02.06.2013

Ehhh za 13 dni walnie mi 30-stka. Czy z wielkim hukiem- to się okaże. Na chwilę obecną pocieszam się faktem iż od jakiegoś czasu dojrzewa mnie wewnętrznie uczucie, że czeka mnie coś wzniosłego, czego nie potrafię dokładnie sprecyzować. Tak jakby kolejny krok do przodu w przemianie we mnie samej :) w związku z tym czekam spokojnie z uśmiechem na gębie.

Trochę to niesamowite, że ostatnio dużo się dzieje, wiele spraw zamykam przed TYM WIELKIM DNIEM. I w zasadzie zdałam sobie z tego sprawę całkiem niedawno.

Od momentu zabiegu minęło trochę czasu. Po długim okresie nerwów i stresu odebrałam wyniki badania histopatologicznego. Nawet tutaj okazałam się przypadkiem jednym na przysłowiowy milion. Wynik? Nowotwór tkanek miękkich. Czy wyrok? Nie dla mnie. Szczerze mówiąc cały ten okres jest dla mnie ogromnym sprawdzianem. Tak, zostałam z tym problemem sama i szczerze mówiąc w dupie mam czy kogoś to obchodzi. Tak, czasem jest mi przykro, że nikt nie zapyta jak tak, co dalej, poczucie samotności zawsze mnie dobijało. Ale jeśli sama nie znajdę w sobie sił, będę tak całe życie użalać się nad sobą. A tego nie chcę, jeszcze tyle marzeń mam do spełnienia i tyle rzeczy do zrobienia… więc nie przyjmuję do wiadomości żadnych złych informacji. Cały czas spotykam się z niesamowitymi ludźmi. Obcy bo obcy ale dają mi tyle ciepła, pozytywnej energii i pomagają jakoś to wszystko poukładać, że grzech nie skorzystać. Od chirurga po pielęgniarki i inne osoby napotykane w tym trudnym procesie. Od momentu otrzymania wyniku zaczęłam szukać informacji, oczywiście na internecie, na forach medycznych i innych stronkach. Punkt pierwszy- nie panikować, zdobyć informacje. Jak to mówią, poznaj swojego wroga. Obecnie jestem na etapie załatwienia całej dokumentacji i odebrania próbek z laboratorium, teraz czeka mnie wizyta w Centrum Onkologii. Muszę potwierdzić wyniki badań. Jeśli się potwierdzą, wracam na stół operacyjny, tym razem w szpitalu a nie jak wcześniej w warunkach ambulatoryjnych. Wiem że muszę to załatwić i że będzie dobrze :) I to jest dowód na to że wygrałam najgorszą walkę z samą sobą :) Uśmiechnęłam się i zaczęłam żyć swoim życiem, w końcu swoim nie innych ludzi.

Kolejny krok- rozprawiłam się wewnątrz siebie z przeszłością. Doszłam do etapu że może irytuje ale nie zaburza mojego naturalnego rytmu życia, szybko wracam do porządku. Przeszłości nie wymarzę z głowy, po prostu zaakceptowałam wiele faktów, takie są, po co tracić czas na złe emocje i tak przeszłości nie zmienię a tylko nerwy sobie poszarpie. Powkurzam się chwilę, wyrzucę złe emocje i idę dalej. I tu zmierzam do swojego kolejnego sukcesu. 30 maja odbyłam swoja ostatnią wizytę u psychiatry. Tak, w pewnym momencie życia był mi bardzo potrzebny. Nie byłam wtedy człowiekiem tylko chodzącą bombą atomową z samozapłonem i samozniszczeniem ustawionym na czas 2 sekund od momentu wystąpienia gorszej chwili. Problem w tym że tych lepszych chwil nie było wcale. Tak, otarłam się o próbę samobójczą, otarłam się o samozniszczenie psychiczne, byłam wrakiem zaryczanym do granic możliwości. To cud, że nie straciłam pracy. Najlepsze jest w tym wszystkim to, że rodzice nawet nic nie zauważyli… a może nie chcieli… nie wiem, to już nie ważne. Po wielu próbach totalnego zmanipulowania kilku psychologów (udanych w 100 %) nie poddałam się. Wiedziałam, ze sama sobie nie poradzę. Było mi ciężko bo całe życie musiałam być najlepsza, nie mogłam popełniać błędów. więc jak tu otworzyć puszkę pandory i wylać hektolitry łez przed obcym człowiekiem. Przed kimkolwiek. Sama do siebie nie dopuszczałam przez wiele lat tego faktu, że sięgnęłam dna.

No ale to już minęło. Wyszukałam w necie Panią dr która miała na prawdę super opinie. Dziś osobiście przełamuję stereotypy, że psychiatrzy są tylko od czubków. Za każdym razem spotykałam w poczekalni różne osoby, młode i starsze, z problemami obecnego świata, które kompletnie przerastają tak na prawdę większość z nas. Psychiatra to nie psychotropy, biały kaftan i tp. Psychiatra to taki życiowy przewodnik, który pozwala stawić czoło problemom, diagnozuje go i powoduje, że albo problem przestaje istnieć, albo maleje jego znaczenie. Sama decyzja pójścia na terapię, choć w moim przypadku to były bardzo rzadkie spotkania, były dla mnie nowym początkiem. Dały mi motywację do pracy nad sobą. Wizyty u Pani dr były tylko sprawdzianami, czy i jakie postępy poczyniłam. Dziś z ręką na sercu mogę powiedzieć, że zdałam egzamin :) Ogromne przeżycie dla mnie i wielka radość- uczucie gotowości na nowe życie, lepsze życie, moje życie ! Nowa energia, nowe marzenia, nowe cele :)

Mam pracę, z której jestem zadowolona, fajny zespół, czuję że się rozwijam i w jakimś stopniu realizuję. Zarabiam troszkę lepiej, dzięki czemu realizuję swoje pasje. No do własnego M jeszcze trochę mi zostało, ale nie jest to teraz dla mnie priorytetem, wiem że przyjdzie na to odpowiednia pora :)

Wracając do moich urodzin. Jest jedna rzecz która gdzieś tam w środku jest moja zadrą. To będą kolejne urodziny, które spędzę samotnie… niestety to uczucie przylgnęło do mnie i nie chce zejść. Od momentu jak zajęłam sie sprawą zabiegu zapomniałam o niektórych znajomych i znowu zdałam sobie sprawę, że jak ja się nie odzywam, oni w ogóle się nie odzywają. No cóż, szara rzeczywistość. Nikomu nie będę włazić na głowę, bez przesady. Tak, jest mi bardzo przykro z tego powodu, ale idę dalej, jest jeszcze tyle fajnych rzeczy do zrobienia i tylu ludzi do poznania.

Więc idę dalej :) Moją własną ścieżką… całe życie jako jednostka indywidualna… jedyna w swoim rodzaju, nie nieprzystosowująca się i może przez to skazana na samotność… ale idę dalej :)