Karuzela

04.07.2013

Ostatnio nie pisałam, mimo że często czułam wewnętrznie taką potrzebę. Miota mną od jakiegoś czasu tyle uczuć, że nie za bardzo ogarniam temat. Powrócił płytki, czujny sen. Budzę się bardziej zmęczona niż się położyłam. W ciągu dnia poruszam się jak za mgłą, nieobecna i przytłumiona. Hektolitry wypitej kawy nic a nic nie pomagają. Każdego dnia walczę z bólem głowy i zmęczeniem, nad niczym nie mogę się skupić, ciągle chce mi się po prostu płakać.

Żeby chociaż roboty było dużo, to akurat bym się czymś z musu zajęła, ale na razie wszystkie projekty zawisły w próżni… stan oczekiwania jest strasznie męczący.

Do tego ciągle się zadręczam tym cholernym guzkiem. Już było wszystko super, perspektywa fajnych wakacji, wyjazdu nawet kosztem wydania całej kasy jaką mam. A tu jedna wielka dupa! Będę miała operację. Guzek z dnia na dzień jest coraz większy. Boli i swędzi… A ja ciągle czekam na potwierdzenie badań.

Pierdolone czekanie!

Cholerna bezsilność! Stan który zawsze mnie rozwalał…

Czuję się jakby przez mój umysł przeszła trąba powietrzna zostawiając jeden wielki pierdolnik. Nie mam pojęcia od czego zacząć, jak to wszystko uporządkować i w ogóle po co to wszystko robić???

Że dla siebie? Nie odczuwam takiej potrzeby. Jestem zdezorientowana i zmęczona.

Więc dla kogo innego?

Nie ma nikogo innego. Całe życie przez każde gówno przechodziłam sama. Tym razem jest dokładnie tak samo.To jak czekanie na wyrok siedząc samotnie w głuchej ciemnej celi. Tylko bezradność, strach i pustka…

Najlepiej żeby już teraz! zaraz! położyli mnie na stół i usunęli to gówno. Dostanę zwolnienie, zakaz forsowania sie, opalania itd i będę miała gotowe usprawiedliwienie dlaczego kolejny rok wakacji spędzam sama w domu. Wtedy będę mogła spokojnie w to uwierzyć i się nie dołować. Wtedy nie będę musiała wisieć w tej bezczynności. Mam dość czekania!

Ostatnio nawet jeszcze walczyłam. Zdechła i bez humoru prawie codziennie po pracy na zajęcia językowe chodziłam. Wracałam do domu na czworaka. Zmęczona, rozdrażniona ale z głową zajętą myślami w innym języku. Zawsze to jakoś inaczej.

W końcu na jednych z zajęć zauważyłam, że każdy czymś mnie wkurza, ten po lewej ciągle się wierci jakby miał stado mrówek w tyłku, laska po prawej ciągle się wyrywa i pierdzieli głupoty, kolejna siedząca obok udaje że rozumie, co sie do niej mówi… Jak wychodziłam z zajęć byłam przekonana że trafiłam na grupę idiotów. Teraz wiem, że to zmęczenie… przewrażliwienie wynikające z permanentnego braku snu od jakiegoś czasu…

Do tego wszystkiego zaczęła mnie irytować i dołować moja ostatnia zawsze działająca deska ratunku… moja działka. Pojechałam tam ostatnio, pomijając już fakt że o mało nie spowodowałam karambolu i zatrzymałam się kilkanaście centymetrów przed słupem na drodze… Dojechałam w końcu na miejsce i… poczułam pustkę, nagle cała praca, jaką tam włożyłam w dom, ogród, przestała mieć znaczenie. Rozryczałam się…

Ale nie… to jeszcze nie koniec…

Jakby tego było mało, po głowie ciągle chodzi mi ostatnio mój „były”. Nie dość że odezwał się w moje urodziny z przeprosinami za nerwy jakie mi jakiś czas temu zaserwował i wielką chęcią naprawienia wszystkiego to jeszcze to…

Dwa dni dochodziłam do siebie po tym smsie, a od jakiegoś czasu ciągle po głowie chodzą mi różne myśli i obrazy. Cały czas wychodzę z założenia, że to moje urojenia i że nie mogę się chyba z niego wyleczyć. Problem w tym, że już kilkakrotnie miewałam takie sytuacje i okazywało się, że to intuicja się do mnie dobijała i wszystko się sprawdzało.

A co mi tak chodzi po głowie? A no ślub byłego z obecną niunią i to całkiem niedługo… skąd się biorą takie myśli??? A druga rzecz to jakieś dziwne uczucie, że chłopak wcale nie jest szczęśliwy…

A czemu o tym pisze? Bo chyba ciągle nie mogę pogodzić się z tym że po ponad 7 latach naszego związku on tak szybko się pocieszył. Bo nie mogę się pogodzić tym bardziej z moją samotnością. Kompletnie sobie z tym nie radzę i normalnie szlag mnie trafia.

Tym bardziej jest mi z tym wszystkim ostatnio tak cholernie źle, że wzięłam dzień wolny w pracy.

Żeby nie było, ze nie walczyłam… chciałam zawalczyć o weekend i zmianę otocznia. Koleżanka z pracy bierze ślub w ten weekend. Nie pojadę- ojciec zabrał mi samochód. W domu znowu wojna psychologiczna – o wszystko!

I jeszcze zajebista kumpla z zespołu złożyła właśnie wypowiedzenie…

Ile jeszcze mam zrobić dla innych żeby przestać walić głową w mur????? Dla siebie nie będę robić już nic, bo nic nie przynosi mi ani ulgi ani nadziei, jest tylko bałagan, smutek, irytacja i brak dalszych widoków na przyszłość… wszystko wskazuje mi ciagle tylko jedno- cholerną samotność!

A w weekend chyba z tej radości napruje się sama – do lustra!

545821_395219060574112_2041787079_n

Ciężar

Złość! Wściekłość! Furia! Bezradność! Depresja!

Tak w skrócie wygląda mój urlop:) Cudownie… Nie umiem poradzić sobie z przeszłością i z samotnością.

Jakiś czas temu mój były zaproponował mi, że w ramach remontu mieszkania gdzie kiedyś razem mieszkaliśmy, możemy się spotkać w majówkę żebym zabrała sobie to co chcę z wyposażenia kuchni skoro i tak prawie całą urządzałam w różne sprzęty. Ucieszyłam się, bo akurat na działkę dużo rzeczy mi się przyda i zaoszczędzę kasę na kupowaniu nowych. Zapomniał tylko wspomnieć że wyjeżdża za granicę na jakiś czas. W międzyczasie zadzwoniła do mnie do pracy jego matka. Postawiła mnie pod ścianą oświadczając, że czas nagli i trzeba jak najszybciej zabrać rzeczy bo remont…. Powiedziałam że w najbliższym czasie nie dam rady, nie znajdę czasu, na co ona żebym powiedziała co chcę, to ona mi zakapuje…. Heloł!!!! Ponad dwa lata tam nie mieszkam, skąd do cholery mogę pamiętać. Poza tym nie taka była umowa, miało być na spokojnie i w majówkę. Ależ byłam wściekła. Dawno nikt mi tak humoru nie popsuł bez względu na to czy chciał czy nie. Wkurzona dzwonię do byłego, numer incorect… wysłałam sms… nie dotarł… Fala wściekłości mnie zalała. Po kilku nieudanych dniach próby kontaktu napisałam maila, że nie mam ochoty być stawiana w takich sytuacjach i żeby dogadywał się wcześniej ze swoimi rodzicami. Odpisał na maila że na urlopie jest zagramanica… szkoda że nie uprzedził że będzie nidostępny… a ja tu wychodzę z siebie.

Odpuściłam, wylałam w mailu do niego wszystkie swoje żale i wyjechałam na działkę. Przez cztery dni się zarzynałam, machałam łopatą i czym się dało byle tylko całą złość z siebie wyrzucić. Efekt- połamana i obolała wróciłam na majówkę do domu. Trzy dni przeleżałam z bolącym kręgosłupem i pogłębiającą się depresją. Poumawiałam się wcześniej ze znajomymi ale nagle wszyscy o mnie zapomnieli. Bez sił, zła i zdołowana przeleżałam trzy dni. Wszystko mnie wkurzało, męczyły mnie koszmary senne a były się w ogóle nie odezwał. Majówka już prawie dobiegła końca. A ja znowu wkurwiona bo czuję się oszukana i wystawiona do wiatru. Nie, nie zadzwonię do niego, jeśli zapomniał co mi obiecał, trudno. Głupi burak i debil i tyle. Jakby nie można było wysłać jakiegokolwiek sms typu sorry, nieaktualne albo wrócę parę dni później. Nie mam pojęcia dlaczego się nie odzywa i wkurwia mnie to na maksa. Zapewne zapomniał… a ja tyle nerwów straciłam, przez samą głupotę. Jestem wściekła na niego i na samą siebie. To on, jego laska i matka dręczą mnie ciągle w koszmarach. Jak ja mam się uwolnić od przeszłości? On zawsze będzie już tak na mnie działał, że za każdą pierdołę, głupotę będę robić raban i chodzić wściekła, sama się nakręcać i wpadać w depresję…

Poszłam dziś na 2h trening, zmęczenie i endorfiny poprawiły mi humor. No i przede wszystkim muzyka. Chcę czy nie, jeśli trenuję przy głośnej muzyce, zmieniam świat, przenoszę się gdzie indziej. Pomaga :) Tabliczka czekolady również. Złamałam się i pożarłam całą. Trudno, nie zamierzam pluć sobie w brodę. Liczę teraz na to, że jak wyleję tutaj swoje wszystkie żale, całą złość i wszystkie złe emocje odejdą, odetchnę, przestanę o tym myśleć… Zacznę żyć w końcu swoim życiem. Do cholery to już ponad dwa lata minęły a ja nie potrafię dojść ze sobą do ładu!!!! Pragnę zapomnieć…

Troszku nerwowo…

Jak już kiedyś wspominałam przyszedł czas po wieloletnim związku katastrofą kiedy postanowiłam wziąć się sama ze sobą za bary. Lekarze, badania,kolejne diagnozy… aż do zmęczenia, aż w końcu dowiem się czemu ciągle czuję się tak źle i co z tym zrobić. Z refluksem już się pogodziłam – leczenie do końca życia. Z migrenami podobnie. Ale wiem jedno, zdiagnozowane schorzenia i dobrane leczenie powoduje że jestem przeżyć cały tydzień bez bólu, co kiedyś było moim ogromnym marzeniem. Teraz idę dalej za ciosem. Dieta i ćwiczenia jak mnie i tak dość systematyczne :) Z drobnymi wyjątkami zaczynam czuć się coraz lepiej we własnej skórze :)

Jakiś czas temu przyjaciółka podesłała mi link do artykułu na temat choroby Hashimoto… przeczytałam i zamarłam. 90 % objawów się zgadza. Zmobilizowałam się i zrobiłam kolejne badania. Odetchnęłam ponieważ to nie to. Nadal jednak nie wiem co robić z codziennym zmęczeniem, rozdrażnieniem, brakiem możliwości skupienia uwagi. Może taki już mój urok, że w dzień umieram a od godziny 16 przeżywam euforię, czuję jak w szybkim tempie zagarniam siły witalne, jak mózg zaczyna pracować z ogromną świeżością i klarownością. Nagle wszystko wydaje się barwne, muzyka w duszy gra, zmysły się wyostrzają i energii przybywa, nawet jak deszcz kapie za oknem. Może warto pomyśleć nad dostosowaniem swojego życia do wieczornego rytmu, choć na chwilę obecną jest dla mnie trudne, nie mam pomysłu jak się do tego zabrać, od czego zacząć…

Wracając do lekarzy, rok temu wybrałam się do chirurga. Nad lewą piersią od ponad roku wyczuwałam jakiś mały guzek, zgrubienie. Dostałam skierowanie na biopsję. Chirurg dał mi do zrozumienia że jestem panikara i tyle. A ja myślałam że lepiej zapobiegać i reagować jak najszybciej niż później pluć sobie w brodę… Minął rok. Ledwo wyczuwalny guzek z objętości kilku milimetrów urósł do wielkości ponad 4 cm. Zaniepokojona pomimo ostatniej wizyty u chirurga zapisałam się ponownie na wizytę. A tu nagle dostaję opierdol że tyle czasu czekałam że dlaczego nie przyszłam wcześniej itd. Byłam wściekła że wzięłam do siebie wcześniejsze żale o zawracanie głowy i nie posłuchałam swojej intuicji, która już od dawna trąbiła mi w głowie, żeby coś z tym zobić. Poprzednia diagnoza okazała się błędna. Efekt – za 5 dni mam zabieg. Niby nic poważnego ale boję się jak cholera. Już nawet mam gdzieś że zostanie spora blizna, bardziej boję się że coś pójdzie nie tak, albo że to będzie coś dużo poważniejszego. Mimo że moja intuicja podpowiada mi, ze będzie ok to i tak jakiś cykor siedzi we mnie i już.Czasem zastanawiam się ile jeszcze schorzeń wyjdzie mi przed 30-stką. To chyba niej est normalne. Tak wiem, mnóstwo młodych ludzi ma dużo gorsze schorzenia. Ale ja jestem już zmęczona ciągłym chodzeniem po lekarzach, pamiętaniem o wszystkich lekach i badaniach. Jak nie neurolog to gastrolog, innym razem ortopeda, endokrynolog, ginekolog, a teraz jeszcze chirurg. Ehhh, lepiej nie myśleć co mnie czeka po 60-tce. Lepiej pomyśleć o kolejnym treningu i motywacji do pracy nad sobą. Może za jakiś czas będę potrafiła stanąć przed lustrem i powiedzieć „Mała! Odwaliłaś kawał dobrej roboty! I dobrze Ci z tym” :)

Stopy

4 kwietnia 2013

Może to głupio zabrzmi ale polubiłam swoje stopy. Zawsze patrzyłam na nie z …hmmm… nie lubiłam na nie patrzeć i już, a ostatnio je polubiłam :D

PS. Dużo bym dała żeby dziś przytulić się do kogoś, tak po prostu… Zamiast tego obejrzałam kolejne romansidło i zryczałam się jak głupia, z samotności :(

emotions

Matka

Mówi się, że matka jest tylko jedna. Mówi się też, że rodziny się nie wybiera. Nie zamierzam dyskutować z powyższym, bo to prawda.

Nadeszły Święta… radosne Święta, Święta Zmartwychwstania, radości. Zawsze kojarzą się z nowym życiem i wiosną, mimo że pierwszy raz w moim życiu patrzę za okno i mam wątpliwości, obserwując ogromne płatki śniegu lecące z nieba kolejną dobę, patrząc jak cały krajobraz przywdział białe szaty. W Boże Narodzenie nie było tak pięknie i biało jak teraz.

A mimo to, mimo tych jakże radosnych Świąt siedzę i ocieram chusteczką łzy. Kolejny rok z rzędu Święta to dla mnie czas samotności. Nie dość że dopadło mnie choróbsko, z którego nie potrafię się wyleczyć  to jeszcze psychicznie ledwo się trzymam. Matka dniami w pracy, nocami w kuchni zarzyna się do upadłego. Ojciec jak zawsze ma wszystko w dupie. A mi już kompletnie nic się nie chce. Po co mam się zarzynać tak jak matka, to jest jej wybór. I tak rano jak zawsze usiądziemy przy stole we trójkę w ciszy jedząc wielkanocne śniadanie w zasadzie już w południe i kłócąc sie o pilota do tv. Żadnej rozmowy, nic. Każdy tylko wzdycha. Nawet wstawać z łóżka mi się nie chciało, bo po co? Słuchać tylko ciągłych narzekań i pretensji??? Uszami mi już wychodzą. Efekt- prawie całe święta przespałam, próbując nie zwariować. Rodzina? Czym jest rodzina? Co oni tak na prawdę o mnie wiedzą? Pierwszy raz w życiu nie powysyłałam żadnych życzeń, smsów, maili, telefonów, kartek. Kompletnie nie czułam rytmu. Poza tym po co zmuszać się do napisania kilku słów kiedy w sercu pustka i żal. Wtedy to nic z nic nie byłyby szczere słowa.

Rano obudziła mnie matka. Rano… chyba już 13 dochodziła. Przyszła spytać czy żyję i zamierzam wstać. Nie zamierzałam. Ledwo otworzyłam oko, już słyszałam jak mówi tym swoim naturalnie głośnym głosem, że  w wiadomościach mówili… Ani jak się czujesz ani nic. Żadnej rozmowy. Nigdy. Ciągle tylko jak już gada to albo o sobie, bo ona taka biedna, taka chora, taka zmęczona… codziennie to samo, zawsze, kiedy sienie odezwie, dzień w dzień… Cięgle wszystko jest źle, wszystko nie tak i nie ważne ile bym pomogła i ile zrobiła, zawsze dostane za coś opierdol. Rzygać mi się już chce. Kiedy mówi do mnie, mówi z pełnymi ustami, przerywa w pół słowa, przeklina, kiedy nie chce zrobić czegoś w danym momencie, bo akurat nie mogę itp, to się obraża i kiedy jeszcze do niej mówię, wychodzi, zamykając drzwi za sobą. kiedy powiem że mam już dość słuchania jej narzekań i marudzeń bo wróciłam wykończona z pracy i chcę trochę odpocząć a ona po raz kolejny narzeka na to samo, krzyczy do mnie żebym zamknęła ryja… Matka… Przykład do naśladowania… Zero szacunku do innych ale za to z dużymi wymaganiami… Może jestem okrutną córką ale czasem jej nienawidzę za to wszystko. Nigdy nie usłyszałam od niej ani jednego słowa, nigdy mnie nie wsparła, nie pocieszyła, nie przytuliła…

Tak jestem jedynaczką i często bardzo tego żałuję. Tak wiem już, że wiele rzeczy za które sama siebie kiedyś obwiniałam, nie są moją winą ale wyborem matki i ojca. Tak, wiem, że już jej nie zmienię, mało tego, że będzie coraz gorzej, ale też nic na to nie poradzę że to cholernie boli, że nie wiem tak na prawdę co to znaczy rodzina i że nienawidzę Świąt, żadnych Świąt…

eye

Ciąg dalszy nastąpi…?

29 marca 2013

Ehhhh, no to sobie powzdychałam. 27 marca… to był drugi dzień mojej diety. Liczba 27 prawie zawsze była dla mnie szczęśliwa. Ten nie był… od rano poczucie zmęczenia, nie wiedzieć czemu dawno upragnione słońce zamiast dawać radość dawało rozdrażnienie… Do pracy jechałam 1,5 h bo awaria i tramwaje przestały jeździć, po pokonaniu na pieszo 4 przystanków dotarłam na autobus, który mi uciekł… kolejne miały wyświetlone na tablicy napis” przejazd techniczny”. Potem korek i jakiś wypadek na trasie. Dojechałam wykończona :( W pracy masakra. Nic nie szło, wszystko wypadało mi z rąk, na niczym nie mogłam się skupić. W końcu dobiła mnie migrena… O 15 zwolniłam się u szefowej i jakimś cudem dotarłam do domu. Nie pamiętam nawet jak :( Dopiero wczoraj do mnie dotarło, że dokładnie dwa lata temu 27 marca w sobotę usłyszałam od swojego byłego że koniec… i się wyprowadziłam… Czy to możliwe żeby moja podświadomość aż tak zadziałała??? Nie dość, że ciągle mi się śni, że sie facet zaręczył albo że się hajta to jeszcze to… i ciągle nie mogę się doprosić reszty swoich rzeczy… Gadu gadu nie ma problemu i cisza… Muszę się uwolnić od przeszłości, inaczej nigdy nie będę szczęśliwa.

W kwestii szukania szczęścia… spotkałam się z kolejnym nieznajomym. Wysoki, przystojny… starszy o 6 lat. Standardowo, długo się wahałam, ale w końcu powiedziałam sobie ryzyk fizyk, idę. Pierwszy raz od dawna wyszłam z domu jak kobieta. Wyraźny makijaż, ponętne perfumy, pomalowane paznokcie na czerwono, seksowna bielizna. Pierwszy raz poczułam, że zrobiłam to dla siebie nie dla kogoś… I to był wieczór, kiedy zrobiłam dla siebie coś jeszcze, coś dla mnie bardzo ważnego. Nigdy nie potrafiłam odmawiać, zawsze byłam słaba, męczyłam się, udawałam, próbowałam dopasować… to było złe i wiedziałam o tym ale nigdy nie potrafiłam inaczej, nie potrafiłam się przełamać. W planach była kawa, potem u niego jakiś fajny film a potem może coś więcej. Spotkaliśmy się w umówionym miejscu, z czegoś się śmiałam i opowiadałam coś, i nagle on do mnie powiedział ” Ciszej, nie krzycz tak”. Niby nic takiego… a jednak … Owszem jestem osobą żywą i głośną, mam donośny głos. Taka jestem. Jeśli jemu zaczęło to przeszkadzać w przeciągu pierwszych kilku sekund twarzą w twarz… Poszliśmy na kawę. Siedział przede mną zamykając co chwila oczy, dziwnie to wyglądało, jakby spał, mimo że wiedziałam, ze tego nie robi. Wystukiwał o stolik dość energicznie rytm muzyki, którą było słychać w tle. Kiedy coś opowiadałam uśmiechał się ironicznie, co sprawiało że siedziałam spięta. Ani poczucia humoru ani spontaniczności w nim nie zauważyłam, ani troszkę :( Kiedy nagle przestałam gadać i podsuwać tematy, zapatrzyłam się w przestrzeń, myśląc jak uciec on popatrzył na mnie i powiedział „co?”… Uwielbiam to słowo…  I mimo że wiedziałam, że gapił się na mnie momentami, jakby przenikał wzrokiem przeze mnie i jak każdy facet gapił się na mój biust, wiedziałam, że nic a nic z tego nie będzie. Wyszliśmy z kawiarni. Przeszłam z nim może 200-300 metrów. Zatrzymałam się, przeprosiłam i powiedziałam, że kończę nasz wieczór. Podziękowałam za spotkanie i za kawę. A on stał wpatrzony we mnie i osłupiały. Coś mnie w środku ściskało, ale wiedziałam, że tego właśnie chcę. Że nie chcę z nim iść. Powtarzał, choć, posiedzimy jeszcze chwilę, obejrzymy razem film, w czym jest problem, chodźmy… Wyciągnęłam do niego rękę i po raz kolejny powiedziałam, dziękuję za wieczór. Uścisnął mi rękę i w przeciągu sekundy odwrócił się tyłem i ruszył energicznym krokiem przed siebie z miną bardzo obrażonego albo bardzo zranionego człowieka. Nie wiem, nie potrafię powiedzieć co czuł i dlaczego tak zareagował. Mimo, że w jakimś stopniu czułam się z tym źle, z drugiej strony byłam zadowolona. Pierwszy raz zrobiłam to, czego ja chciałam w danej sytuacji. Pierwszy raz potrafiłam powiedzieć stop!, nie! I nie byłam przy tym złośliwa czy nie miła, byłam po prostu stanowcza i wytrwała do końca.

Nie zmienia to faktu, że jest mi przykro, ciągle jestem sama, nie potrafię znaleźć nikogo kto by przy mnie był. Wiem jedno, jestem specyficzna, wymagająca i trudno mi będzie kogoś znaleźć… Wiem też, że jeśli zrezygnuję z moich wymagań, nie będę szczęśliwa. Mam tylko nadzieję, że pewnego dnia poznam swoją drugą połówkę i mam nadzieję, że nie za pośrednictwem portalu internetowego. To z czasem staje się męczące…

Tymczasem trzymam dietę, ćwiczę i walczę o odnalezienie własnej pewności siebie:)