieć, że już niedługo będzie jej termin…

Poniedziałkowo

15.07.2013

Dzisiaj miałam ciężki dzień. Psychicznie ciężki. Cały dzień zbierałam się na rozmowę z szefową. W piątek zaczynam naświetlania i będę miała podobno jeszcze jakieś badania. Dla własnego luksusu chcę dzień wolny, żeby wszystko na spokojnie załatwić.

Na rozmowę zbierałam się prawie cały dzień. Nie potrafię od tak podejść do kogoś i powiedzieć, słuchaj będę miała operację na raka i potrzebuje kilku dni wolnego a poza tym to może mnie potem długo nie być. W ogóle nie potrafię o tym mówić, czuję jak zaciska mi się gardło i napływają mi łzy do oczu. Wolałabym, żeby nikt nie wiedział, nie traktował mnie przez to inaczej, nie patrzył na mnie inaczej… Jak nikt nie wie jest łatwiej.

No ale pogadałam z szefową. Może nawet przed operacją na czas radioterapii załatwi mi możliwość pracy w domu :D Raz, że nie stracę dużo na kasie (chociaż to nie jest teraz dla mnie najważniejsze), a dwa, że nie będę siedzieć w domu i myśleć o głupotach, tylko zajmę się czymś pożytecznym.

W każdym razie ta walka ze sobą, próba rozmowy i sama rozmowa na prawdę mnie wykończyła. Teraz kolejny cel- wytrwać do piątku do kolejnej wizyty w Onkologii.

Tak strasznie chciałabym już być po operacji…

Szczypiorek

14.07.2013

Jest godzina 2:19  nocy a ja siedzę skołowana z głupim uśmiechem na twarzy. Ostatnio wspominałam o poznanym na necie, młodszym ode mnie „Szczypiorku”. Faktycznie ostatnie wydarzenia mocno wybiły mnie z rytmu. A tymczasem owy Szczypiorek uparcie tkwi w moim życiu. Wczoraj pomimo mojego wielkiego doła i wisielczego humoru przyjechał po mnie i wyciągnął na spacer. Spacerowaliśmy do 2  nocy…

A zaczęło się od tego że wysłał do mnie sms bo do kolegi, z którym był umówiony, nie mógł się dodzwonić. Pół godziny później czekał już na mnie na parkingu…

Dzisiaj wykończona wróciłam z działki. Nogi mi  tyłek wchodziły, przeszłam chyba z 10 km, wędrując po lesie w poszukiwaniu grzybów z marnym efektem.Do tego jeszcze przemokłam do suchej nitki. Ledwo weszłam do domu… sms…

Zamknęłam oczy i pomyślałam: „strasznie bym chciała, żeby to była wiadomość od Niego”

I była :)

Propozycja wyrwania się z domu… Totalna niespodzianka… Ogarnęłam się trochę, doprowadziłam do porządku i pobiegłam do niego. Ponownie czekał na mnie na parkingu. Nie chciał zdradzić, dokąd mnie zabiera. Czułam że się denerwował, a ja kompletnie nie miałam pojęcia, co wymyślił…

Po jakimś czasie znaleźliśmy się na wiadukcie…

Nowy wiadukt w zasadzie, wybudowany w dziczy…, z kamienistą drogą dojazdową i… z pięknym widokiem na cudną panoramę… :D Uśmiechnęłam się :D Faktycznie znał fajne miejsce :D Znowu przegadaliśmy kilka godzin z efektem takim, że wróciłam do domu po 2 w nocy.

Zdałam sobie sprawę, że przy Nim zapominam o operacji i tym wszystkim przez co będę musiała przejść. Dziś jednak dotarło do mnie, że będę musiała go niedługo poinformować, że przez jakiś czas nie będziemy się widywać. Nie mam pojęcia jak to rozegrać, żeby nie sprawić mu przykrości, żeby nie pomyślał, że spędziłam fajnie czas ale teraz już nie mam ochoty na Jego towarzystwo. Nie wiem czy chcę i potrafię powiedzieć mu prawdę…

Dużo tego nie wiem…

Z ciekawości zajrzałam sobie przed chwilą na mój horoskop. Akurat ten często mi się w jakiejś perspektywie czasu sprawdza. Znalazłam tam to:

„A youthful boy with the promise of life and love at his feet. A message of love coming to you. Seduction by a younger person possible. Someone trying to charm you. A love of beauty and imagination. Puppy love. Innocence. A young person at the beginning stages of a new relationship. Possible over-excitement in love”

Zamarłam…

Czuję, że po mału zaczynam się znajdować  w innej sytuacji, na którą chyba jednak nie byłam przygotowana… Po prostu nic już nie wiem… poza tym że w środku na prawdę się uśmiecham :)

Większy kaliber… walkę czas zacząć

11.07.2013

Nerwy stres od rana, uczucie żeby nie jechać, że może jednak wcale nie chcę znać wyników badań. Całą noc towarzyszył mi płytki sen. Rano zignorowałam wszystkie budziki, chciałam żeby to był tylko sen…

W końcu się zmobilizowałam. Do Onkologii dotarłam chwile po 8 rano. Ku mojemu zdziwieniu do gabinetu czekał już dziki tłum. Zajęłam miejsce w kolejce i czekałam. Nie miałam pojęcia, że lekarz przyjmuje dopiero od 9 rano. Zdenerwowałam się, że spóźnię się do pracy i to dużo bardziej niż planowałam. Przez pierwszą godzinę zjadał mnie masakryczny stres, potem już chyba bardziej ze zmęczenia odpuściłam. Porozsyłałam sms-y, że się spóźnię.

W końcu po 10-tej weszłam do gabinetu. Pani doktor stwierdziła brak mojej karty pacjenta, która podobno utknęła na oddziale patologii… zerknęła na moje wyniki badań w systemie, potem na mnie, po czym oświadczyła że ta konsultacja niestety nie będzie dla mnie dobra…

Po raz kolejny te wszystkie przeczucia w mojej głowie nie były obsesją  chorymi urojeniami tylko intuicją. Wynik- nowotwór, guz złośliwy. Przypadek jeszcze bardziej rzadki niż ten zdiagnozowany poprzednio. Mało tego, te guzy nie pojawiają się nad piersią, jeśli już to albo w jelitach i przewodzie pokarmowym, podbrzuszu, albo na kończynach górnych. Kolejny raz jestem indywidualnym przypadkiem.

I tak oto moja poranna wizyta przerodziła się w całodniową mękę… tym razem wysłałam info do pracy że dziś już nie dotrę…

Najpierw Pani doktor zadzwoniła na Oddział Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków czy mógłby mnie dzisiaj obejrzeć. Chirurg wyraził zgodę wiec moja karta pacjenta została wyrwana z patologii i przekazana na Oddział nowotworów. W sumie fajnie bo nie czekałam za długo.

A więc jednak operacja… Tyle że tym razem wszystko wygląda inaczej. Od razu dostałam kartę do anestezjologa, skierowanie na prześwietlenie płuc, czy przypadkiem nie mam przerzutów, skierowania na badania przedoperacyjne oraz konieczność konsultacji w celu ustaleniu terminu radioterapii przed operacją. Radioterapia w celu paliatywnym, więc powinnam zamknąć się z naświetlaniami w jednym tygodniu do max 3. Po wszystkich informacjach pobiegłam do anestezjologa. 4 osoby przede mną – 3 godziny czekania!!! Dochodziła 4 a ja siedziałam tam, kompletnie bez sił, na czczo, bez śniadania, bez wody… bez świadomości jakiejkolwiek konieczności, potrzeby picia czy jedzenia… Już zapomniałam że tak można, że stres tak może działa na człowieka. Chyba podłamałam się bardziej niż nadal mam tego świadomość.

W końcu dostałam się do anestezjologa, potem pobiegłam na prześwietlenie płuc. Po wszystkim zrobiłam sobie zdroworozsądkową przerwę, kupiłam kanapkę i coś do picia. Kiedy ją zjadłam ,wtedy dopiero poczułam się fatalnie. Poszłam pod następny gabinet… usiadłam zrezygnowana w koncie patrząc na te wszystkie osoby czekające, zmęczone, zdenerwowane… a ja po prostu nie miałam kompletnie sił. Usiadłam gotowa czekać aż wszyscy pacjenci wyjdą o ile w ogóle ja jestem na liście…. Weszłam przed 16-stą. Dostałam kolejne wytyczne, za tydzień zaczynam naświetlenia…

Tak dalej się boję i dalej jestem przerażona i kompletnie bez sił i tak dobija mnie alej fakt, że tkwię w tym wszystkim sama jak palec. Nawet mimo tego, że moja ostatnia randka chce się powtórzyć w przyszłym tygodniu to jakoś dziś mnie to nie cieszy, Czuję że wszystko zaczyna mi się wymykać spod kontroli. Nie dość, że wczoraj pękł mi ząb i mam teraz kieł jakich mało, to jeszcze dziś po powrocie z Onkologii padłam i nie dotarłam na angielski. Zaczyna się kumulować tyle rzeczy i spraw do załatwienia a ja nie mam na to siły :(

Mam tylko nadzieję, że to przetrwam… dodajcie mi sił…

Test cierpliwości

10.07.2013

Dzisiaj od rana cały dzień w nerwach i na telefonie. Po wielu komplikacjach i zawiłościach przemiła Pani z Onkologii pomimo moich bezskutecznych prób oddzwonienia do niej w kwestii wyników badań immunologicznych zadzwoniła do mnie wieczorem. Była bardzo przejęta, zapisała mnie na jutro na konsultacje.

Denerwuje się…

Boję się, że wyszło coś innego… coś gorszego… że nie skończy się na usunięciu guzka…

Muszę jakoś przetrwać tę noc. Próbowałam dziś zapisać się do „mojego chirurga”, ale patrząc po braku miejsc obstawiam że poszedł na urlop… A nie podejmę żadnej decyzji bez konsultacji z nim.

Wszystkie plany wakacyjne odwołałam, czuję się rozerwana, to jest chyba największy w moim życiu test cierpliwości.

No ale wzięłam się za bary z całą resztą. Pomału wróciłam do żywych. W pracy raz lepiej raz gorzej ale wiem, że nie zamieniłabym tej pracy na żadną inną.

No i poszłam sobie wczoraj na kawową randkę. Chyba sama siebie zaskoczyłam… i przy okazji zostałam zaskoczona :)

Chłopak poznany oczywiście na necie :) Czym ja się zaskoczyłam sama- że młodszy, sporo szczuplejszy ode mnie, jak na niego patrzyłam momentami widziałam „szczypiorek” taki młodziutki.

Czym zostałam zaskoczona? Wszystkie drzwi otwierały się przede mną, krzesła odsuwały, mało tego, zostałam odwieziona do domu i nawet drzwi do samochodu się zostały przede mną otworzone… :) Ależ się dziwnie poczułam…

No a tak poza tym to bardzo sympatyczny chłopak o gołębim sercu, nie wiem czy nie za bardzo gołębim. Z moim charakterem boje się że mogłabym go skrzywdzić… no ale nie oceniajmy książki po okładce, to dopiero pierwsze spotkanie, a ja w końcu po spotkaniu przespałam pierwszy raz od dawna całą noc i to z takim wewnętrznym spokojem. Warto było :)

Trzymajcie kciuki za jutro i za dobre wiadomości :)

 

Chwila oddechu

05.07.2013

A jednak jeden dzień wolnego to był strzał w dziesiątkę. Gdybym miała pójść do pracy raczej o własnych siłach do domu bym już nie wróciła…

Sierściuchowata mocno niestety zaniedbana ostatnio przeze mnie, całą noc rzygała… :( Przyszła do mnie do łóżka strasznie zawodząc i szturchając łapką. Było tak około 2 w nocy. Wstałam i kompletnie nieświadoma poszłam za nią do przedpokoju. A tam wszystko zarzygane :( A ona biedna dostała jeszcze takich torsji, że aż serce mnie ściskało z bólu patrząc jak się męczy.

Podałam sierściuchowatej smectę (dzięki dobrej poradzie innej kociary) posprzątałam przedpokój i chyba jakoś przysnęłam. Nie pamiętam nawet kiedy. I tak co jakiś czas budziłam się słysząc ściskające serce dzwięki… wiec wstawałam i podawałam kolejne dawki. Aż w końcu po 8 rano małą, zmordowana kulka puchu przyszła do mnie, wtuliła się i zasnęła. A ja razem z nią.

Przespałyśmy obie prawie cały dzień. Obudziło mnie parcie na toaletę i jak spojrzałam na zegarek aż jęknęłam… Dochodziła 16-sta. sierściuchowata otworzyła jedno oko, spojrzała na mnie tym swoim błogim spojrzeniem i poszła spać dalej.

W międzyczasie rano zadzwoniłam do Onkologii w sprawie wyników badań. A tu taka wiadomość- wstępne wyniki są ale próbki zostały przekazane do innych badań- immunologicznych – na jakieś receptory. Czas oczekiwania- minimum tydzień :(

Podłamałam się jeszcze bardziej. Zaczynam się na prawdę bać, że to jednak może być coś innego niż pierwsze badania histopatologiczne wskazały… a guzek strasznie szybko rośnie…